o co tu chodzi?...

25.08.03, 22:12
Jestem "macochą".

Mój mąż ma córkę z pierwszego małżeństwa.

Dopóki nie związałam się z nim " na poważnie" nie miałam pojęcia jak to jest
być "macochą".

Rozmowy z dziewczynami w podobnej sytuacji na forum eDziecko pomogły mi
zrozumieć wiele spraw i poukładać sobie ten skomplikowany związek.

Wtedy pomyślałam, że przydałby się jakiś "klub drugich żon (partnerek)"
gdzie mogłybyśmy się wzajemnie wspierać.

Po to założyłam to forum.

Jeżeli nie potrafisz sobie poradzić ze swoimi uczuciami to dobrze trafiłaś.
Rozpocznij nowy wątek. Odezwą się inne "macochy" i może razem "rozgryziemy"
ten problem...

Serdecznie pozdrawiam i zapraszam do dyskusji na forum
    • mamaadama4 Re: o co tu chodzi?... 26.08.03, 11:07
      Myślę, że świetnym pomysłem było założenie tego forum. Nasze pojawianie się
      na "samodzielnej" z reguły kończyło się źle. A przecież problemy sie pojawiają
      i nie zawsze da się je od razu rozwiązać.
      Oprócz 2,5 letniego "wspólnego" Adasia mamy 2 synów mojego męża z pierwszego
      małżeństwa - 16,5 letniego i 11,5 letniego. W tygodniu chłopcy mieszkają u nas
      od środy a weekendy spędzają w "systemie zmiennym". Małżeństwem jestesmy od 1,5
      roku, ale mieszkamy razem 8,5 roku i dopiero od niedawna ten mieszany skład
      zaczyna funkcjonować. Ale chyba nigdy nie będzie doskonały. Natomiast nigdy nie
      czułam się macochą może dlatego, że nigdy nie zamierzałam matkować chłopcom.
      To tyle
      danka
      • mikawi Re: o co tu chodzi?... 26.08.03, 13:55
        witam
        no i jest forum "nasze" i "wasze", moim zdaniem jednak szkoda, bo właśnie
        dyskusje i różne punkty widzenia są najwartościowsze i pozwalają na pewne
        sprawy spojrzeć może trochę inaczej, trzeźwiej, obiektywniej? zarówno tym
        pierwszym jak i drugim.
        To co napisałaś na koniec w samodzielnej jest bardzo fajne - "byłe" też kiedys
        się zwiążą z kimś byc może z dzieckiem, staną się "obecnymi" i wtedy okaże się
        że nie wszystko jest białe i czarne.

        pozdrawiam
        • chalsia Re: o co tu chodzi?... 26.08.03, 14:06
          Zgadzam się z Mikawi, że różnorodność opinii jest bardzo cenna, mimo, iż
          czasami podnosi ciśnienie krwi. Mam nadzieję, że "macochy" będą jednak bywać
          na "samodzielnej".

          Ja już dawno doszłam do wniosku, że prawdopodobnie jedyny "typ" przyszłego
          partnera to rozwodnik z dzieckiem (i nie ze względów statystycznych, a
          praktyczno-emocjonalnych - tylko taki będzie w stanie zrozumieć mniej lub
          więcej moje problemy).

          Pozdrawiam,
          Chalsia
      • ashan Re: o co tu chodzi?... 26.08.03, 14:07
        Witam!
        Miło, że możemy się tu spotykać, bo faktycznie na "samotnych" starałam się nie
        wypowiadać (do dziś), żeby nikogo nie urazić - chociaż też w pewien sposób
        jestem samotną mamą. Mam syna (już dużego) z pierwszego związku i drugiego
        (jeszcze małego) z obecnego. Mam nadzieję, że będę tu mogła wchodzić mimo, że,
        o paradoksie, jestem też tą pierwszą. Tak jak Mamadama nie czuję się macochą,
        bo z matkowania zrezygnowałam już jakiś czas temu, chociaż nie ukrywam, że na
        początku takie ciągoty miałam, ale może usprawiedliwi mnie to, że dziecko było
        jeszcze stosunkowo małe.
        Pozdrawiam
        ashan
        • aagacia Re: o co tu chodzi?... 26.08.03, 15:56
          i ja dolaczam smile brrr maocha to brzmi wstretnie smile

          fajnie ze jestescie smile zawsze to milo moc sie odezwac do kogos kto rozumie
          nasza sytuacje.
          moj mezczyzna ma 6 letnia coreczke
          pozdrawiam
    • badia Re: o co tu chodzi?... 26.08.03, 15:57
      Hej, hej, witam kobitki facetów "z przeszłością". Też tak mam. Ten tytuł to
      rozumiem efekt dyskusji na Samodzielnych i emocji, które ona wywołała. No
      tylko, że ten tytuł jest szczerze powiedziawszy okropny - nie jestem macochą i
      nie potrafię w ten sposób o sobie myśleć. Macocha to ktoś kto zastępuje zmarłą
      mamę. Macocha to ktoś taki, jak w bajce o Kopciuszku - to kobieta, która
      zazdrosna jest o uczucia męża do "obcego" dziecka i pozbawiając to dziecko
      miłości, pokazuje, że jej dzieci są lepsze - buuuuuuuuu, nie chcę być macochą.
      No tak, to właściwie kim jestem? No chyba już lepiej żona taty. No to jest OK.
      No i może mamą siostrzyczki, braciszka lub rodzeństwa.
      W najlepszym układzie "ciocią"...
      A może tylko obcą osobą, która wysyła tatusia na samodzielne wakacje z
      dzieckiem z poprzedniego związku i akceptuje to, że on spotyka sie z tym
      dzieckiem na mieście. Nie wiem, jaką formułę nasza relacja przyjmie za kilka
      lat. Na razie formuła jest żadna. Tzn. tatuś ogranicza sie do płacenia
      alimentów. Powiedzcie, które rozwiązani Waszym zdaniem jest lepsze...
      Czy lepieć akceptować rodziocielstwo swojego męża poza domem? Czy
      eksperymentować z uczuciami swoimi i dziecka uiłując stworzyć coś wspólnie?
      • ashan re: ale długa... 26.08.03, 16:44
        Witaj!
        Co do eksperymentowania, to rozumiem, że miał tu być cudzysłówwink. NIe ma
        reguł. Wszystko zależy od doświadczeń, jakie relacji w jakich byli i są
        rodzice dziecka. Odeszłam od mojego eks z maleńkim dzieckiem, ale nalegałam na
        to aby utrzymywał kontakt z synem. On się obraził i na mnie i na dziecko. Ok.
        Po pewnym czasie znów nawiązałam z nim kontakt i znów to samo. Cały czas
        twierdził, że utrudniam mu widywanie się z synem np. prosząc o ustalenie w
        jakie dni będzie do niego przychodził/zabierał do siebie. Miewał okresy 2-3
        miesięczne kiedy z dzieckiem się spotykał. Zawsze ja nawiązywałam kontakt,
        zawsze ja prosiłam i zawsze potem ja musiałam tłumaczyć dlaczego tata już nie
        przychodzi (a przestawał nagle, gdy wszystko wydawało się ok).W międzyczasie
        ożenił się i miałam nadzieję na normalizację sytuacji. Ale z tego co się
        zorientowałam to jego żona nie ma chyba na to wpływu, a szkoda, bo podobno
        jest to bardzo w porządku kobieta. Syn ją zdążył polubić w czasie tych
        kilku "widzeń", ja zazdrosna nie jestem i nie czuję się zagrożona tym, że moje
        dziecko czuje się dobrze w towarzystwie żony swojego taty. Jego mamą jestem i
        zawsze będę ja. I chcę, żeby się lubili i szanowali.Ale ja miałam 10 lat na
        to, żeby z jednej strony opadły emocje w stosunku do mojego eks i żeby jakoś
        pogodzić się z tym, że dziecko ma takiego ojca jakiego ma (czyt. wielkiego
        dzieciaka). A jego obecnej żonie gratuluję cierpliwości i życzę jej jak
        najlepiej. Z drugiej strony: mój obecny mąż od początku nalegał na zabieranie
        swojego syna do nas do domu i wspólne spędzanie czasu. Miałam nadzieję, że
        chłopcy mimo różnicy wieku polubią się. I tak się stało. potem urodził im się
        przyrodni brat i teraz szaleją we trzech. Ale lekko nie jest. W sytuacjach
        kryzysowych każdy leci do swojego rodzica, a ten najmniejszy do mamy bo mama
        cały czas jest dla niego the best. Nie mam (już) ambicji bycia kochaną ciocią,
        wynagradzającą wszystkie realne i wyimaginowane krzywdy. Gdy trzeba wymagam i
        jedyne czego staram się trzymać to sympatia, sprawiedliwość i brak
        faworyzowania swoich synów. Kiedyś chciałam myśleć o Małym jak o swoim
        dziecku, ale stwierdziłam, że byłoby to nie fair w stosunku do jego mamy. po
        prostu staram się tak, jak starałabym się opiekując się swoim chrześniakiem,
        czy siostrzeńcem, nie wychowując tylko opiekując się w razie potrzeby i
        starając się jak najbardziej zaangażować mojego męża w relacje z Małym, a to
        bywa ciężkie. Uff! Nareszcie koniec
        • naturella Witam 26.08.03, 17:14
          No to ja też dołączam. Jestem świeżą, bo zaledwie dwumiesięczną żonąsmile I mój
          mąż ma 16-letniego syna. Więc się dołączam.
        • badia Re: re: ale długa... 26.08.03, 17:25
          No niestety eksperymentowanie jest bez cudzysłowu. Dziecka na oczy nie
          widziałam i nie wiem czy chcę zobaczyć, nie wiem, jak będe na nie reagować. Mój
          mąż też nie jest skory do kontaktów i coraz częściej czuję, że jeśli te
          kontakty w ogóle mają być, to ja będę się musiała za to wziąć. I nie wiem w
          jakim zakresie warto. Z jednej strony chciałabym, żeby tamto dziecko też miało
          ojca a nie tylko wpływy na koncie. Przecież tego ojca potrzebuje. Z drugiej
          strony zdaję sobie sprawę, że najprawdopodobniej dziecko wynosi z domu
          przekonanie, że tata jest "be".
          Prawdę powiedziwszy mnie coraz bardziej podoba sie ta wersja z czytelnym
          podziałem na moją rodzinę, tamtą rodzinę z tatą dochodzacym bez prób tworzenia
          rodziny większej. Boję się, że pojawia sie wtedy emocje właśnie macochowe teraz
          ich nie mam, boję sie, że będę traktowała swoje dziecko lepiej, boję sie że
          będę coś udowadadniac tamtemu dziecku.
          Na Samodzielnych czytałam liczne posty świadczące o tym, że mamy tych dzieci
          tez wolą takie rozwiązanie.
          • ashan re: ale długa... 26.08.03, 17:59
            Nigdy niewiadomo jak ułożą się relacje z drugim człowiekiem. Rozumiem Twoje
            rozterki, bo czasami też sobie myślę, że jestem już tak zmęczona i nie mam już
            sił. Bo po co się starać, skoro być może mama Małego nastawia go przeciwko
            jego tacie i jego żonie, po co ryzykować, że moje dzieci powiedzą, że bardziej
            kocham jego, bo ... coś tam (to z autopsji - pomysłowość dzieci nie zna
            granic, zwłaszcza przy skłonnościach do umartwiania się nad sobą - jak u
            mojego Starszego), bo jak tłumaczyć, że tata Małego chce się z nim widywać a
            mojego Starszego jego tata ma w nosie etc,etc,etc... Można naprawdę ciągnąć to
            w nieskończoność. Ale z drugiej strony jak pogodzić się ze świadomością, że
            mój mąż miałby nie widywać swego syna, czy też nie uczestniczyć w jego życiu?
            Chyba bym nie potrafiła. Ale tak jak pisałam wcześniej mojemu eks taki układ
            nie przeszkadza, chociaż ponoć jego żonie tak i ona namawia go na kontakty,
            choć bez rezultatu. Ale nawet gdyby było inaczej to nie wyobrażam sobie, żeby
            żona mojego eks była rodziną dla Najstarszego, więc też dla mnie a mama Małego
            rodziną dla Najmłodszego wink
            Myślę, że dzieciom potrzebny jest kontakt z drugim rodzicem (co za truizm), a
            jego współmałżonek powinien go w tym wspierać, ale niekoniecznie uczestniczyć.
            Rodzice dziecka są w końcu dorosłymi ludźmi i powinni brać odpowiedzialność za
            to co robią. Tyle teoria, a rzeczywistość niestety skrzeczy...
            Ale cieszę się, bo lubię moich chłopaków (i gdy tak myślę to mam na myśli
            wszystkich czterech: i mojego ślubnego i najstarszego i małego i najmłodszego).
            pzdrw
            ashan
          • aagacia Re: re: ale długa... 26.08.03, 18:04
            badia, mamy samodzielne wola rozwiazanie do taty do czasu...do momentu kiedy
            ich dziecko wyraznie zacznie odczuwac brak ojca...dla mnei to najgorsze co
            moze byc - zostawic dziecko..to przeciez dorosli ludzie sie rozchodza, maja
            inne pomysly na zycie...a dzieci sie kocha tak samo..przynajmniej tak mi sie
            wydaje i nie jestem sobie tego w stanie inaczej wyobrazic..

            wydaje mi sie ze twoj maz robi wielka krzywde nie tylko malemu ale tez
            sobie..a wszystko po to zeby zrobic na zlosc bylej...lepiej isc na kompromisy,
            przytakiwac pare razy, nawet jesli cos sie nie podoba i stworzyc w miare
            poprawne stosunki - bo to wszystko w imie dobra dziecka...
            niestety nie mozesz zmusic do konatktow meza z jego wlasnym dzieckiem...ale
            niech chociaz bedzie swiadomy tego czego pozbawia swoje dziecko i co on sam
            traci...
            • aagacia Re: re: ale długa... 26.08.03, 18:05
              ashan rzeczywiscie u ciebi ejest to wszystko troche bardziej skomplikowane wink
              zaczynam sie gubic smile
              • ashan Re: re: ale długa... 26.08.03, 18:13
                aagacia napisała:

                > ashan rzeczywiscie u ciebi ejest to wszystko troche bardziej
                skomplikowane wink
                > zaczynam sie gubic smile

                No faktycznie - jeden melanż:
                chronologicznie: mam syna (Najstarszego) z eks (obecnie żonatym)
                mój mąż ma syna (Małego) z poprzedniego związku
                razem mamy też syna (Najmłodszego - to ten trzeci)
                przepraszam za chaos, ale mam nadzieję, że osoby czytające wcześniej wątek na
                Samotnych Mamach (o empatii) jakoś się połapały.
                Pzdrw
                ashan
      • joola_edziecko Re: o co tu chodzi?... 27.08.03, 11:33

        > Czy lepieć akceptować rodziocielstwo swojego męża poza domem? Czy
        > eksperymentować z uczuciami swoimi i dziecka uiłując stworzyć coś
        wspólnie?


        Moim zdaniem lepiej eksperymentować, docierać się wspólnie. I im wcześniej tym
        lepiej.
      • justus100 Re: o co tu chodzi?... 19.01.04, 10:07
        Witajcie. Jestem tu nowa. Niedawno "zawiesiłam" nasz związek, tzn. mój (ja
        jestem bezdzietną panną) i jego ( 15 lat starszy facet z dwiema córkami, w
        trakcie rozwodu)Uff, od czego by tu zacząć? Może od krótkiego naszkicowania
        powodu rozpadu.
        Otóż, mój partner wyjechał sobie z dziećmi na 10 dni do swoich rodziców.Dzieci
        mnie oczywiście nie znają.Wkurzyłam się, bo takie coś zdarzyło mu się już drugi
        raz. Powiedziałam mu wtedy, że zdarzyło się to pierwszy i ostatni raz. A on
        znowu to zrobił. Zostawił mnie na 10(!) dni. Dodam, że jesteśmy od ponad roku a
        nigdy ze mną nigdzie nie wyjechał, bo jak ma wolne to fruu z dziećmi.
        Rozumiecie, że coś takiego jest nie do zaakceptowania, prawda?
        Badio, no właśnie nie wiem ,co lepsze (gorsze?): wysłać faceta z jego dziećmi
        na wakacje czy zagryźć zęby i pofatygować się z nimi... Na początku myślałam,
        że będę po prostu ekspediować samych. Teraz jednak doszłam do wniosku, że
        nie.Może dziewczynkom juz nie spodoba się,że oprócz tatusia jest jakaś obca
        pani i już nie będą mu tak d... zawracać, jak do tej pory.
        A propos mojego partnera jego chęć niańczenia dzieći jest wręcz powalająca. On
        jest zwyczajnie od nich uzależniony.Na sylwestra żona wrobiła go w opiekę
        (wtedy właśnie wyjechał). On chciał przyjechać na sylwestra od 22.00 do 6 rano,
        bo przecież dzieci czekają w innym mieście u dziadków. Wybuchnęłam, nie
        wytrzymałam!! Powiedziałam, żeby mnie nie drażnił i jak chce spotkania na
        godziny niech zadzwoni po panią z agencji. Stwierdziłam, że dalej tak żyć nie
        jestem w stanie i... nic się nie dzieje.Obraził się. Nie kwapi się, żeby mnie
        przebłagać,bo wie, że ja wysunę żądania.
        Jak Wy rozwiązujecie problem wakacji? Czy jedzieci razem, czy już wolicie nie
        widzieć, jak mąż/partner przepuszcza bajońskie kwoty na watę cukrową, baloniki
        i inne pierdoły.
        Magda
    • badia Re: o co tu chodzi?... 26.08.03, 18:43
      Moje wątpliwości nie dotycza tego, czy mąż powinien miec kontakty z dzieckiem -
      owszem powienien. Wiem, że trzeba do tego również mojego wysiłku. Nie wiem
      tylko dlaczego nie widzicie takiej możliwości, jak "tatuś dochodzący". Dlaczego
      mąż ma widywac się z dzieckiem w naszym domu a nie poza nim? Z tego co
      widziałam ex obawiają sie własnie wpływu "obecnych żon" na wychowanie
      dziecka..... Ja obawiam się, że pojawią się u mnie uczucia macosze. Wiem, że
      męzowi tak byłoby najławiej, ale na razie pytam o to, co dla nas wszystkich
      byłoby najrozsądniejszym rozwiązaniem.

      • ashan Re: o co tu chodzi?... 26.08.03, 19:04
        NIe uważam, że mąż powinien widywać się z synem u nas. To jest jego wybór.
        Sama sugeruję mu, żeby brał Małego samego (tj. bez mojego Najstarszego i
        naszego najmłodszego) gdzieś w miasto lub gdy jest taka konieczność odwiedzał
        go u niego w domu, a pozostałą część dnia mogą, jeśli chce, spędzić razem z
        nami. Tylko tyle, że mój ślubny nie chce. Z różnych względów: trochę pewnie
        nie chce się na zbyt długo widzieć ze swoją eks, trochę z wygodnictwa (bo ja
        mam lepszy i łatwiejszy kontakt z dziećmi) więc woli, żebym ja była z nim. Z
        moim starszym natomiast - nie wyobrażam sobie wręcz, żeby mój eks odwiedzał
        nas w domu, nie ma takiej potrzeby, ale gdyby np. syn był chory, a on chciał
        go odwiedzić, to pewnie bym się zgodziłą, tyle, że to sytuacja czysto
        hipotetyczne (vide moje wcześniejsze posty).
        pzdrw
        ashan
        • badia Re: o co tu chodzi?... 26.08.03, 19:13
          Ashan, a gdyby obecna twojego ex potrafiła skłonić Twojego ex do kontaktów z
          najstarszym na mieście, czy uważałabys takie rozwiązanie za OK?
      • ashan Re: o co tu chodzi?... 26.08.03, 19:11
        Acha, co byłoby najlepsze akurat dla Was wiesz tylko Ty i Twój mąż, Badiu.
        Myślę jednak, że nic na siłę i jeśli nie czułabyś się dobrze gdyby dziecko
        kontaktowało się z tatą u Was w domu, to chyba namawiaj męża do kontaktów z
        dzieckiem na gruncie neutralnym (bo u mamy dziecka też może nie być
        najlepiej). Chociaż jeśli jak piszesz mąż nie utrzymuje kontaktu z dzieckiem
        to na początku i maluch (nie wiem w jakim jest wieku) i jego mama mogą nie
        chcieć, żeby tata go z domu zabierał. Tak było gdy mój eks "przypomniał" sobie
        o synu, wtedy niespełna dwuletnim - myślałam, że umrę, gdy wychodzili razem na
        spacer. Ale wszystko było ok (jeśli chodzi o dziecko, bo tata niedługo potem
        zrejterował)
        pzdrw
        ahan
        • badia Re: o co tu chodzi?... 26.08.03, 19:17
          Dziecko ma 4 lata i powoli zbliża sie czas, kiedy takie "zewnetrzne kontakty"
          stają się możliwe. Do tamtego domu mój za nic nie chciał chodzić.
          • ashan Re: o co tu chodzi?... 26.08.03, 19:44
            Ja nie mam nic przeciwko kontaktom mojego najstarszego z jego tatą ani na
            mieście ani u jego taty w domu. Kłopotliwe byłoby raczej, gdyby mój eks chciał
            syna odwiedzać u mnie. Myślę, że już teraz twój mąż może zacząć zabierać syna
            chociażby na spacer, na plac zabaw (w parku czy pod dachem typu Hula Kula czy
            Kolorado - to w Warszawie). Przecież nikt nie powiedział, że dziecko trzeba
            zabierać na cały dzień czy weekend, zwłaszcza jeżeli to ich "początek".
            Kłopotliwe może być, jeśli mieszkacie w różnych miejscowościach, ale myślę, że
            wtedy też trzeba "zainwestować" w nawiązanie pomiędzy nimi kontaktów. Obawiam
            się, że czeka Cię sporo trosk i nerwów, ale takie są koszty wiązania się z
            kimś po "przejściach".
            Życzę wytrwałości
            pzdrw
            ashan
            • badia Re: o co tu chodzi?... 26.08.03, 20:41
              Mieszkamy wszyscy w W-wie, więc organizacyjnie nie powinno być problemów.
              Problem będzie tylko jeden: jak przełamać niechęć męża, ale ten mam nadzieję
              rozwiąże czas i dobra wola wszystkich stron, choć wiem, że nie będzie łatwo.
              Zdaję sobie sprawę, że nie organizując tych spotkań w naszym domu utrudniam
              mężowi życie. Startuje z pozycji niedobrego tatusia, z którym mamusia nie mogła
              wytrzymać i musiała od niego uciekać... Bywając u nas w domu dziecko mogłoby
              zobaczyć troche inny dom i inne relacje od tych, o których słyszałam od męża.
              Jednocześnie jednak to w naszym domu dochodziłoby do konfrontacji: czy tatuś
              be, czy nie - a to chyba do niczego nie prowadzi.
              Dziękuję bardzo za pomoc w myśleniu - nie wykluczone że za pół roku moje
              wnioski będą inne, ale teraz czuję że coś sobie jednak układam. Dotychczas
              udawaliśmy z mężem, że tamtego dziecka nie ma. Nawet o alimentach nie
              rozmawialiśmy....
    • ka.ga Re: o co tu chodzi?... 26.08.03, 20:42
      Witam i ciesze sie, ze powstalo to forum. Widze znajome osoby - naturello.
      mikawi - znow spotykamy sie w necie!
      Moj maz ma prawie trzynastoletnia corke z poprzedniego malzenstwa. Nasz
      problem jest jeszcze inny niz opisywany przez dziewczyny. Maz chce sie z
      dzieckiem wudywac, chce je zabirac do siebie na weekendy, wakacje itp, ale
      bariera jest po stronie bylej zony. Klasyczne utrudnianie kontaktow, a jesli
      juz do nich dochodzi, to tylko i wylacznie w miescie, w ktorym mieszka ex z
      corka i tylko z ojcem (ja oczywiscie jestem persona non grata). W ten sposob
      ex zmarnowala corce tegoroczne wakacje, bo nie chciala puscic jej z nami w
      gory. Na szczescie dziewczynaka wykazuje chec podtrzymywanie a nawet
      zaciesniania kontaktow z ojcem, o czym swiadcza telefony i sms-y. I tu znow
      bariera po tamtej stronie. Ex wyjela corce karte z komorki. Nastolatki sa
      jednak bardzo sprytne. Ostatnie kontakty z ojcem odbywaly sie za pomoca
      telefonu kolezanki i mojego numeru (ktorego na szczescie ex nie zna).
      Tyle o naszej sytuacji. W skrocie wielkim, oczywiscie.
      Z drugiej strony, nie chcialabym, zeby nagle powstalo forum wzajemnej adoracji
      macoch (czy jakos inaczej), ale zeby czasem wypowiedzialy sie te pierwsze. Bo
      mnie np. bardzo interesuje, czym kieruje sie ex przy zabranianiu kontaktow z
      ojcem i jego nowa rodzina? Przeciez nie "dobrem dziecka"!
      Pozdrawiam po macoszemu. Kaga
      • mamaadama4 Re: o co tu chodzi?... 26.08.03, 21:06
        U mnie jest odwrotnie - eks chyba wybrałaby wariant - dzieci cały tydzien z
        nami a co drugi weekend u niej. Oczywiście przy pzostawienie alimentów w
        niezmienionej wysokości.
        danka
      • mikawi Re: o co tu chodzi?... 27.08.03, 09:55
        hej kaga!
        ja własnie dlatego ja lubiłam bywać na "samodzielnej" mimo że moje poglądy i
        opinie na niektóre wątki były kijem w mrowisko. Ale własnie o to chodzi na
        forum, żeby dyskutować a nie tworzyć fan-club samotnych matek czy drugich żon.
        Tylko dzięki wspólnemu bywaniu tych stron możemy się nawzajem od siebie wiele
        nauczyć i tak jak pisałam - spojrzeć na niektóre sprawy obiektywniej i może
        czasem dostrzec, że się w czyms myliłysmy. Też mam nadzieję że samodzielne będą
        tu wpadały, bo tylko dzięki dyskusji forum żyje.
        • chalsia Re: o co tu chodzi?... 27.08.03, 10:02
          Mikawi,
          absolutnie się z Tobą zgadzam. Ja będę wpadać na forum macochy smile), i to często.
          Chalsia
    • 007wc Re: o co tu chodzi?... 26.08.03, 22:55
      Uwierz mi na świecie są nie tylko macochy ale także ojczymowie którzy maja
      wielkie doświadczenia i także chętnie sie w to włączą ale jak widzę
      preferujesz tylko macochy.
      • naturella Re: o co tu chodzi?... 27.08.03, 08:32
        U mnie z kolei jest tylko jeden problem. Mój mąż za nic w świecie nie chce
        przebywać w "tamtym" mieszkaniu - tj. mieszkaniu, które zostawił byłej i
        synowi. W związku z tym spotyka się z synem na mieście, czasem u nas. Jest to
        dobre latem, zimą natomiast sprawia pewien dyskomfort - szwendanie się po
        parkach nie jest zbyt przyjemne. Z kolei u nas... po prawie 10 godzinach pracy
        jestem nieco padnięta, a wiadomo, dzieciak po szkole, trzeba i obiad zrobić, i
        pogadać troszkę - a mamy kawalerkę, więc to też troszkę skomplikowane. No ale
        już od dwóch lat sobie jakoś radzimy...Była żona mojego męża w ogóle sie nie
        wtrąca w ich spotkania, no ale chłopak ma już 16 lat i od pewnego czasu sam
        decyduje o sobie. Z matką nie ma zbyt wielkiego kontaktu, mozna powiedzieć, że
        głównie wychowuje go babcia, a potem ojciec - spotykają się niby tylko 3 razy w
        tygodniu, ale to jest czas poświęcony wyłącznie na ich "męskie" rozmowy. Matka
        w domu "bywa" i jest zajęta wyłącznie sobą.
      • mkatarynka.edziecko Re: o co tu chodzi?... 27.08.03, 09:46
        007wc napisał:

        > Uwierz mi na świecie są nie tylko macochy ale także ojczymowie którzy maja
        > wielkie doświadczenia i także chętnie sie w to włączą ale jak widzę
        > preferujesz tylko macochy.

        Ależ skąd?... Zapraszam na to forum każdego. Myślę, że uwagi partnera kobiety
        z dzieckiem (ojczyma) będą bardzo cenne.

        Nazwa jest umowna smile

        Zatem - zapraszam do dyskusji smile))
      • joola_edziecko Re: o co tu chodzi?... 27.08.03, 11:41
        007wc napisał:

        > Uwierz mi na świecie są nie tylko macochy ale także ojczymowie którzy maja
        > wielkie doświadczenia i także chętnie sie w to włączą ale jak widzę
        > preferujesz tylko macochy.

        Nie rezygnuj 007. Zaglądaj do nas ,kiedy tylko bedziesz chcial.
    • joola_edziecko Re: o co tu chodzi?... 27.08.03, 11:29

      MKatarynko, jestem to dzisiaj pierwszy raz i bardzo mi się tu podoba. Tego nam
      było trzeba. Dziękuję Ci. wreszcie mogę rozmawiać z kimś, kto potrafi mnie
      zrozumieć, a nie tylko się dziwić.
      Pozdrawiam serdecznie wszystkie drugie żony i drugich mężów. Niektórzy nawet
      nie zdają sobie z tego sprawy, jak trudnego zadania się podjeliśmy.
      Jola
      • itsola Re: o co tu chodzi?... 27.08.03, 12:55
        Czesc !
        jestem tu dzisiaj pierwszy raz . I musze stwierdzic fajny pomysl !Ja tez jestem
        macocha-mama teraz juz 10 letniego Dennisa i mama 3 letniego Mario.Pisze to w
        taki sposob ,bo ja wychowuje Dennisa juz od prawie 8 lat.A wiec jestem w jakis
        sposob dla niego mama .co nie znaczy ,ze nie ma kontaktu ze swoja rodzona matka
        ktora tez bardzo kocha .Moze jeszcze nie rozumie pewnych spraw?
        Nasze codzienne zycie jest na ogol ustabilizowane.Chociaz teraz przyjdzie czas
        dojrzewania co mnie troszke niepokoi. Pozdr. Ola
        • konkubinka Re: Do Justus 19.01.04, 10:11

        • konkubinka Re: Do Justus 19.01.04, 10:24
          Troche nieczytelnie wkleilas post , bo w srodku staregp watku ale udalo mi sie
          przeczytac.
          Ja uznalam ze im wczesniej tym lepiej.W koncu nie bylo mojej winy w tym ze
          rozstal sie z zona i dziecmi.A i dla dziecka lepsze sa zdrowe uklady.
          Poznalam sie z jego corka na neutralnym gruncie , wlasnie na wczasach.Ale
          bylismy wtedy pewni ze chcmy byc razem i od paru miesiecy mieszkalismy razem.
          Dziecko mnie zaakceptowalo w pelni.
          Uwazam ze facet powinien sie zdecydowac.I przede wszystkim kazdy ma prawo do
          wlasnego zycia.Corki rowniez kiedys dorosna do etapu ze wakacje z tatusiem sa
          nudne i lepiej inaczej je obie zorganizowac.Nie widze jednak powodu abys ty
          musiala czekac do tego czasu ."Widzialy galy co braly" to powiedzenie powinno
          odnosic sie do obu stron w zwiazku.
          • justus100 Re: Do Justus 19.01.04, 10:55
            Wiem, że trochę bez ładu się wcięłam. Przepraszam za robienie bałaganu, ale nie
            chciałam opisywać swojej sytuacji w osobnym wątku, bo jest łudząco podobny do
            wszystkich juz przedstawionych.
            Miałam mnóstwo problemów z moim partnerem, jak pewnie Wy wszystkie, zresztą.
            Mój partner zataił przede mna wszystkie ISTOTNE fakty ze swojego życia. Prawdę
            odkryłam później, ale to juz zahacza o dylematy innej natury. Machnęłam na to
            ręką, po cichu łudząc się, że pewnie mi to przejdzie (coś musiało mi przejść:
            albo uczucie do faceta W TAKIEJ sytuacji albo poczucie niewygody,przymus
            ciągłego dopasowywania się)
            Dzieci. Nie znam ich ale to nie przeszkadza mi w odczuwaniu silnej do nich
            niechęci.Nie mam do siebie pretensji za takie uczucia, bo to on je
            wygenerował.Ciągle mnie dla nich zostawiał,bo rano musiał je odwozić do szkoły
            (one mieszkają z mamuśką piętro wyżej w domku) Powoli dociera do mnie
            świadomość, że mężczyzna, Czuję, że boi sie mnie przedstawić dzieciom nie
            dlatego,że dzieci wygadają mamusi, jaką to ładną panią tatuś przyprowadził i
            mamusia to skrzętnie wykorzysta dla potrzeb wyroku rozwodowego. Podejrzewam, że
            nie chce konfrontacji ja-dzieci, lub przynajmniej odwleka to na ile sie da, bo
            gdy dzieci zobaczą na jaką panią tatuś "wymienił" nieatrakcyjną, zapuszczoną
            mamusię,to obali sie mit tatusia-bóstwa. I to wszystko jest cholernie
            niesprawiedliwe w stosunku do mnie, bo nie byłam przyczyną rozpadu ich
            małżeństwa, poznałam go już wtrakcie rozwodu.
            Mam jeszcze do Was pytanie. Pare razy wałkowaliśmy temat: dlaczego mamy się
            ukrywać z naszym związkiem? Tłumaczył, że chodzi o ustalenie winy i obciążenia
            finansowe (NIEKONIECZNIE alimenty dla niej) Pytanie: o co chodzi? Bo może o to,
            że on chce przejąć opiekę nad dziećmi a jak mu udowodnią winę, to jej nie
            uzyska.A propos, o tym, że walczy o dzieci dowiedziałam się przypadkiem
            (wygadał się) po 5 (!!!) miesiącach!!! Czy uważacie, że to było fair w stosunku
            do mnie, zakładając nawet, że on ma NIKŁE szanse na uzyskanie opieki.
            Poradźcie.
            Magda
          • justus100 do Wszystkich 19.01.04, 10:56
            Wiem, że trochę bez ładu się wcięłam. Przepraszam za robienie bałaganu, ale nie
            chciałam opisywać swojej sytuacji w osobnym wątku, bo jest łudząco podobny do
            wszystkich juz przedstawionych.
            Miałam mnóstwo problemów z moim partnerem, jak pewnie Wy wszystkie, zresztą.
            Mój partner zataił przede mna wszystkie ISTOTNE fakty ze swojego życia. Prawdę
            odkryłam później, ale to juz zahacza o dylematy innej natury. Machnęłam na to
            ręką, po cichu łudząc się, że pewnie mi to przejdzie (coś musiało mi przejść:
            albo uczucie do faceta W TAKIEJ sytuacji albo poczucie niewygody,przymus
            ciągłego dopasowywania się)
            Dzieci. Nie znam ich ale to nie przeszkadza mi w odczuwaniu silnej do nich
            niechęci.Nie mam do siebie pretensji za takie uczucia, bo to on je
            wygenerował.Ciągle mnie dla nich zostawiał,bo rano musiał je odwozić do szkoły
            (one mieszkają z mamuśką piętro wyżej w domku) Powoli dociera do mnie
            świadomość, że mężczyzna, Czuję, że boi sie mnie przedstawić dzieciom nie
            dlatego,że dzieci wygadają mamusi, jaką to ładną panią tatuś przyprowadził i
            mamusia to skrzętnie wykorzysta dla potrzeb wyroku rozwodowego. Podejrzewam, że
            nie chce konfrontacji ja-dzieci, lub przynajmniej odwleka to na ile sie da, bo
            gdy dzieci zobaczą na jaką panią tatuś "wymienił" nieatrakcyjną, zapuszczoną
            mamusię,to obali sie mit tatusia-bóstwa. I to wszystko jest cholernie
            niesprawiedliwe w stosunku do mnie, bo nie byłam przyczyną rozpadu ich
            małżeństwa, poznałam go już wtrakcie rozwodu.
            Mam jeszcze do Was pytanie. Pare razy wałkowaliśmy temat: dlaczego mamy się
            ukrywać z naszym związkiem? Tłumaczył, że chodzi o ustalenie winy i obciążenia
            finansowe (NIEKONIECZNIE alimenty dla niej) Pytanie: o co chodzi? Bo może o to,
            że on chce przejąć opiekę nad dziećmi a jak mu udowodnią winę, to jej nie
            uzyska.A propos, o tym, że walczy o dzieci dowiedziałam się przypadkiem
            (wygadał się) po 5 (!!!) miesiącach!!! Czy uważacie, że to było fair w stosunku
            do mnie, zakładając nawet, że on ma NIKŁE szanse na uzyskanie opieki.
            Poradźcie.
            Magda
            • chalsia Re: do Justus 19.01.04, 12:14
              No cóż, wiedziały gały co brały.Przynajmniej od momentu, gdy już wiedziałaś, że
              są dzieci. Choć głowa i serce jeszcze nie za bardzo - bo jak to wszystko
              wygląda dowiadujemy się już w trakcie.

              Bez komentarza pozostawiam, że facet ukrywał przed Tobą fakt istnienia dzieci,
              czy swoje plany z nimi związane.

              Ale z drugiej strony - ja bym tam się cieszyła, że facetowi się chce jechać z
              daleka, by spędzić z Tobą Sylwestra, nawet 22-6.

              Przecież on kocha swoje dzieci, i to dobrze. Jesteś zazdrosna o tę miłość.

              Stawiasz facetowi ultimatum: ja albo dzieci.
              Ja bym wybrała dzieci. Więc lepiej przemyśl.
              A jeśli Ci nie pasuje - to odejdź.

              Pozdrawiam,
              Chalsia
              • justus100 Re: do Chalsi 19.01.04, 12:27
                Tak, jestem zazdrosna o te miłość, albo raczej o czas poświęcony dzieciom.
                Strasznie niedojrzała, zaborcza, wstrętna baba ze mnie, co?
                Tak. Mam zamiar odejśc, jeśli jego wybór będzie nie po mojej mysli. Czuję się
                zmanipulowana i wcale nie widziałam, w co się pakuję. Tzn. nie wyobrażałam
                sobie, że to gó.... aż tak śmierdzi.
                Wybór. No, nie wiem, czy wybór. Do tej pory było tak: na co dzień mieszka z
                dziećmi i żoną w jednym domu (oni piętro wyżej), weekendy obowiązkowo z
                dziećmi. Wyjazdy też obowiązkowo. Ja- wieczorami, kiedy dzieci juz śpią i śnią
                słodko o kochanym tatusiu. Tatuś wyfruwał ode mnie ok. północy,bo rano
                dzieciom potrzebny kierowca, kiedy mamusia jeszcze sobie śpi, biedactwo. Ja
                oczywiście anonimowa.
                A teraz będzie tak: mieszkanie ze mną, dzieci mnie poznają i będą się widywać z
                tatusiem w mojej obecności.Wyjazdy albo wyłącznie ze mna, albo współnie z
                dziećmi. Jeśli wybierze opcję nr 1, droga wolna. Ja też chciałabym sobie ułożyć
                życie a nie wyobrażam go sobie w ten sposób.
                Przy okazji. Ile trwały rozwody Waszych facetów? Może jakiś rekordzik?
                • nooleczka Re: do Justus 19.01.04, 14:23
                  Tak sobie myślę, że... nie wytrzymasz chyba długo w tym związku.
                  Sprawiasz, że uczucia do Ciebie muszą rywalizować z uczuciami do dzieci.
                  Niebezpieczna to gra.
                  Jeśli w ogóle zależy Ci na tym facecie (bo ja mam wrażenie że chyba jednak
                  nie), to wykonaj maxymalny wysiłek żeby te dzieci zaakceptować - to że są, bo
                  juz nie mówię o lubieniu.
                  Poza tym skoro jak piszesz jestes tak atrakcyjną młodą bezdzietną panną, to po
                  jaką ... brałaś żonatego i dzieciatego, skoro nie umiesz sobie z tym poradzić?
                  Nie wiem, nie wiem, ale... chyba daj sobie spokój.

                  Pozdrawiam
                  • konkubinka Re: do Justus 19.01.04, 14:57
                    tzn ja bym to podzielila.Moze i uczucia Justus sa nie takie jak powinny ale
                    faktycznie to on sie o to postaral.
                    W ogole wyglada na to ze ma on gleboko gdzies jakiekolwiek Twoje zdanie i to
                    nie dzieci wina czy nie wokol nich kreci sie to wszystko.No bo jak wyjasnisz to
                    ze ni emowi waznej dla siebie osobie ze stara sie o opieke nad dziecmi?
                    Wydaje mi sie ze facet z takim podejsciem do twojej osoby poprostu nie
                    zasluguje na ciebie i juz.Daruj sobie takie jest moje zdanie.
                    A rozwod - moj M rozwodzil sie chyba dwa lata.W koncu odpusil sobie i zgodzil
                    sie na jej jeden warunek, ze po apelacji zgodzil sie poniesc polowe kosztow
                    calej sprawy.
                    • yokono Re: do Justus 19.01.04, 15:08
                      Dziewczyno,
                      uciekaj gdzie pieprz rosnie. facet, ktory zatail przed Toba tak istotne fakty
                      ze swojego zycia nie wart jest zachodu.mam kolezanke (nie czuje sie upowazniona
                      do opowiadania tu jej historii), ale w skrocie, jej facet ukrywal przed swoim
                      dzieckiem fakt jej istnienia przez 5 lat! mieszkal w tym czasie ze swoja zona,
                      a dla swojej kobiety wykrawal ze swego zycia godziny .jak nie ukrocisz tego
                      stanu rzeczy od razu to potem bedzie ciezko.nie laduj sie w taki uklad
                      pozdrawiam
                      yoko
                  • justus100 Co w takim układzie mam robić? 19.01.04, 15:12
                    O.K. To, co napisałam to wyraz frustracji i ciągłego spychania moich potrzeb na
                    boczne tory. Do tej pory to jakoś znosiłam, ale teraz postanowiłam sobie to
                    zmienić, bo moje szczęście jest dla mnie priorytetowe, sorry, ale to chyba jak
                    najbardziej ludzki odruch.
                    No to jeszcze raz:
                    Spotykam się z facetem od 1,5 roku.
                    1. Nie poznałam jeszcze ani jego rodziców, ani dzieci.Szczerze- wcale mnie oni
                    nie iteresują, ale skoro mamy być rodziną, to chyba trzeba przejść przez takie
                    obrządki.

                    2. Facet mieszka z "przychówkiem" i jeszcze- żoną w jednym budynku, ja jestem
                    odskocznią, przychodzi do mnie wieczorami, głównie zjeści no i... Chciałabym
                    być czymś więcej, choć on twierdzi, że jestem jego partnerką i przyszłą żoną

                    3. On ma tzw. wolny zawód i potrafi go nie byś przez dwa tygodnie, a jak wraca
                    to dzieci najpierw! Ja muszę poczekać.
                    To niby co mam robić, żeby zmienić tę chorą sytuację? Czekać?
                    Na Boga! chciałabym mieć Waszą cierpliwość i doświadczenie, ale ja CIERPIĘ,
                    kiedy jego nie ma. Tak łatwo powiedzieć: on jest teraz z dziećmi a ja muszę po
                    prostu jakoś zorganizować sobie czas.My tak mało czasu spędzamy razem, ja już
                    nie wytrzymuję! To ciągłe czekanie mnie rozsadza, wpadam w histerię z powodu
                    jego spóźnienia (bo musiał kupić rybkom córki karmę np. )
                    Przecież my też planujemy mieć dzieci, i co? Zostawi mnie z bobasem a sam
                    wyjedzie z dziećmi. O, w życiu!!!
                    Czyli co mam robic, jak krew się we mnie burzy? Licze na porady, nie krytykę.
                    Pozdrawiaczki
                    Magda
                    • sacreble Re: Co w takim układzie mam robić? 19.01.04, 15:39
                      Powiem krótko: na Twoim miejscu wszystkie swoje żale, żądania itd.
                      przedstawiłabym facetowi (na spokojnie, ale nazywając rzeczy po imieniu, bez
                      krygowania się). Postawiłabym ultimatum: albo od teraz bedzie mnie traktował
                      powaznie i brał pod uwagę "NAS = Ty i On i Nasza Przuszłość" a nie "JA na
                      godzinę, dwie, od talerza i łozka (sorki za wyrazenie)", albo "daswidania".
                      Bardzo nie podoba mi sie że Twoj facet zataja przed reszta swiata Twoje
                      istnienie czy chęc przysposobienia sobie dziatwy i w gole - jestes dla Niego
                      (z tego co piszesz) jak wczasy w krynicy: raz na jakis czas.

                      zycze meskiej decyzji smile
                      • nooleczka Re: Co w takim układzie mam robić? 19.01.04, 15:56
                        Hmm, skoro jesteś przekonana, że chcesz jego i tylko jego, i jesteś w stanie
                        zaakaceptować jego dzieci, to... ja bym na Twoim miejscu, tak jak radzi
                        sacreble, szczerze porozmawiała z facetem i postawiła sprawę jasno:
                        1) mieszkacie razem i on ze swoich podróży wraca do Ciebie, a nie do tamtego
                        domu
                        2) czas z jego dziećmi może być również Twoim czasem, nie? Tzn. spędzacie go
                        razem, razem weekendy, razem wyjeżdżacie na wakacje itp.
                        3) kiedy on wniósł pozew?

                        Pozdrawiam, Ania
                        • justus100 Re: Co w takim układzie mam robić? 20.01.04, 10:52
                          On rozwodzi się juz drugi rok. Powiedział mi, że to trwa tak długo, bo chodzi o
                          dzieci.On w ogóle niewiele mówi o rozwodzie a jak próbuję coś z niego wycisnąć,
                          to kończy się awanturą.
                          Mówi, że nie możemy się afiszować, bo wpłynie to negatywnie na wynik sprawy
                          rozwodowej. Tylko o co mu chodzi? twierdzi, że jak wina zostanie uznana po jego
                          stronie, to on straci dużo pieniędzy (np. nie chce podziału mieszkania po jego
                          dziadku, które dostał/dostali w spadku) Tylko, że- z tego, co juz wiem o tych
                          sprawach, wynika, że orzeczenie o winie nie ma NIC wspólnego z podziałem
                          majątku.
                          Wiem też, że walczy o opiekę nad dziećmi. To też cholernie nie fair w stosunku
                          do mnie, bo od początku planowalismy założyć rodzinę a o fakcie starania się
                          przejęcia opieki akurat wygadał się po 5(!) miesiącach. Jak planował ze mną
                          życie to powinien mnie poinformować, nie? Ale oboje wiemy, że nic z tego, więc
                          może i dobrze,że nic nie mówił, bo bym sie wystraszyła i uciekła, gdzie pieprz
                          rosnie.
                          Poradźcie mi, proszę. Wy macie doswiadczenie.Dlaczego mamy sie ukrywać? ( o
                          alimentach na nią raczej nie ma mowy,bo zarabia więcej od niego)
                    • mona56 Re: Co w takim układzie mam robić? 19.01.04, 15:55
                      Justus!
                      Czytajac to wszystko nie uwazam, zeby ten zwiazek byl jakis normalny i zeby
                      mial szanse na przetrwanie. Piszesz, ze on mieszka TAM, a ty jestes odskocznia.
                      WAsz "ukryty" zwiazek trwa juz 1,5 roku i dziwi mnie, ze skoro on ma prawdziwe
                      zamiary wobec ciebie, to dlaczego mieszka jeszcze z zona? A w ogole mieszkacie
                      w tym samym budynku, i nie wiedzialas, ze on ma dzieci? Umial to az tak zataic
                      przed toba?
                      Piszesz, ze jestes atrakcyjna kobieta- przeciez masz szanse na nie taki zwiazek.
                      POwiem ci co ja bym na twoim miejscu zrobila (po moich doswiatczeniach).
                      Uciekalabym gdzie piepsz rosnie, zeby sie jak najszybciej uwolnic od tego.
                      Nie wierz w to, ze moze potrzebujesz czasu......
                      Mona
                    • chalsia Re: Co w takim układzie mam robić? 19.01.04, 15:57
                      Sorki, że napiszę to, co napiszę, ale to tak dla mnie wygląda.

                      Jesteś po prostu kochanką na boku - tak z doskoku. Skoro tyle rzeczy przed Tobą
                      skrywał, to skąd wiesz, ze on się w ogóle rozwodzi.
                      Klasyczny trójkąt.
                      On Ci mówi, to co chcesz usłyszeć - wspólna przyszłość, dzieci, etc.
                      Ale nie zamierza nic zmienić w układzie, bo mu dobrze.
                      Skoro on mieszka na parterze, a żona z dziećmi na górze - to może oni są razem
                      i żona nawet nie wie, że jest ktoś na boku.

                      Ja bym tam czym szybciej spylała.

                      Może wszystko jest inaczej. Ale w takim razie zrób to co dziewczyny sugerują -
                      wywal kawę na ławę.
                      Tylko pamiętaj, że to nie chodzi o wybór "dzieci" albo "ja". Dzieci kocha i
                      bedzie kochał, to jego krew. I zawsze będzie im poświęcał czas.

                      Pozdrawiam,
                      Chalsia
                      • justus100 Re: Co w takim układzie mam robić? 20.01.04, 10:59
                        No tak. Znam jego sytuację jedynie z jego opisów i do tej pory mu wierzyłam.
                        Zresztą nadal wierzę, że jest tak, jak mówi.Nawet go rozumiałam i siedziałam
                        cicho, bo uważałam, że chodzi o kasę, którę straci na rzecz tego wstrętnego
                        babsztyla. Ale teraz to już nie ma znaczenia. Dałam mu rok na rozwiązanie
                        sprawy. Wiem, że muszę jasno postawić sprawę: mieszkamy razem albo do widzenia.
                        Tylko,że ja juz nie wiem, czy tego chcę. Nie widziałam go miesiąć i... jest mi
                        dobrze, bez niego. jesli zdecyduje, że ma wrócić to wyłącznie na moich
                        warunkach.
                        • mikawi Re: Co w takim układzie mam robić? 20.01.04, 11:12
                          justus - przede wszystkim sprawdź czy on w ogóle złożyl pozew, bo te jego
                          argumenty które nam opisujesz wydają mi się moooooocno naciągane.
                          Na moje oko (chciałabym się mylić) on nie ma zamiaru się rozwieść a ty jesteś
                          klasyczną kochanką której wciska kit o niekończącym się rozwodzie i coraz to
                          nowymi komplikacjami sprawy.
                          po pierwsze - podział majątku nie ma nic do rzeczy z ewentualnym orzeczeniem
                          winy
                          po drugie - sama piszesz że nie ma raczej mowy o alimentach na żonę, bo jej
                          sytauacj apo rozwodzie się nie pogorszy
                          jedynym "wytłumaczeniem" może byc to że strona winna ponosi 100% kosztów
                          sprawy, ale czy faktycznie byłby to aż taki problem?
                          i co to znaczy że rozwodzi się 2 lata? ile spraw się w takim razie odbyło?
                          zastanów sie czy chcesz czekać kolejny rok na "rozwiązanie sprawy", czy nie
                          lepiej już teraz postawić sprawę jasno, bo moim zdaniem czekasz już ZBYT długo.
                          No i kwestia związania z rodziną. Jasne że dzieci będą najważniejsze i to
                          dobrze ze chce się nimi zajmować, ale na litość boską - obecne tu macochy tez
                          sa z facetami dzieciatymi i nie jest tak że facet kochając dzieci i widując się
                          z nimi - olewa przy tym swoją partnerkę. A u ciebie tak jest i moim zdaniem to
                          nie jest normalne.
                          • justus100 Re: Co w takim układzie mam robić? 20.01.04, 11:33
                            Spraw było 5 (tylko!!!) przy tym on na kilka spraw sie nie stawił, bo miał
                            służbowe wyjazdy, których nie mógł odwołać (bo nie mógł, rzeczywiście)
                            Wiem od osób postronnych, że on sie rozwodzi. Byłam u niego w domu pod
                            nieobecność żony i rzeczywiście jest tak, jak mówił. Wiem, że to tak wygląda,
                            jakbym była kochanką trzymaną w tajemnicy przed żoną. Nie chcę go tłumaczyć.
                            Szukam tylko powodów, dla których jemu tak zależy, żeby mnie trzymać w
                            ukryciu.Wiem,że żona nie może dowiedzieć się, że on spotyka się ze akurat ze
                            mną, bo mogłabym dostać wezwanie do sądu. Ona wie, że on ma kogoś, tylko nie
                            może znać mojego adresu.
                            Zastanawia mnie jedno: dlaczego mamy sie ukrywać, zakładając, że on ma poważne
                            intencje w stosunku do mnie? On mi to wielokrotnie tłumaczył (rzekomo tak
                            zalecił mu adwokat) ale to wszystko za każdym razem wydawało mi sie pokątne
                            jakieś. A co powiecie na taki scenariusz: on starając się o opieke nad dziećmi
                            NIE może zostać uznany winnym rozpadu małżeństwa. A jak sąd mu udowodni, że ma
                            kochankę, to tej opieki nie uzyska. Takie tłumaczenie, choc jednak jakieś,
                            dyskredytuje go w moich oczach, bo nie mam zamiaru poświęcać się, żeby ułatwić
                            mu uzyskanie opieki nad dziećmi. Bo w takim przypadku ja odejdę.
                            • mikawi Re: Co w takim układzie mam robić? 20.01.04, 11:43
                              w jakim wieku sa dzieci?
                              dlaczego nie zostałaś przedstawiona jego rodzicom? (no, chyba że boi się że
                              powiedzą jego żonie o tobie)
                              co powoduje że jest tyle spraw? co jest problemem? w czym się nie mogą dogadać
                              (opieka nad dziećmi, orzeczenie winy?)
                              dlaczego skoro traktuje cię poważnie nie powiedział ci o tak ważnej sprawie
                              jaką jest przejęcie opieki? masz być w końcu jego żoną, wypadałoby powiedzieć
                              ci o tym przynajmniej
                              a przede wszystkim nie rozumiem dlaczego jesteś dla niego jedynie wypełnieniem
                              czasu wolnego, jesli takim akurat dysponuje? zadzwoniłabym do niego z raz czy
                              dwa (czy trzy) w tzw "nagłej sytuacji" z prośbą o pomoc. Ciekawa byłabym jak
                              wtedy zareaguje? czy przyjedzie żeby ci pomóc, czy też stwierdzi że teraz jest
                              z dziećmi i nie może
                              • justus100 Re: Co w takim układzie mam robić? 20.01.04, 12:09
                                Oczywiście, że nie przyjechałby!! Chyba, że byłoby to coś NAPRAWDĘ wyjatkowego
                                (np.złamana noga, che, che) Nawet niespóźniania się nie mogę na nim wymusić.
                                Dzieci mają 8 i 12 lat.
                                Rodzice mieszkają w innym mieście, nie tak daleko (jakieś 170km)Do niego nie
                                przyjeżdżają, bo nie chcą się spotkać z "tą panią", która mieszka piętro
                                wyżej.Są b. honorowi i podoba mi się to. Musiałby mnie zabrać do nich, co jest
                                b. kłopotliwe, bo on ma mało wolnego czasu (pracuje też w niedziele- wolny
                                zawód)A jak juz ma wolny weekend, to przecież zabiera dzieciaki.(Teraz to już
                                nie zabiera, bo mu nie pozwoliłam nigdzie jeździć, tylko siedzieć na dupie w
                                Warszawie)Poza tym czuję,że boi sie, że gdy rodzice zostaną wezwani na świadków
                                i zapytani o kochankę syna, musieliby skłamać, żeby go chronic a oni tacy
                                podobno prawdomówni wszyscy. Ciekawe, nie? On taki kryształowy, tylko dlaczego
                                moim kosztem?! Ale powtarzam, to są moje przemyslenia, domysły na ten temat.

                                Z zoną prowadzą boje o kasę. On nie chce, żeby ona położyła łapę na tym, co
                                należy do jego rodziny (czyli, jak juz pisałam, np. to mieszkanie od jego
                                dziadka czy inne rzeczy, które nabył dzięki własnemu sprytowi)

                                O dzieciach powiedział mi juz po gorących deklaracjach (sama zapytałam, więc to
                                nie była jego inicjatywa)i już było za późno żeby sie wycofać, tzn. ja juz
                                połknęłam haczyk. On tłumaczył później, że... uwaga,bo banalne- "nie chciał
                                mnie stracić, że się wystraszę".

                                O przejęciu opieki nic mi nie powiedział, bo wie,że marne szanse: on często
                                wyjeżdza i na długo, żaden sędzia nie przyzna mu opieki.Dlatego nie mówił,
                                choć, uważam, że powinien był.

                                Mieliśmy podobną sytuację w te wakacje- zabrał d... nad morze z dziećmi na 2
                                tyg. Zacisnęłam żeby i powiedziałam sobie: trudno, tak już będzie, a skoro go
                                kocham to postaram się to jakoś tolerować. Wytrzymałam dwa dni, poczym wysłałam
                                sms z info, że to koniec. No ale zeszliśmy się w końcu. Ostrzegłam, że zdarzyło
                                mu sie to pierwszy i ostatni raz i że juz nie wolno mu mnie zostawić dla
                                dzieci.Przez parę m-cy chodził bez zarzutu: spędzał ze mna każdą wolną chwilę,
                                ja w zamian pozwalałam na spotkania z dziećmi, nawet sama go do nich
                                wyganiałam. Ale ostatnio znowu zrobił mi to samo: wyjechał sobie z dziećmi na
                                10 dni.Nie zrozumcie mnie źle. Jestem przekonana, że mam rację: skoro on na co
                                dzień mieszka z dziećmi, zawozi je do szkoły i jest na każde ich zawołanie,
                                musi mi to jakos zrekompensować. Bez mrugniecia okiem pozbawiam je towarzystwa
                                tatusia na weekend. Nie mam żadnych wyrzutów.Wiem, że gdyby było na odwrót: ja
                                na codzień, dzieci od święta, potrafiłabym to zaakceptować, ale tak- jawią mi
                                się one jak jakieś pasożyty odbierające mi go.
                                Ps. Ja uwielbiam dzieci.
                        • jayin Re: Co w takim układzie mam robić? 21.01.04, 10:04
                          justus... dla mnie wygląda to tak samo, jak opisała Chalsia;/ czyli nieciekawie.
                          Ale mogę się mylić...
                          jedynym wyjściem jest albo z mety zrezygnować z czegoś, co ciebie męczy i nie
                          daje jednak szczęścia, takiego jakiego tobie potrzeba, albo "wywalić kawę na
                          ławę", spytać i zażądać wręcz odpowiedzi na WSZYSTKIE twoje pytania i
                          wątpliwości, no i zweryfikować to co słyszysz z rzeczywistością - osobiście.
                          A potem decyduj - co dalej...

                          I masz rację - dużo z siebie dajesz i poświęcasz dla niego, a on nie robi nic
                          dla Was. Tak to widzę. Jednostronne takie "dawanie" raczej nie wróży nic
                          dobrego żadnemu związkowi, czy to damsko-męskiemu, czy zawodowemu, czy
                          politycznemu :> Niestety. Z pustego i Salomon nie naleje. W pewnym momencie
                          TRZEBA zażądać czegoś DLA SIEBIE - tym bardziej, że nie jest to żaden egoizm
                          czy fanaberie - tylko zwykła potrzeba, i tak odkładana od dawna na później,
                          żeby tylko On miał czas, możliwości, itd itp...

                          Zajmij się sobą, justus. Myśl o tym, czego TOBIE potrzeba, biorąc oczywiście
                          pod uwagę też Jego potrzeby w związku z dziećmi np. - ale nie rezygnuj ze
                          swoich potrzeb w całości! Kompromisy obopólne - tak. "Męczennictwo poświęcalne"
                          z WYŁACZNIE twojej strony - NIEsmile

                          pozdrawiam serdecznie i życzę konkretnych wyników w rozmowach i decyzjach.

                          Joanna
                      • pysia-2 Re: Co w takim układzie mam robić? 20.01.04, 12:42
                        Uciekaj gdzie pieprz rosnie. Z tego co widze nie jestes kobieta sklonna do
                        poswiecen. A jesli z nim zostaniesz (i jesli on zmieni twooj status z kochanki
                        na zone), to zawsze bedziesz sie poswiecac.
                        Nauczona doswiadczeniem moowie: UCIEKAJ.
                        • justus100 Re: Co w takim układzie mam robić? 20.01.04, 12:55
                          Uciec, mówisz? Też wydaje mi się to jedynym sensownym wyjściem, póki jeszcze
                          nie znam tych dzieci, nie mamy swoich.Tylko, że ... ja go kocham.
                          I tu mam kolejne pytanie: czy jeśli odejdę, mimo wyraźnej świadomości, że to
                          właśnie TEN facet, nie będzie to znaczyło,że jestem wyrafinowana suką? On- tak,
                          dzieci-nie. Próbowałam, starałam sie, rozmawiałam, starałam się to zmienic
                          i...nic, nie dało rady. Jak myślę o tych dzieciach, to widzę przed oczami
                          czarny mur, którego nie mogę przeskoczyć.Myśl o jego dzieciach budzi we mnie
                          jakieś dziwne, NIEMIŁE uczucia. Jest to mieszanka niechęci, bezsilności,
                          współczucia, zazdrości.Pewnie niejedna z Was zna to uczucie.To wszystko takie
                          dla mnie nowe, bo normalnie jak widze obce dzieci w parku to mam ochotę
                          podejść, pogadać, nawet przytulić szkraba. Ale TE dzieci, mysl o nich, sprawia
                          mi przykrość. Myślałam, że skoro lubię dzieci, to je też polubię, ale im dalej
                          w las, tym moje uczucia są coraz bardziej negatywne.
                          Teraz, gdy juz wiem, co robic, (tzn. kierować się instynktem samozachowawczym i
                          odejść) mam wyrzuty, jakieś moralne dywagacje. Bo przecież jak ktoś kocha, to
                          powinien byc w stanie się poświęcić, nie? A ja nie potrafię. Czy to znaczy, że
                          go nie kochałam? Czy, że jestem taka wygodnicka? Czy co? Czy jestem winna
                          czemukolwiek? Nieraz słyszałam, przy okazji tej całej historii, że jestem
                          nieodpowiedzialna i, że widziałam, w co sie ładuję. Ale nie wiedziałam, słowo
                          honoru.
                          Pysiu,napisz mi proszę, pod jakim tytułem jest Twoja historia, albo napisz coś
                          więcej o Twoich doświadczeniach
                          Pozdrawiam
                          Madzia
                          • mikawi Re: Co w takim układzie mam robić? 20.01.04, 13:07
                            justus, a moim zdaniem to nie dzieci są problemem tylko fakt, że facet nie
                            potrafi (nie chce?) tak zorganizować sobie czasu żeby miec go i dla dzieci i
                            dla ciebie. Dla ciebie ma czas tylko wtedy gdy akurat ma ochotę jak to
                            napisałaś na jedzenie i ..... czyli wtedy gdy on akurat chce pobyć z tobą a nie
                            gdy ty tego chcesz. Mam wrażenie że kompletnie nie liczy się z twoimi
                            potrezbami i uczuciami, ważny jest on i to jak on chce spędzić swój wolny czas.
                            I to nie dzieci są przeszkodą, tylko jego mentalnośc. Nie byłoby dzieci to
                            wybrałby piwo z kolegami. Gdyby chciał się z tobą zobaczyć i pobyć to
                            potrafiłby ten czas podzielić tak, aby mieć go i dla dzieci i dla ciebie.
                            • konkubinka Re: Co w takim układzie mam robić? 20.01.04, 13:19
                              ile maja te dzieci?
                              • justus100 Re: Co w takim układzie mam robić? 20.01.04, 13:31
                                8 i 12 lat. Czy wiek ma znaczenie? Ech, nic mi sie nie chce....
                                • konkubinka Re: Co w takim układzie mam robić? 20.01.04, 13:37
                                  tak pytam...
                            • jayin Re: Co w takim układzie mam robić? 21.01.04, 10:25
                              mikawi napisała:

                              > justus, a moim zdaniem to nie dzieci są problemem tylko fakt, że facet nie
                              > potrafi (nie chce?) tak zorganizować sobie czasu żeby miec go i dla dzieci i
                              > dla ciebie. (...) I to nie dzieci są przeszkodą, tylko jego mentalnośc. (...)
                              > Gdyby chciał się z tobą zobaczyć i pobyć to potrafiłby ten czas podzielić
                              > tak, aby mieć go i dla dzieci i dla ciebie.

                              Coś w tym jest, coś w tym jest...
                              JEŚLI facet ma wolny czas (bo niektórzy faktycznie go nie mają, wtedy
                              trudno...) - i nie dzieli go mniej więcej równo między wszystkie ważne osoby w
                              swoim życiu, to coś jest nie tak.

                              Co do dzieci - gdybyś nie "dopasowywała" ich podświadomie do ich matki, a on
                              umiałby się zająć i nimi i tobą naraz (tzn. w JEDNYM ŻYCIU SWOIM smile - to nie
                              stanowiłyby one problemu, prawda?
                              Co do starania się o opiekę nad nimi - czasem jest łatwiej nastroić się
                              pozytywnie do dzieci czyichś, jeśli mieszkają z tobą - o tym też warto pomyśleć.

                              pozdr.

                              J
                          • yokono Re: Co w takim układzie mam robić? 20.01.04, 14:42
                            ja tez Ci jeszcze raz powtorze -uciekaj. jestes jeszcze bardzo mloda, wszystko
                            przed Toba.nie rozdzialaj wlosa na czworo-to nie jest kwestia Twojej niecheci
                            do dzieci tylko faceta.Jesli chodzi o opisane przez Ciebie , niesprecyzowane-
                            niechetne uczycie wobec dzieci mialam podobnie na samym poczatku mojej
                            znajomosci z obecnym mezem. poznalam go w wieku 29 lat i poczatkowo traktowalam
                            dosc niezobowiazujaco,ale na jakiekolwiek wspomnienie o dziecku czulam uklucie
                            w sercu. Po 6 mcach wzielismy slub (wyobraz sobie -wpadka w tym wieku ).
                            zostalam postawiona niejako przed faktem dokonanym i moje uczucia do dziecka
                            stopniowo ewoluowaly. jestesmy 2 lata po slubie i nasze uklady sa wiecej niz
                            dobre. tak wiec uwierz mi mozna .pod warunkiem ze facet tez tego chce,ze pomaga.
                            a Twoj jest chyba z gatunku takich , ktorych trzeba pod sciana stawiac.
                            wspomniana przeze mnie kolezanka zalatwila sobie wyjazd zagraniczny i wtedy
                            dopero jej partner szybciutko sie rozwiodl(po 5 latach zzwiazku i pojechal z
                            nnia)a wczesniej zawsze bylo mu nie po drodze do sadu zlozyc pozew, albo nie
                            bylo pod reka dlugopisu zeby go napisac.
                            Reasumujacjesli sie da uciekaj. a jak nie badz twarda
                            pozdrawiam
                            yoko
                          • pysia-2 Re: Co w takim układzie mam robić? 20.01.04, 14:44
                            Masz te same dylematy, jakie mialam ja... Nie wiem co ci powiedziec. Ja tez go
                            kochalam i niewyobrazalam sobie zycia bez niego. Myslalam, ze dam rade, ze
                            wszystko sie ulozy, a poza tym, ze mozna oddzielic to zycie od tamtego zycia...
                            Pewnie nadal go kocham, ale zaluje. Ze sie z nim zwiazalam, ze sie w to
                            wplatalam, ze...
                            Moje watki:
                            kiedy zaszlam w ciaze...
                            Boze zatrzymaj to malzenstwo ja wysiadam...
                            I wiele innych, teraz nie pamietam.
                            Mozesz tez poczytac posty Mony56, to baaaardzo podobna historia do mojej
                            • justus100 Re: Co w takim układzie mam robić? 20.01.04, 15:03
                              Tak, Pysiu. Przeczytałam Twoje wątki i... strasznie mi się przykro zrobiło.
                              Podobało mi sie, jak stwierdziłaś, że wcześniej w ogień byś poszła za taką
                              szaleńczą, głupią miłością,a tak naprawdę nie jest ona aż tak wartościowa. Ja,
                              choc jestem b. rozsądna, w miłości oczekuje pożaru, wybuchów wulkanów pożądania
                              i ognia. I on mi to daje (przepraszam, dawał) A jak mój wulkan wybuchnie przy
                              jego dzieciach? Dla mnie coś tu mocno zgrzyta: wyrafinowany seks z nim w nocy/
                              jego dzieci na kolanach w ciągu dnia. Cos tu na pewno jest zaburzone, bo
                              najpierw jest seks a potem dzieci, a nie: seks i dzieci jednocześnie (tzn.
                              mniej-więcej jednocześnie, hi, hi, nie jestem perwersyjna...)

                              Zanim go poznałam, miałam prawie trzyletnią przerwę w kontaktach z samcami. To
                              była miłość od razu, na zabój.A potem była jedna ekscytująca przygoda, romans
                              jak z filmu.Tylko,że ja chciałabym jednak coś więcej niż ekscytującą przygodę.
                              Teraz pozostanie mi związek z rozsądku, bo drugi raz, nie wiem czy przytrafi mi
                              się coś równie szalonego, mocnego i prawdziwego jednocześnie.
                              Smutno mi jakoś...
                              • mona56 Re: Co w takim układzie mam robić? 20.01.04, 17:13
                                Justus!
                                Rozumiem, ze go kochasz, ja tez kochalam mojego meza(tak na zaboj).Teraz
                                pozostala rzeczywistosc. Jestesmy 8 lat razem, i stawiam sobie pytanie, czy to
                                wszystko warte bylo tyle wyrzeczen i przykrych sytuacji. Juz ochlonelam z tej
                                szalonej milosci i gdybym mogla sie cofnac z czasem do tylu, to zrobilabym to
                                od razu, bez namyslania sie. Moje odczucia byly na poczatku podobne do twoich i
                                sama sie oszukiwalam, ze to przejsciowe, ze minie. Oszukalam siebie sama.Mamy
                                wspolne dziecko i gdy bylam w ciazy moje negatywne uczucia nasilily sie tylko.
                                Przeszkadzala mi ta jego przeszlosc i to ze tyle czasu spedzal wspolnie z jego
                                dzieckiem(i ze mna). To bolalo.Czulam, ze moja prywatnosc jest zaklucona.
                                Nie zyj nadzieja, ze twoje odczucia sie kiedys zmienia. One sie nasila, a co
                                bedzie gdy zalozysz z nim rodzine? Dasz sobie z tym rade? Czarno to widze
                                (depresje....)
                                Zastanow sie czy to jest tego warte....
                                Ja bardzo tesknie za takim zwyczajnym zyciem z normalnymi problemami, ale nie
                                akurat TYMI
                                • justus100 Re: Co w takim układzie mam robić? 21.01.04, 10:50
                                  To wszystko takie smutne.
                                  Podaba mi się tu, bo jesteście takie szczere i... odważne. Wczesniej zostałam
                                  obita moralnie na "W strone ojca". Zrobiono tam ze mnie wiedźmę, która zabiera
                                  dzieciom ojca itd. Po "terapii" tam nie miałam odwagi przyznać się nawet przed
                                  samą sobą: Nie lubie jego dzieci i NIGDY się z tym nie pogodzę. Będę je
                                  tolerować i zaciskać zęby ale nic więcej. Żadnych matczynych uczuć! Uważałam
                                  jednak,że to nieludzkie, bo niechęć to tych dzieci kierowana jest bardziej
                                  instynktem samicy niz przemysleniami młodej, bądź co bądź, ciepłej i serdecznej
                                  kobiety.Tutaj zobaczyłam, że nie jestem sama w moich odczuciach i że nie wolno
                                  wstydzić się takich odczuć, bo są one naturalne.Nigdy nie potrafiłam oszukiwać.

                                  Wiem, że mi szczerze radzicie. Dziekuje Wam za to. Zastanawiam się, jednak, czy
                                  jakaś kobieta z podobnymi, co my przeżyciami nadal twierdzi, że miłość jest
                                  mimo wszystko najważniejsza i warto dla niej cierpieć i się poświęcać?
                                  Pozdrawiam
                                  Zbolała Magda
                                  • konkubinka Re: Co w takim układzie mam robić? 21.01.04, 11:00
                                    na wstrone ojca zawsze cie obija.......
                                  • jayin Re: Co w takim układzie mam robić? 21.01.04, 11:07
                                    justus - ja myślę, że to nie wyłącznie miłość warunkuje to czy i ile się
                                    poświęcimy dla drugiej osoby, zrezygnujemy z siebie czy oddamy "pole", które
                                    teoretycznie nam przysługuje (nie mówię tu tylko o "polu" w stosunku do dzieci
                                    czy Ex partnera, ale ogólnie - w domu, w życiu wspólnym, zainteresowaniach,
                                    potrzebach itd.).

                                    miłość nie warunkuje tego, że NA PEWNO zostaniemy z kimś, jeśli go kochamy
                                    nawet nad życie, nawet nie wyobrażając sobie swojego istnienia bez tej osoby.
                                    warunkiem tego pozostania z kimś kochanym w takich sytuacjach o jakich mówimy -
                                    jest WYŁĄCZNIE nasza osobista wytrzymałość. fizyczna i psychiczna.

                                    Czasem jak się nawet mocno kocha, odchodzi się. cierpi się - samej/samemu. ale
                                    odchodzi się. bo brak wytrzymałości na to co nas spotyka.
                                    granica tej wytrzymałości u każdego jest inna. to bardzo indywidualna sprawa.
                                    miłość więc niestety nie załatwia gwarancji na trwałość związku.

                                    pozdr.

                                    Joanna
                              • asiek25 Re: Co w takim układzie mam robić? 21.01.04, 11:14
                                Oj, Justus, dobrze Cię rozumiem. I chyba za dziewczynami powtórzę - odejdź od
                                niego. Między mną i miom facetem wybuchł 3,5 roku temu tak ognisty romans, tak
                                wielkie uczucie, tak potężna miłość, jakiej sobie nie potrafiłam wyobrazić.
                                Wydawało mi się, że to ten jedyny na wiecie, że nikt mnie tak nie rozumiał jak
                                on, że tylko z nim życie będzie takie cudowne i ciepłe. I on myślał tak samo.
                                Dla niego rzuciłam wszystko, przeprowadziłam się do innego miasta oddalonego o
                                400 km. Rozwód trwał 2 lata (9 spraw) i cały czas musieliśmy się ukrywać.
                                Poczytaj sobie mój wątek "Czy znowu musiałam wyjść" - tam opisałam jak bardzo
                                mnie to bolało. I jestem w stanie wytłumaczyć Ci dlaczego była ta cała
                                konspiracja. Mój facet chciał rozwodu z orzekaniem o winie obu stron, żona z
                                orzekaniem o jego winie. To był powód tak dużej ilości spraw. Dlatego nie
                                wierzę w opowieści Twojego M., że w ich rozwodzie chodzi o dzieci. Raczej o to
                                kto komu i ile kasy będzie płacił. Alimenty na żonę, jak piszesz, w chwili
                                obecnej odpadają, bo ona nieźle zarabia. Ale to tylko w tej chwili. Bo jeśli on
                                przegra sprawę, a w przyszłości jej status majątkowy mocno się pogorszy, to ona
                                od razu poleci do sądu po alimenty na siebie i raczej je dostanie. Więc myślę,
                                że adwokat właśnie po to doradził Twojemu facetowi ukrywanie Waszego związku.
                                Ponadto strona przegrana płaci 100% kosztów rozwodu, co było już przez
                                dziewczyny powiedziane. Mój facet przegrał sprawę, bo żona dowiedziała się o
                                nas w trakcie trwania rozwodu i udowodniła to przezd sądem. Chcesz wiedzieć ile
                                go to kosztowało? 9 spraw + koszty jego adwokata + zwrot kosztów za adwokata
                                żony (to też płaci strona przegrana) + odwołanie od wyroku = ok. 15 tys. zł. Z
                                finansowego punktu widzenia było o co walczyć, choć pozostawiam to
                                indywidualnej ocenie czy ważniejsze te 15 koła czy spokój ducha partnera.
                                Temat jego dzieci. Widywał się z nimi bardzo często, czasami nawet w każdy
                                weekend. Nawet nie wiesz ile ja sobót i niedziel przepłakałam sama w domu. Bo
                                niby jak miałam sobie ten czas zorganizować sama, w obcym mieście, nikogo nie
                                znając. A on widząc moje łzy i tak wychodził do dzieci, bo miał ogromne wyrzuty
                                sumienia i nie mógł im zabierać siebie. Bo przecież mieszkaliśmy razem i ja
                                miałam go na codzień, a one od święta. Ale ja też przecież chciałam pojechać z
                                nim w weekend na wycieczkę za miasto lub pójść do parku na spacer, w dni
                                powszednie długo pracował. Ale wielka miłość trawała, więc to znosiłam.
                                Zbuntowałam się po 2 latach i zażądałam, aby wolny czas podzielił między mnie i
                                dzieci - dla mnie sobota, dla nich niedziela, albo odwrotnie. Widziałam, że
                                ciężko mu to przyszło, ale się zgodził. Ten temat mieliśmy już z głowy.
                                Jego rodzice. Nie chcieli mnie poznać przez 2 lata, mimo że wiedzieli, iż
                                mieszkamy razem. Oni nas nie odwiedzali, on chodził do nich sam lub z dziećmi.
                                Bolało. Pytałam dlaczego, nakłaniałam go, żeby nas sobie przedstawił, żeby
                                zorganizował jakieś spotkanie. Tłumaczył mi, że oni są starej daty, bardzo
                                wierzący katolicy, w ich rodzinie nigdy nie było rozwodów, że dla nich to
                                wszystko jest baaaardzo trudne, że nie potrafią za bardzo się z taką sytuacją
                                pogodzić. Znów starałam się być wyrozumiała. oswoili się z sytuacją po 2
                                latach, poznaliśmy się, teraz bardzo mnie lubią i często się odwiedzamy.
                                Ale wszystkie te trudności, kłopoty, problemy niestety bardzo osłabiły nasz
                                związek. Mimo, że rozumiem, iż tak musiało być, to jednak gdzieś podświadomie
                                mam do niego żal, że o wszystko musiałam tak walczyć - o podział czasu między
                                mnie a dzieci, o poznanie jego rodziców, o swoje miejsce u jego boku. Miłość
                                mocno ostygła. Seks zresztą też. A wszystko to napisałam Ci po to, aby pokazać,
                                że nie zawsze problemy umacniają związek, czasami jest wręcz odwrotnie. Mi
                                zabrakło już chyba siły, aby ciągnąć to tylko na swoich barkach i pokazywać mu
                                drogę, którą należy iść. I też zaliczam się do grona dziewczyn, które gdyby
                                mogły cofnąć czas - odeszłyby. Teraz nie jest to takie proste, ale to już temat
                                na inny wątek.
                                • justus100 Re: Co w takim układzie mam robić? 21.01.04, 11:43
                                  Czytałam Twój wątek, Asiek. Nawet poradziłam Ci, abyś się zbuntowała.Dziekuję,
                                  że napisałaś mi, dlaczego musieliście się ukrywać.Mimo wszystko (patner też mi
                                  to przedstawiał w mniej-więcej tym stylu) nie chce mi się w to wszystko
                                  wierzyć! Po prostu nie mieści mi się to w głowie. Wiem, że napisałaś prawdę ale
                                  ona jest jakaś niepojęta dla mnie!

                                  Wiesz? Ja bym wolała wierzyć, że w rozprawie jednak chodzi o kasę, nie o
                                  dzieci...
                                  On tylko raz stwierdził, że to sie przeciąga "bo są dzieci" a sto razy,
                                  że "nie chce stracić kasy". Pewnie będę brutalna, ale...

                                  jeśli okazałoby sie,że rzeczywiście chodzi WYŁĄCZNIE o kasę, to starałabym się
                                  to znieść. Proste równanie: straci kasę na obcą babę. Widzę więc w tym nijako i
                                  mój interes i dlatego kooperuję. Jednak gdybym miała pewność, że te wszystkie
                                  podchody, tajemnice, ukrywania czynione są w imie jego opieki nad dziećmi, już
                                  nie byłabym taka skłonna kooperować. Wręcz przeciwnie!!! Nawet wolałabym,żeby
                                  przegrał- wtedy miałabym dzieciaki z bański. I tu mamy rozbieżność
                                  interesów.Każde ciągnie w swoja stronę. Dla jego dzieci nie jestem w stanie się
                                  poświęcać. Przyzwalałam na spędzanie czasu z dziećmi, bo wiedziałam, że to dla
                                  niego ważne, że cierpi nie widząc ich, a kochając, nie chciałam, żeby był
                                  nieszczęśliwy. On natomiast ma inne pobudki. Wyznał mi kiedyś,że jego uczucia w
                                  relacji z dziećmi są nieważne, najważniejsze jest nie to,że on potrzebuje
                                  dzieci, ale, że one potrzebują jego i tęsknią za nim.Czyli jakiś mętlik. Bo
                                  moje motywy, jakimi kieruję się w kwesti pt. jego dzieci są zupełnie inne niż
                                  jego. Ja poświęcam siebie dla jego szczęścia a on idzie dla dzieci nie z
                                  egoizmu i zaspokojeniu jakiś odczuć, tylko dla Nich i dla ich dobra. Czyli
                                  skracając to równanie wychodzi, że poświęcam się dla nich- przykro mi, ale to
                                  mnie nie odpowiada.

                                  Jak widzicie, przerobiłam (tak jak Wy) ten temat na wszelkie możliwe sposoby,
                                  pod każdym możliwym kątem, zbadałam każdy możliwy odcień i... ni cholery
                                  dalej.Zawsze jest ten pieroński mur.

                                  Wiele razy zastanawiałam się, czy płeć dziecka zmieniłaby coś w moim
                                  nastawieniu do tego całego galimatjasu. Jestem przekonana, że gdyby to byli
                                  chłopcy byłoby mi łatwej. Chłopcy są bardziej zazdrośni o matkę, dziewczynki-o
                                  ojców. A to są właśnie dziewczynki i do tego dwie.
                                  Co o tym sądzicie? Czy zazdrość o dzieci jest mniejsza lub wieksza w zależności
                                  od płci?
                                  • konkubinka Re: Co w takim układzie mam robić? 21.01.04, 11:55
                                    plec ma tu duze znaczenie.Poza tym zdarza sie takze ze osoba nie umie zerwac z
                                    partnerem .Lepiej wychodzi mu zwodzenie obu stron.Ja niestety do takich
                                    naleze.Kazdy moj zwiazek konczyl sie bo poznalam kogos ale byl w tym czasie
                                    okres dzialania na dwa fronty.Jednak pociesze Cie.Zawsze szlam dalej , czyli do
                                    tej osoby ktorą poznałam .
                                    • mona56 Re: Co w takim układzie mam robić? 21.01.04, 16:54
                                      Wiesz JUstus-nad plcia dziecka nie zastanawialabym sie. Tak czy inaczej to sa
                                      jego dzieci,i zostana na zawsze (czy to dziewczynka, czy chlopiec......)
                                      On sie ich nigdy nie wyrzeknie i nie rob sobie zludzen, ze on spedza z nimi
                                      czas tylko dla ich potrzeb, a nie dla siebie.On jest napewno z nimi zwiazany,
                                      tymbardziej ze maja nascie lat i tata bral udzial do tej pory w ich
                                      wychowywaniu
                                      Ja rownierz bylam zaborcza tak jak ty i zazdrosna o kazda chwile, ktora maz
                                      spedzal ze swoim dzieckiem. Ta cala sytuacja zmuszala mnie jakos do tego.
                                      Najgorzej bylo wtedy, gdy sama urodzilam nasze wspolne dziecko, a on spelnial
                                      swoje obowiazki TAM. Zostawalam czesto sama z naszym malenstwem. Majac dziecko,
                                      dotarlo do mnie, ze on bedzie sie poswiecal swojemu ZAWSZE. To tak samo, gdyby
                                      mnie probowal ktos oderwac od mojego dziecka. PRZENIGDY!
                                      Napewno to zrozumiesz, gdy bedziesz miala swoje dzieci. Nie ma chyba wiekszej
                                      wiezi, od wiezi rodzicielskiej.Dlatego nie miej zludzen, ze ty bedziesz
                                      najwazniejsza. Dzieci naleza do niego podobnie jak jakas jego czesc ciala.
                                      Daj sobie czas i zastanow sie, czy chcesz z takimi odczuciami spedzic swoje
                                      zycie (ja sie od nich po 8 latach nie uwolnilam). Jesli to juz teraz tak bardzo
                                      przezywasz, to co bedzie pozniej. W codziennym zyciu napewno nie bedzie
                                      kolorowo a tylko gorzej.Wtedy te problemy beda na porzadku dziennym.Wydaje mi
                                      sie, ze sama milosc tutaj nie wystarczy (moje doswiadczenie)
                                      MNie uciska to do dzisiaj jak kamyk w bucie. Odwrotu nie mam. Przemysl sobie to
                                      wszystko i wybierz najrozsadniejsze rozwiazanie
                                      Powodzenia!!
                                      • konkubinka Re: Co w takim układzie mam robić? 21.01.04, 17:08
                                        Ale mnie wydaje sie ze Justus nie jest zazdrosna o czas spedzany z
                                        dziecmi.Mysle ze chc byc doceniona i zauwazona i zeby czas spedzany z nia tez
                                        byl dla niego cenny.
                                        • mona56 Re: Co w takim układzie mam robić? 21.01.04, 19:19
                                          A ja jednak mysle, ze to jest mieszanka wszystkich uczuc i w tym tez zazdrosci.
                                          Przeciez to jest jednoznaczne z wypowiedzia Justus (ponizej). Czy jest tu
                                          ktoras z nas "macoch", ktora nie bylaby choc troche zazdrosna? Chyba niewiele
                                          jest takich ktore sie z przeszlosci faceta raduja. Ponizej skopiowalam krotki
                                          watek od Justus, ktory wskazuje wlasnie na te i nie inne odczucia:

                                          Jak myślę o tych dzieciach, to widzę przed oczami
                                          czarny mur, którego nie mogę przeskoczyć.Myśl o jego dzieciach budzi we mnie
                                          jakieś dziwne, NIEMIŁE uczucia. Jest to mieszanka niechęci, bezsilności,
                                          współczucia, zazdrości.
                                          • justus100 Re: Co w takim układzie mam robić? 22.01.04, 09:49
                                            Wiele razy starałam się wyobrazić sobie te uczucia, które Wy znacie z
                                            doświadczenia. Wyobrażałam sobie, że jak będziemy mieć swoje dziecko NIGDY nie
                                            pozwolę się zostawić samej z dzieckiem, podczas gdy on będzie się spełniał tam.
                                            Przepraszam za egoizm, ale on też musi coś poświęcić, skoro z takim bagażem
                                            chce sobie ułożyć życie. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego to JA wyłącznie mam
                                            iść na ustępstwa.
                                            Narazie jest tak, że on mieszka z dziećmi a mnie jedynie odwiedza. Postanowiłam
                                            sobie, że albo się to zmieni albo koniec.Bo rzeczywiście w TAKIM wydaniu, jak
                                            do tej pory jestem ZAZDROSNA o wszystko, co wiąże się z tymi dziećmi. Ale wiem
                                            też, że gdyby wykazał się sprytem i mądrością,o którą go podejrzewałam,
                                            niestety niesłusznie, nie skończyłoby sie takim dramatem. Jestem przekonana, że
                                            gdybyśmy mieszkali razem, nie przeszkadzałabym mu w kontaktach z dziećmi i nie
                                            byłabym zazdrosna o to,że raz na 2 tyg. widzi się z nimi. Wychodzę z założenia,
                                            że dzieci dziećmi, ale to ze mną się teraz wiąże i ze mną będzie miał
                                            potomstwo, więc ja powinnam byc CO NAJMNIEJ równie ważna, co jego dzieci. Skoro
                                            nie potrafił mi zapewnić spokoju i pewności, ja nie zdecyduję się na wiązanie
                                            z kimś takim. Wcale nie zamierzałam odseparować go od dzieci. Chciałam tylko,
                                            bo poświęcał więcej uwagi mi, a nie dzieciom, tak jak do tej pory. Nie może byc
                                            tak, że on sobie spokojnie mieszka tam a do mnie przychodzi po nocy, jak jakiś
                                            przestepca. Dzieci-tak ale raz na jakiś czas. W takich proporcjach,
                                            spróbowałabym się w to pobawić.

                                            To w sumie nawet nie chodzi o dzieci. Jak juz napisałyście, chodzi o jego
                                            podejście do nich. Paranoja sięgnęła zenitu, kiedy napomknął coś w stylu: żona
                                            musi czuć sie dobrze, bo z nią są dzieci...
                                            O nie, kotku, nie ze mna takie numery.
                                            Dzieki za wszystkie szczere rady. Naprawdę czerpię od Was dużo siły i nauki.
                                            Może taka miłość rzeczywiście nie jest warta schizofrenii, w którą powoli
                                            wpadałam?
                                            Pozdrawiam
                                            • konkubinka Re: Co w takim układzie mam robić? 22.01.04, 11:47
                                              Alez to tylko sa skutki nieumiejetnego postepowania tego faceta.We mnie
                                              naprawde nie ma zazdrosci o Gosie.Nie ma i juz.Owszem jestem zazdrosna o to co
                                              bylo miedzy nim i ex , o slub koscielny , zycie w malzenstwie najpierw pare lat
                                              bez dziecka potem zaplanowanie corki.Ciagle cos mi chodzi po glowie.Ale nie
                                              Malgosia.Dla mnie ona nie jest przeszkoda bo M o to zadbal.I jest teraz dobrym
                                              ojcem (choc bezmyslnym - patrz inne watki) , kochajacym dla drugiej , naszej
                                              corki.
                                              • justus100 Re: Co w takim układzie mam robić? 22.01.04, 12:17
                                                Tak, Konkubinko, czytałam o Twoim mężu. No, cóż. Dziwne, że mając już ojcowskie
                                                doświadczenie z Małgosią, wykazuje tak rażącą ignorancję w sprawach dotyczących
                                                Waszego dziecka.
                                                To,że facet już ma dzieci może byc, paradoksalnie, pozytywnym zjawiskiem dla
                                                nas -drugich partnerek/żon.No, bo mając już doświadczenie, wie, co i jak robić
                                                przy naszym ewentualnym dziecku i co dwie głowy itd. Z partnerem "bez
                                                przeszłości" musiałybyśmy same do wszystkiego dochodzić, choć to pewnie też ma
                                                swoje niezaprzeczalne uroki.

                                                Zawsze chciałam mieć co najmniej 2 dzieci, choc POTWORNIE boje się porodu,
                                                bólu, komplikacji itd. W sytuacji, gdy on ma już dzieci, moge poprzestać na
                                                jednym, bo nasze dziecko juz będzie miało rodzeństwo.

                                                A jeśli chodzi o zazdrość o kwiatki typu: ślub kościelny, bycie z inna kobieta,
                                                to nie. Wiem, że jako kobieta jestem dla niego pierwsza (tamta to jakaś
                                                wyblakła jędza)Żadna kobieta nie dała mu tego, co ja (miałam okazję się o tym
                                                niejednokrotnie przekonać....) i nie sądzę, że kiedykolwiek, którakolwiek mu to
                                                da. Pewnie da mu więcej cierpliwości i może miłości dla jego dzieci, ale
                                                napewno nie będzie mi sie równać pod innymi względami smile

                                                Jestem natomiast niespełniona na innym polu: nie dałam mu dzieci, choć
                                                planowalismy własne. Boje się wyzwania nie jako kochanka/żona lecz jako
                                                matka/partnerka. Czy moje dzieci będą kochane tak jak tamte, czy będą takie
                                                ładne, mądre, słodkie? Nikt mi na to nie odpowie, ale moja niechęć do tych
                                                dzieci wiąże się pewnie właśnie z tym niespełnieniem. Poza tym, jak już
                                                pisałam, zachwiana jest kolejność zdarzeń: normalnie poznaję faceta, kochamy
                                                się, są dzieci. A tu jakoś na odwrót...
                                                Czy miałyście tak, ze w momencie gdy narodziło Wam sie dziecko, zaczęłyście
                                                łaskawiej patrzeć na dzieci partnera. Czy może było na odwrót?
                                                • mona56 Re: Co w takim układzie mam robić? 22.01.04, 13:14
                                                  Laskawiej? napewno nie. Wtedy dochodzilo do mnie pomalu co to wszystko dla mnie
                                                  znaczy. Te wszystkie wyrzeczenia.......LATAMI!
                                                  Justus! jezeli jestes przekonana, ze jestes osoba niezrownana i ta "pierwsza",
                                                  jezeli wiesz, ze nie bedzie ci sprawialo przykrosci to, ze nie mozesz wziac
                                                  slubu koscielnego, to ze zalozyl rodzine z inna kobieta itp. to w czym widzisz
                                                  problem?
                                                  Wysuwasz sie z planami juz tak daleko-myslisz o wspolnych dzieciach,wspolnym
                                                  zyciu, a on tym czasem mieszka jeszcze ze swoja rodzina. Nie zapedz sie za
                                                  daleko!
                                                  Piszesz, ze z partnerem bez przeszlosci trzeba samemu do wszystkiego dochodzic
                                                  (co do dzieci). I moim zdaniem to sa chyba te pierwsze i niepowtarzalne uroki,
                                                  za ktorymi bede tesknic.
                                                  Twoja niechec do tych dzieci(jak piszesz) nie wiaze sie chyba z twoim
                                                  niespelnieniem, ze sama ich jeszcze nie masz, tylko raczej z tym, ze przed toba
                                                  byl ktos, z kim dzielil swoje zycie. Jedno dodam, ze moja niechec do jego
                                                  dziecka rosla wraz z moja ciaza. Poszukaj niektore watki od dziewczyn, o tej
                                                  tematyce
                                                  Powodzenia!

                                                  • justus100 Re: Co w takim układzie mam robić? 22.01.04, 14:51
                                                    Mona, problem tkwi właśnie w tym, że chciałabym dla mojego potomstwa te 100%.
                                                    Nawet nie dla mnie, bo jako kobieta od partnera bedę mieć 100%. Ale on już ma
                                                    dzieci więc dla moich zostanie te kilka procent mniej. Zawsze będę musiała brać
                                                    pod uwagę fakt, iż on musi się dzielić jako ojciec między nasze dzieci i
                                                    jego.Może wydziwiam...
                                                    No właśnie. Ostatnio często o tym myslę: tak sobie niby ułozyliśmy przyszłość,
                                                    stwierdziliśmy, że chcemy byc razem. Ale jak, skoro on ma jeszcze TYLE spraw
                                                    nierozwiązanych?!!! A mnie przeraża czekanie, aż to wszystko się wyklaruje.
                                                    Zła jestem na siebie, że tak sie dałam zmanipulować!
                                                  • mona56 Re: Co w takim układzie mam robić? 22.01.04, 15:36
                                                    No wlasnie Justus. Te 100% dla twoich dzieci nie bedziesz miala nigdy.
                                                    One beda na rowni wazne i tak samo kochane.Albo to zaakceptujesz, albo nie i
                                                    bedziesz przez to bardzo cierpiala. Ja rozgrzebuje to wszystko do dzisiaj i
                                                    zameczam sie roznymi pytaniami, migaja mi urywki zdarzen bardzo nieprzyjemnych.
                                                    Czy potrzebne bylo mi to wszystko? Stwierdzam, ze oszukalam sama siebie,
                                                    powtarzajac, ze jakos to bedzie. Nie bylo na poczatku i nie bedzie w
                                                    przyszlosci. Trzeba jednak przejsc samemu przez to,nabyc jakiegos doswiadczenia
                                                    zeby cokolwiek zrozumiec.Mozna to okrecac w ta strone i z powrotem, faktem
                                                    jest, ze prowadzenie takiego zwiazku jest cholernie niewygodne i ciezkie.
                                                    Mysle, ze ciezko tobie cokolwiek doradzic, gdy jestes jeszcze po uszy zakochana
                                                    Czytajac posty musisz dojsc sama do wlasnych wnioskow.Ja sie juz wylaczam i
                                                    ostatni raz zycze ci powodzenia.
                                                • jayin Re: Co w takim układzie mam robić? 22.01.04, 14:07
                                                  justus100 napisała:

                                                  > Jestem natomiast niespełniona na innym polu: nie dałam mu dzieci, choć
                                                  > planowalismy własne. Boje się wyzwania nie jako kochanka/żona lecz jako
                                                  > matka/partnerka. Czy moje dzieci będą kochane tak jak tamte, czy będą takie
                                                  > ładne, mądre, słodkie? Nikt mi na to nie odpowie, ale moja niechęć do tych
                                                  > dzieci wiąże się pewnie właśnie z tym niespełnieniem.

                                                  Wiesz, mi się wydaje (chociaż ntt. mógłby wypowiedzieć się kompetentnie jedynie
                                                  facet smile - że o ile dla nas to może być problem - ten dysonans w sile i
                                                  jakości uczuć do dzieci swoich i cudzych - o tyle dla faceta w takim przypadku
                                                  o jakim piszesz - nie - w końcu i tamte dzieci i wasze wspólne - to JEGO
                                                  dzieci. "samcza duma ojcowska", poczucie jedności genetycznej - nie ma
                                                  różnicy smile. więc nie powinno być różnicy dla niego - biologicznie i ogólnie
                                                  psychicznie.
                                                  jakieś różnice w uczuciach do tych dzieci są pewnie takie same jak w
                                                  przypadku "jednorodzinnych" domów - gdzie przy większej ilości dzieci również
                                                  uczucia rodziców rozkładają się czasem nierównomiernie na wspólne dzieci. to
                                                  chyba hm... normalne.

                                                  więc nie ma co dywagować które dzieci będzie facet bardziej kochał. bo pewnie
                                                  będzie kochał je tak samo.

                                                  pozdr.

                                                  Joanna
Inne wątki na temat:
Pełna wersja