Dodaj do ulubionych

Asertywny samarytanin ?

12.10.06, 11:01
Nieraz rozmawialiśmy o asertywności, roztrzygając drobiazgi.
Ale tak ogólnie... Jak myslicie - czy chrześcijanin to powinien być ktoś
taki, kto "pozwoli sobie wejśc na głowę" ? Zbyt szeroko otworzy dom ?
Niby wiemy, że ma być dobry - mówimy dzieciom : bądźcie dobre. Ale mam
wrażenie, że dla kazdego jednak to co innego oznacza. Może to jest następny
problem, który tak naprawdę przekłada się na te wszystkie codzienne
roztrzygnięcia - podzielenie się kanapką, pomoc komuś konkretnemu,
przyniesienie zakupów, odwiedziny w szpitalu, zadzwonienie do babci,
przebaczenie koleżance.
Ale jak to jest z asertywnością - może chcrześcijanin powinien z niej
zrezygnować ? Może żeby być dobrym, miłosiernym samarytaninem nie powinien
mówić " nie" ?
Obserwuj wątek
    • mama_kasia Re: Asertywny samarytanin ? 12.10.06, 11:29
      Miłosierdzie w pojęciu chrześcijańskim wynika z Miłości
      Boga. Chrześcijanin jest miłosierny, bo przede wszystkim
      Bóg go kocha i daje mu taką zdolność. Z tego bierze się
      miłość do drugiego człowieka. Tak ja to rozumiem smile
      Podobało mi się takie stwierdzenie, że być miłosiernym
      to przekraczać ramy sprawiedliwości. I patrząc na to zdanie,
      patrząc na to, ile sama otrzymałam od Boga, widząc rzeczywiście
      Jezusa w drugim człowieku, muszę w swoim sumieniu rozstrzygnąć,
      jaka jest ta moja asertywność.
      Czasami trzeba powiedzieć "nie" (nawet z miłości) smile
      • minerwamcg Re: Asertywny samarytanin ? 12.10.06, 12:10
        > Czasami trzeba powiedzieć "nie" (nawet z miłości) smile

        Oczywiście, że tak. Jeżeli pozwolę, żeby ktoś zwalił na mnie dodatkową robotę,
        nauczę go tym samym, że praca polega na szukaniu jelenia, który ją za niego
        wykona. Jeżeli rozdam całą pensję żebrzącym dzieciom - ich tatusiowie schleją
        się większą niż zwykle ilością jabola, co utwierdzi ich w przekonaniu, że
        wysyłanie dzieci na żebry jest ok. Jeżeli zbyt szeroko otworzę mój dom, oduczę
        kilka osób samodzielnego radzenia sobie z życiem.
        Kochać trzeba mądrze. Nie mówię, że nie trzeba pomagać osobom mającym kłopoty,
        wspierać biednych, pocieszać strapionych. Przeciwnie, należy. Po to jednak mamy
        rozum, żeby ta pomoc była skuteczna i nie odbierała naszym bliskim tego, do
        czego mają prawo. Co z tego, że poświęcę cały wieczór na wysłuchiwanie lamentów
        sąsiadki na nieczułych lekarzy (a jak jej mówią, żeby przy chorej wątrobie nie
        żarła bigosu, to nie ma komu słuchać!), jak przez to nie będę miała czasu
        posłuchać, co ma mi do powiedzenia własny mąż?
        Kochaj bliźniego jak siebie samego. Nie bardziej.
        • mama_kasia Re: Asertywny samarytanin ? 12.10.06, 12:18
          > Kochaj bliźniego jak siebie samego. Nie bardziej.

          A jednak Jezus mówi także o oddaniu życia za drugiego człowieka smile
          • elwinga Re: Asertywny samarytanin ? 12.10.06, 12:22
            Zawsze miałam poczucie, że Jezus też był dość asertywny. smile
            • minerwamcg Re: Asertywny samarytanin ? 12.10.06, 12:38
              I to od małego smile)) Kiedy uważał, że powinien być w świątyni, nie zrezygnował z
              tego, choć mógł przypuszczać, że Maryja i Józef będą się niepokoić. Wiele razy
              bywało, że ludzie czekali na Niego - On jednak nie przychodził, bo chciał się
              pomodlić w samotności.
              • a_weasley Re: Asertywny samarytanin ? 12.10.06, 17:01
                minerwamcg napisała:

                > Kiedy uważał, że powinien być w świątyni, nie zrezygnował z
                > tego, choć mógł przypuszczać, że Maryja i Józef będą się niepokoić.

                A dlaczego nie wziął ze sobą komórki?
        • a_weasley Pomagać mądrze 12.10.06, 17:08
          minerwamcg napisała:

          > Jeżeli rozdam całą pensję żebrzącym dzieciom

          będziesz musiała swoje dzieci wysłać na żebry, żeby miały co jeść do kolejnej
          wypłaty.
          Tak poważnie, to od dawna przestałem dawać pieniądze osobnikom proszącym o
          wsparcie, bo głodni. Natomiast, i owszem, zdarzało mi się takowych prowadzić np.
          do dworcowego bufetu: proszę podać temu panu żurek z kiełbasą i jajecznicę, ja
          płacę.

          > Jeżeli zbyt szeroko otworzę mój dom, oduczę kilka osób samodzielnego
          > radzenia sobie z życiem.

          Podobnie jeżeli osobnika, który przegrał dwa związki pod rząd z własnej winy i
          jeśli nie zmieni swojego postępowania, to przegra trzeci i każdy następny,
          poklepiesz po ramieniu, przytulisz i powiesz "bo to zła kobieta była", też mu
          nie pomożesz. Jakkolwiek dając mu - tak jak to robisz - to, czego potrzebuje,
          zamiast tego, czego oczekuje, ryzykujesz ochłodzenie stosunków z osobnikiem.
          Ale wszak jeśli ziarno rzucone w ziemię nie obumrze...
          • dorotkak Re: Pomagać mądrze 12.10.06, 19:24
            u mnie w domu staramy sie stosowac metode "Dac wedke zamiast ryby"
            bo te 2zł, które damy żebrzącej osobie nic a nic nie zmienią w jej życiu
            a jak pomogę znależć pracę, napisać cv, doradzić jak coś tanio kupić/ugotować
            itd to może dam jej coś więcej
            zawsze też można pomoć dzieciom odrobić lekcje, pozyczyć książkę to już nic nie
            kosztujesmile
    • magdalaena1977 Re: Asertywny samarytanin ? 12.10.06, 23:42
      Dla mnie brak asertywności to taka zgoda na bycie zdominowanym przez innych, na
      wejście sobie na głowę. Takie pomaganie nie dlatego, że się chce tylko dlatego,
      że nie ma się śmiałości odmówić.
      I moim zdaniem nic to nie ma do bycia miłosiernym czy miłującym bliźniego.
      Dobrym trzeba być dobrowolnie, z własnej inicjatywy.
      A asertywność może oznaczać niezgodę na działanie wbrew prawu, na krycie
      romansującej koleżanki przed jej mężem.
    • rycerzowa Patrzeć dalej 14.10.06, 10:31
      Wydaje mi się, że trzeba umieć "być dobrym".
      Znaczy się - "patrzeć trochę dalej", mieć na względzie konsekwencje swojego
      uczynku, który na pozór jest "dobry", a może narobić szkody, przykrości, nawet zła.
      Po owocach trzeba poznawać.

      1. Przykład sprzed lat: Po jakiejś klęsce żywiołowej w jednej z prowincji Indii,
      ruszyła pomoc międzynarodowa - żywność, dużo zywności. Skutek był taki,że w tym
      rejonie zupełnie upadło miejscowe rolnictwo, czego konsekwencją była klęska
      głodu w o wiele szerszym, niż poprzednio zakresie.

      2. To chyba we Wrocławiu ogłaszano z ambon, by nie dawać pieniędzy żebrzącym
      dzieciom. Pozornie - dziwne, bo jak tu nie ulitować się nad dzieckiem, które boi
      się wrócić do domu bez pieniedzy? A jednak słuszne, bo ten sposób "zarabiania na
      życie" oznaczał demoralizację dorosłych i krzywdę dzieci.

      3. I drobnostka: Jedziemy z córką-studentką tramwajem, wchodzi starszy pan, na
      moje oko jeszcze całkiem do rzeczy. Ale nie na oko córki, i ta zrywa się
      natychmiast, by ustapić mu miejsca. Oj, młodziutkiej kobiecie nawet do głowy nie
      przyjdzie, jaką facetowi wyrządziła przykrość!Od razu jakby mu 20 lat przybyło!

      Bycie asertywnym nie oznacza bycie egoistycznym. Nie pozwalam ci wchodzić
      sobie na głowę, byś ty nie nauczył się wchodzić innym na głowę, wykorzystywać
      ich, krzywdzić.
      Chrześcijanin w swoich "dobrych uczynkach" powinien mieć na względzie nie tylko
      swoje własne zbawienie, ale również zbawienie innych.
      Mówiąc trochę humorystycznie, jeśli "dawać, dzielić się" jest takim wielkim
      dobrem, takim szczęściem , to dlaczego innych bliźnich mamy pozbawić tego
      szczęścia?
      • minerwamcg Re: Patrzeć dalej 14.10.06, 11:34
        No i tu Rycerzowa powiedziała dokładnie to, o co mi szło. Że pozwalając innym
        włazić sobie na głowę, w rzeczywistości robię im krzywdę. Sobie też zresztą smile
        • sion2 Co zrobic ze wscibską sąsiadką? 14.10.06, 11:49
          No to moze mi powiecie jak sie zachowac w nastepujacej sytuacji: mamy taka
          sąsiadkę (mieszkamy w domkach z ogrodami, kobieta sędziwego wieku (po 70.),
          sprawna umyslowo i fizycznie, jeszcze dawna przyjaciolka mojej sp. babci. Ta
          pani jest osoba zyczliwa, pogodna, mądrą ale... stanowczo za bardzo interesuje
          sie tym co sie dzieje w naszej rodzinie. Ona nie jest samotna - mieszka z
          caorka a na przeciwko mieszka syn z rodzina, syn jest bardzo bogaty, jej
          niczego nie brakuje. Pan X ma zwyczaj dzwonienia do nas, nagabywania w
          kosciele/sklepie/ulicy - gdziekolwiek spotka osobe z mojej rodziny i
          dokladnegoi wypytywania sie co sie dzieje u nas:
          - jak mama? a jej choroba x? a co lekarz powiedzial?
          - jak Kasia? a operacja? a noga prawa? a noga lewa? a pracuje teraz? a kto
          zaplacil za operacje? co lekarze mowia?
          - u Bartka wszystko dobrze? pracuje? a zona jego?
          - a tata zadowolony z pracy? a on cie wozi na te rehabilitację teraz?

          podalam zestaw pytan z wczorajszego telefonu pani X do mnie.
          mnie juz szlag trafia - kobieta jest mila, byla znajoma babci, jest w wieku
          domagajacym sie szacunku, na pewno nie ma zlej woli...
          jednoczesnie wszystko powtarza swemu synowi i on potem zaczepia np. moja mame
          na ulicy i o cos ją zagaduje...

          poradźcie jak mam sie zachowac, co zrobic? myslalam juz o powiedzeniu jej
          wprost, w twarz "nie życzę sobie wypytywania takiego" albo "to moja prywatna
          sprawa" ale wiem ze to by spowodowalo jej przykrosc i pewnie obrazenie sie
          myslalam zeby moze pogadac z jej synem kiedy ze my bardzo szanujemy panią X,
          jego matke ale zeby z nia porozmawial delikatnie zeby przestala tak nas
          wypytywac...

          no i co byscie zrobily?
          • addria Re: Co zrobic ze wscibską sąsiadką? 14.10.06, 12:53
            Starsza pani pewnie pyta z troski i sympatii do Was smile Może mówcie częściej,
            przpraszam, nie mam teraz czasu, spieszę się, następnym razem porozmawiamy,
            itp. A jeśli faktycznie jest to a takie uciążliwe, to najlepiej byłoby
            delikatnie porozmawiać z synem, niech on zadziała. Radyklanych rozwiązań bym
            się tutaj wystrzegała, proponuję zadziałać delikatnie, acz z pomysłem.

            Co do chrześcijańskiej asertywności, to pełna zgoda z Minerwą, Rycerzową i
            Weasleyem.
          • nordynka1 Re: Co zrobic ze wscibską sąsiadką? 14.10.06, 13:33
            też mam taką sąsiadkę
            spotkamy się na korytarzu i zawsze się mnie pyta - a gdzie pani teraz idzie? a
            gdzie córeczka? a pracuje pani? a to a śmo..
            Jest starsza i samotna. Lgnie do ludzi - często widuję ją, jak zagaduje
            godzinami panią co zamiata liście na parkingu. Mówiła mi kiedyś, że chodzi na
            kółko różańcowe - bo przynajmniej z kimś pobędzie. Ale męczy nas swoim
            wścibstwem. Nauczyłam się odpowiadać na pytania krótko i bez wgłębiania się-
            "idę do sklepu, Anielka u dziadków, pracuję" koniec . I uciekam bo " się
            spieszę".

            Kiedyś kolega ze wspólnoty opowiadał mi takie zdarzenie - chłopak,
            chrześcijanin, został uderzony przez osobę, która wiedziała o jego wierze.
            Oddał cios, porządnie, ale raz. Napastnik pyta "ty, chrześcijanin mnie bijesz
            zamiast nadstawić drugi policzek?" usłyszał odpowiedź "Właśnie dlatego że
            jestem chrześcijaninem dostałeś tylko raz".
            • minerwamcg Re: Co zrobic ze wscibską sąsiadką? 14.10.06, 15:13
              > Kiedyś kolega ze wspólnoty opowiadał mi takie zdarzenie - chłopak,
              > chrześcijanin, został uderzony przez osobę, która wiedziała o jego wierze.
              > Oddał cios, porządnie, ale raz. Napastnik pyta "ty, chrześcijanin mnie bijesz
              > zamiast nadstawić drugi policzek?" usłyszał odpowiedź "Właśnie dlatego że
              > jestem chrześcijaninem dostałeś tylko raz".

              Jak powiedziała pewna zakonnica, kiedy ją zapytali, czemu chodzi na kurs
              samoobrony, "bo trzeciego policzka już nie mamy".
    • mama_kasia Re: Asertywny samarytanin ? 14.10.06, 14:00
      W zasadzie zgadzam się z Wami, co do mądrego pomagania, do
      odmawiania, ale chciałabym jednak podkreślić, że nie zawsze
      nasza mądrość jest Bożą Mądrością. Czasami tłumaczymy się
      z braku naszych dobrych uczynków tym, że nie, bo... dla czyjegoś
      dobra, bo moje dzieci, bo dla mojej rodziny.
      Jednak myślę, że generalnie chrześcijanin powinien mieć otwarte serce
      aż do oddania życia, aż do przekroczenia ram sprawiedliwości,
      ludzkiej mądrości. Wiem po sobie, że to nie jest łatwe, że często
      daję tylko kawałek chleba, bo myślę o moich dzieciah, które może
      za chwilę będą go potrzebowały. To jest bardzo ludzkie i naturalne, ale
      myślę, że powinnam mieć przed sobą wzór świętości, żeby moć się do
      niego zbliżać. Św. Franciszek oddał wszystko. Bogatego młodzieńca
      Jezus z jutrzejszej ewangelii (w KK) prosi, aby oddał wszystko.
      Naprawdę trzeba mieć otwarte serce, i uszy i słyszeć wezwania Boga.
      • nordynka1 Re: Asertywny samarytanin ? 14.10.06, 17:30
        Kasiu Ty zawsze wyłowisz jeszcze coś i wywołasz mnie do odpowiedzi - przy
        wątku "rodzice -dzieci" było tak samo smile

        Masz rację. Ta moja sąsiadka i jeszcze kilka osób z bloku są dla mnie wyrzutem
        sumienia; modlę się za nich, ale czasem przychodzi do mnie myśl, że może przez
        nich Pan chce abym świadczyła miłosierdzie. Nigdy nie mam na to czasu. Ba -
        nigdy nie mam czasu na to , by się nad tym zastanowić, by to przemodlić. Zdaje
        mi się, że po prostu nie mam dość odwagi, by na modlitwie to zacząć rozeznawać,
        bo jakby się okazało, że Bóg chce bym z tymi ludźmi była jakoś
        więcej...Powiedzieć sąsiadce, że nie mam czasu jest mi łatwiej i wygodniej, niż
        poświęcić jej np jedno popołudnie, i przyjść do niej na kawę. Inna rzecz że ja
        naprawdę nie wiem jakbym sobie z czasem poradziła - bo choćby ta góra do
        prasowania co mi tu leży od lipca jakoś zmaleć nie może, ale...Bóg jest Panem
        czasu i wiem, ze jak ja się zgodzę, to On to tak zorganizuje , że by sie dało.
        Cóż - mówiąc szczerze ten temat na modlitwie skrupulatnie pomijam. Tak mi to
        wychodzi. I cos mi się zdaje że...że no nie wiem, zabiorę się za to czy co?
        W każdym razie pod osąd sumienia poddam na pewno. Tak. No trudne to ale,
        ale..ale nie widzę innego wyjścia.
        Kasiu dziękuję.
        • mader1 Re: góry prasowania, kurz na półkach... 14.10.06, 17:50
          no właśnie. ilekroć daję komuś swój czas, myslę o tych górach prasowania i
          nieporządku, o którym w wakacje rozmawialiśmy...
          Mam dużą rodzinę, dużo pracy, wstaję rano, kładę się spać późno... Ciągle "
          góry" niezałtwionych rzeczy. Ale jednak codziennie czyste, wyprasowane ubranie
          jest, codziennie obiad, kolacja... Naczynia jednak są zmyte, a łazienka (
          dopraszająca się wink jednak posprzątana w jakimś czasie.

          W moim domu rodzinnym był kurz, nie uprasowane rzeczy, córka ze swoimi
          problemami, gdy zmarła sąsiadka osieracając córeczkę. To moja mama - ta od
          kurzu i braku czasu dla mnie i na sen - zorganizowała sąsiadów,nie pozwoliła na
          wmówienie małej, że jest do niczego, doprowadziła do zmiany opiekuna prawnego
          dziewczynki, utrzymywała z nią kontakt, wspierała ją, z radością patrzyła jak
          studiuje ( miała się do niczego nie nadawać) i była gościem honorowym na jej
          ślubie...
          Czy dobrze zrobiła. Uratowała ją, a parę razu nie miała czasu dla nas. Skąd
          mogła wtedy wiedzieć, że tak powinna robić ? Że jej działanie zaowocuje w
          jednym miejscu, a w jej rodzinie nie spowoduje szkody. Działała po omacku. I
          patrzyła na te stosy prania ...
          • nordynka1 Re: góry prasowania, kurz na półkach... 16.10.06, 13:19
            wydaje mi się że wchodzimy na teren w którym nie ma już jasnej reguły dla
            wszystkich - tzn jest, jest nią miłośc bliźniego, ale w sercu każdego z nas z
            osobna to może oznaczać co innego. I każdy musi rozeznać sam na sam z Bogiem,
            co jest większa miłością - oddać swój czas sąsiadce, czy rodzinie. Rozum
            rozumem i ludzka roztropność też ma swój głos, ale Bóg nas wzywa do
            przekraczania ram ludzkiego prawa. I jak to ma wyglądać w moim życiu, winnam
            zdecydować w sercu, w rozmowie z Nim.
      • mader1 Re: Asertywny samarytanin ? 14.10.06, 17:30
        rozumowo podzielając poglądy osób piszących do tej pory, czasem sama
        zastanawiam się, czy zbyt łatwo się nie usprawiedliwiam.
        Nie mówię tu o żebrzących na ulicy dzieciach, o tym wszyscy już wiedzą.
        Ale o tym, ze gdy zdarzało mi się dać to, czego właściwie w tej chwili nie
        miałam (?), a właściwie wydawało się, że po ludzku nie mam, działo się coś
        bardzo dobrego.
        • rycerzowa Patrzeć dalej - i kalkulować 15.10.06, 12:02
          Dawanie czegoś innym, w sensie tzw. dobrego uczynku, zwykle oznacza jakieś
          poświęcenie, zrezygnowanie z jednej wartości na rzecz innej.
          Problem chyba w tym, by ta wartość uzyskana stała wyżej w hierarchii wartości od
          tej utraconej. Najczęściej czuje się to intuicyjnie, ale czasem trzeba
          zewyczajnie przekalkulować.
          Na pewno porządek w domu to nie jest coś, czego warto żałować, gdy chodzi o
          dobro osieroconego dziecka.
          Ale jeśli rozdasz pensję ubogim z parafii, to każdy ubogi zyska 20 gr, czyli
          nic, a twoje dziecko zostanie bez jedzenia, butów, książek.
          Tymczasem zadbane, dobrze wychowane dziecko też jest darem dla innych.

          Jakże często słyszymy zarzuty wobec Kościoła, że "posiada majątek", zamiast
          rozdać wszystko ubogim.
          Rozdać jest łatwo - każdemu po pół grosza wypadnie.
          Jednocześnie przecież wymaga się od Kościoła konkretnej pomocy matkom samotnym,
          upośledzonym, starcom, wymaga się dbania o zabytki i działań na wielu innych
          polach, wymagających środków jak najbardziej materialnych.

          Czyli powtarzam się - trzeba umieć mądrze "dawać".

    • mader1 Po owocach... 08.10.07, 07:44
      Właśnie dziś przeczytałam coś :
      wiadomosci.onet.pl/1442152,242,1,1,kioskart.html
      • mama_kasia Re: Po owocach... 08.10.07, 08:33
        "Dzieje się tak dlatego, że według Hausera zasady moralne nie są zesłanymi z nieba nakazami ani rezultatem jakiegoś racjonalnego namysłu. -----W wydanej niedawno książce "Moral Minds" Hauser pisze, że ludzie dysponują zakodowanym w toku wielu milionów lat ewolucji uniwersalnym zmysłem moralnym."

        Jak najbardziej dysponują, tylko że my - chrześcijanie wierzymy,
        że ten "uniwersalny zmysł moralny" to Dekalog wyryty w sercach ludzkich przez Boga smile
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka