sven_b
22.03.07, 23:37
Nieopatrznie palnąłem przy samochodzie ze czas go zmienic i usłyszal to.
Poniewaz zona to poparła oboje mamy ciepło. Chyba wyszedł z założenia, ze po
paru latach nienagannej służby nie mozna tak po prostu powiedziec. Zaczęło sie
od 2 gum w ciągu tygodnia - jedna w miescie, druga w 100licy. Obie po zmroku.
Pobocze, klucz, lewarek i do dzieła. Następnie 2 dni pozniej zaryglował sie od
wewnątrz i mimo wielokrotnej dezaktywacji nie chciał nas wpuścić. W koncu sie
otworzył ale nadal odcinał zapłon i tyle bylo z jazdy. Na szczescie producent
alarmu jest w miescie - przyjadą. Odłączyli go ale naprawe mogą zrobić u
siebie. 200zł poszło.
Mija dzien. Przy skrętach i na łukach w prawo coś unosze sie z fotelem. Pewnie
sie odkrecil (juz tak raz mialem). Mylę się - pękł stelarz. To wspaniała
wiadomosc w swietle tego, ze na drugi dzien (wczoraj) o 7.10 mamy ruszyć do
Gdyni. Trudno, jedziemy. Na miejscu zalatwiamy sprawy w 2 godz. i mozemy
wracac. Nic z tego. Rozrusznik kreci, endżin nie zaskakuje. I tu zrobiłem
błąd. Przez rutyne zwolnilem reczny zanim włączylem zapłon przez co z malego
parkingu wytoczylem sie na jezdnie z zamiarem odpalenia i odjechania.
Odpalenia bezskutecznego. Połową auta blokuje jeden pas. Jak nikt nie jechal
tak nagle pojawil sie sznur aut. Mimo awaryjnych budze niechęć, co zrozumiale
bo oni widzą tylko lewy migacz co im sugeruje ze sie idiota na pół ulicy
wysuną do skrętu i czeka:-). Decyduje sie na ruch brutalny ale skuteczny -
wrzucam wsteczny i na samym rozruszniku cofam sie na placyk. Unieruchomiony
350km od domu sprawdzam styki, połączenia, bezpieczniki. Podejrzewam, ze
sprzet sabotuje alarmem, wiec odłączam go. Nic. Ktoras proba uświadamia mi ze
w ogole nie slysze pompy paliwa. Przeciez nie mogła ot tak pasc. Zanim
zadzwonie do serwisu, daje mu ostygnąc. Odkrecam korek wlewu oleju i plynu
chlodzącego, klapa w dół i idziemy cos zjeść. Cały czas mamy świadomość ze
sprzet juz wie i sie odgrywa:-) Po powrocie robie ruch ostatniej szansy (last
action zapłon). Odpalam od ręki... Uff, do domu. Co to bylo, nie wiem.
Na wysokości Tczewa nagle jeb - odpada wycieraczka. Staje i ide po nią ok.
150m, ale jest syf - leje, ciemno i ciągnie nieprzerwany sznur TIRów wiec
odpuszczam. Wracam i widze, ze to pękło ramię, jakby uderzone. Czym, kiedy,
jak to mozliwe? To przecież kawał metalu. Na szczescie to prawa wycieraczka,
ale i tak wkurza.
Ogólnie to fragment wiekszej kumulacji, ktorej nie chce tu wymieniać bo tekstu
urosło sporo, a ktora trwa od 3 tygodni. Jutro musze spojrzec dlaczego nagle
nie mam swiatel wstecznego i dlaczego padł 2gi bieg wentylatora chlodnicy.
Wczoraj sabotował też lewym glosnikiem, ktorym trzeszczał:-) Generalnie
dopiekł nam juz mocno, ale nie wiem czy na tym poprzestanie czy zamierza
kontynuować :-)