konstancja16
07.09.12, 10:00
Mlody jest przybity na calego i chce wracac do mamy. Zamieszkal z nami w pazdzierniku zeszlego roku, w styczniu przybyl mu mlodszy brat. Mielismy gorki i dolki – wiadomo, zmeczeni, niewyspani. Ale ogolnie nie bylo najgorzej, dogrywalismy sie. Glownym problemem byla nowa szkola – Mlody po wszystkich zmianach nie byl juz taki hop siup otwarty do wszystkich dzieci i nie najlepiej przyjmowal sie w nowej grupie. Ciagle mowil, ze chce wrocic do starej szkoly. Wyszlo, ze w nowej go przezywali, nie mial kolegow. NM interweniowal w sprawie przezwisk, a poza tym usilowalismy uczestniczyc w roznych imprezach (urodziny, spotkanie rodzicow na koniec roku itede), zeby pomoc mu zintegrowac sie z grupa. Wychowawca (jak nam sie wydawalo) stanal na wysokosci zadania i tez wspolpracowal.
Potem przyszly wakacje, lipiec z nami (daleki wyjazd, super udany, wreszcie mielismy dla siebie czas, duzo rozmawialismy, smialismy sie itede. Mlody zlapal swietny kontakt z maluchem, najmlodszy blyskawicznie rozchmurzal sie na jego widok). A sierpien Mlody spedzil ze swoja mama. W polowie miesiaca dzwonil, ze ma koszmary, mama z kolei tez go juz chciala oddac przedwczesnie, NM nawet zaczal zalatwiac jakies polkolonie, ale w koncu Mlody powiedzial, ze woli zostac z mama, a wlasciwie ze swoja kolezanka ze starej szkoly. Z tego co wiemy to glownie chodzil na basen i gral na komputerze / play station / nintendo, nie mial zorganizowanego czasu, jeden wyjazd trzydniowy. No, ale w koncu wakacje sa i po to, zeby sie poobijac.
Wrocil teraz i zaczal nowy rok szkolny. Powtarza jak zdarta plyta: chce wrocic do mamy. Placze przy kolacji nad swoim ulubionym daniem. Mowimy: idziemy na basen to sie krzywi: „ale o ktorej? Nieee, to ja chcialem wtedy co innego robic”. NM mowi: otworz szuflade i wez sobie batonika X (jego ulubiony). Na to Mlody: X? Ale ja bym wolal Y (ktorego akurat nie mamy). No, mozna mu slonia z kokardka podarowac to bedzie skrzywiona buzia, ze kokardka fioletowa, a on by wolal zielona.
Zabralam go wczoraj do znajomych – usiadl w kacie z bezgranicznie smetna mina: chcesz sie czegos napic? Nie. Glodny jestes? Nie? Chcesz obejrzec zabawki? Nie. Chcesz ciastko? No, dobra, moge zjesc... Idziemy na plaze? Nie, ja chce juz wracac do domu. Wreszcie poszlismy na te cholerna plaze to oczywiscie byl skwaszony, bo chcial isc w inna strona niz wszyscy. Wsiadamy do samochodu i wracamy do domu, a Mlody: „o, jak fajnie, jedziemy do B. (miasto gdzie mieszka jego mama). Jak przyjedziemy do B. to zapytam mame czy moge u niej zostac i moze juz zostane. Jak sie ciesze, ze jedziemy do B”. NIE jechalismy do B. i dobrze o tym wiedzial tylko tak gledzil. Po co? Prowokacja? Czekanie na moja reakcje? Rozpaczliwy krzyk: jestem z Wami nieszczesliwy? Krzyk: jestem w ogole nieszczesliwy i nic mi nie moze pomoc?
W domu: rozmawial przez skype ze swoja mama. Mama tez mu tlumaczy, ze do niej nie wroci, ze tu jest teraz jego dom, a ona bedzie przyjezdzac. Placz nad kolacja. Powtarza jak zdarta plyta: ja chce do B. Plany na jutro: idziemy na basen. Skrzywiona mina, ale o ktorej. O siodmej to ja chcialem do mamy zadzwonic. To zadzwonisz jak wrocimy, bedzie jeszcze czas. W nocy wedrowal, budzil sie o pierwszej, drugiej, nie mogl spac (to juz zreszta kolejna noc taka). Dzis rano slysze, ze NM mu rano mowi: otworz szuflade i wez sobie batonika (jakis jego ulubiony). Odpowiedz: a nie ma jakiegos innego? Rece opadaja. Naprawde NIC mu sie nie podoba, na wszystko jest skrzywiona geba. Slonia z kokardka....
Przy tym NAPRAWDE jest okropnie smutny. Jak sie usmiecha to tylko rozciaga usta w jakims grymasie, a oczy ma przerazliwie smutne wiec to nie jest chyba tylko pogrywanie nami. Staramy mu sie poswiecac czas i uwage, nie sadze, ze problem jest w mlodszym bracie, tym bardziej, ze jedyne (rzadkie) sytuacje kiedy smieje sie calym soba to wlasnie jak bawi sie z Malym. Rozmawiamy, spedzamy czas wspolnie, staramy sie wynajdowac rozne atrakcje „pod niego”. Ale czasem tez sie go czepiamy. Ze zostawil mokry recznik na podlodze na przyklad. A on przy jakimkolwiek zwroceniu uwagi uderza w bek, „bo ja zawsze wszystko robie zle”
Mamy w domu okropnie nieszczesliwe dziecko. Nie wiem czy to jest tesknota za matka, czy idealizowanie rodzica weekendowego (wiadomo, u nas obowiazki, szkola, tam komputer bez ograniczen i pozne chodzenie spac). Ale wydaje mi sie, ze jest cos wiecej, bo przeciez generalnie mielismy z nim zawsze dobry kontakt. Co teraz robimy zle? Co zrobic zeby mu pomoc? Jestem lekko podlamana tym poczatkiem roku. Na dodatek od poniedzialku wracam do pracy wiec bedzie organizacja na calego: jedno dziecko do szkoly, drugie do zlobka, kto odbiera kogo o ktorej, kto robi kolacje, zakupy, pranie, przekazywanie fotelikow, logistyka napieta jak stare gacie. I w tym wszystkim cos trzeba wymyslec, zeby wyciagnac tego Starszaka z jego dola. Nie wiem jak, bo wszystkie nasze proby na razie koncza sie skwaszona mina i „chce wrocic do B.”
Pomozcie kobiety. Podpowiedzcie cos, moze ja stracilam cos waznego z oczu?