Bezgrzeszne lata

19.08.07, 14:36
Albo i nie bezgrzeszne.

Poniewaz rozwalilam Mamalgosi watek o jesieni, wciagajac w ten
niecny proceder Minerwe, to kajam sie i zakladam osobny na wspominki
oraz anegdotki szkolne i studenckie.

Ja napisze, jak juz osobiscie bede miala okazje sprawdzic jakosc
internetu oferowanego przez gospodarzy w Rabce, bo na razie sie nie
zanosi, zebysmy przed jutrzejszym wieczorem tam dotarli ;-(((.
Prowadzenie domu otwartego ma swoje wady ;-(((.
    • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 19.08.07, 16:11
      to oczywiście Makuszyński.
      Inny Lwowiak, Aleksander Baumgardten [nie wiem, czy cytując z
      pamięci, nie przekręciłem nazwiska], na wygnaniu w Bytomiu
      napisał "Zielone czasy" ("Zielone lata" to z kolei Cronin - książka
      dawno, dawno temu podsunięta mi przez Babcię). Z kolei Tuwim - to
      ten sławny wiersz o szkole: "Szkoło, szkoło, gdy cię wspominam, oczy
      mam pełne łez...".
      Tylko że kiedy ja wspominam moją szkołę, oczy mam zupełnie suche.
      Mam zeszyty - wybór od I klasy szkoły podstawowej aż do matury, mam
      późniejsze notatki robione na wykładach, ćwiczeniach, seminariach -
      także jeszcze w zeszytach -
      i to jakoś przestało mnie ruszać. Stare papierzyska, wywołujące
      blade, ledwo czytelne obrazy. Wszystkie szkoły - to zaledwie dwóch
      nauczycieli, którzy rzeczywiście coś mi dali: historyk, który
      wskazywał, jakie fragmenty podręcznika należy koniecznie opuścić,
      i geograf, koncentrujący się na prawym dolnym narożniku mapy
      ściennej (lewo- i prawobrzeżne dopływy Dniestru itp.) i na tej
      podstawie dopowiadający różne fragmenty historii Polski, które za
      PRL oficjalnie nie miały prawa istnieć. Jeszcze kilka Pań, o których
      żałuję, że swego czasu nie miałem sposobności porozmawiać z nimi nie
      w szkole, lecz po tak prostu...
      Są za to całe dwie szafy dokumentujące moją pracę naukową -
      prowadzoną dawniej i dziś bez oparcia o etat uczelniany, której
      niepostrzeżenie minęło w tym roku równe 30 lat - od pierwszej
      większej pracy seminaryjnej z historii sztuki, wyposażonej w
      regularny aparat przypisów, ukończonej w r. 1977.
      Pierwsze 25 lat tej pracy to tylko pióro, ołówek (w pracy
      archiwalnej nad rękopisami), i mechaniczna maszyna do pisania
      (szczęśliwym przypadkiem była w domu!); to fiszki w kopertach z
      opisaną zawartością, te koperty z kolei w większych kopertach,
      większe koperty w teczce wiązanej, a osobno teczka z tekstem
      rękopiśmiennym, osobno teczka z ostatnią kopią maszynopisu (jeszcze
      przepisując tekst na maszynie, wprowadzałem zmiany redakcyjne).
      To już coś, co budzi żywsze uczucia.
      Od dawna nie działam już w rytmie lat szkolnych czy akademickich,
      lecz w rytmie lat kalendarzowych, gdzie planowanie roku następnego
      zaczyna się wiosną poprzedzającego, a sprawozdawczość rzuca cień na
      Boże Narodzenie.
      Z czasów szkolnych zostało jedno wzruszenie: nad czystą kartką
      papieru, na której mam właśnie zrobić pierwszy znak piórem.
    • minerwamcg Gabinet cudów :) 19.08.07, 16:38
      No to dobra, to się przenieśmy. Pisałaś tak:

      "A - to antycypowalas Iwone Jarzyny? Podoba mi sie wink)).

      Tym Swinarskim to on mnie szczegolnie wkurzal, mial dokladnie takie
      same teksty jak posel RP Jerzy F., w tamych czasach jeszcze
      halabardnik w Starym Teatrze ("My z Kondziem..." "My z
      Andrzejem...") ;-(((.

      Zoofilia to moze nie, ale ta "Przemiana" to wlasnie pozadane bylo,
      aby stanowila studium arachnofobii wink)).
      U nas nie wyszlo, z powodow czysto towarzyskich, bo kolezanka, ktora
      to rezyserowala, byla osoba bardzo lubiana, i wszyscysmy woleli
      znosic udreki sceniczne w jej towarzystwie - a, jak wiesz, w tym
      tekscie zbyt wielu rol nie ma wink)). Kolezanka sie wtedy fascynowala
      Japonia, wiec stanelo na tym, ze bedzie Kafka a'la kabuki, dzieki
      czemu udalo sie kazdej postaci przydac po jednym lub
      dwa "cienie", "demony", czy jak tam to sie fachowo nazywa. Mysmy
      mieli zajecia juz na poddaszu pod czternastka, nie w T38, i tam byla
      taka chwiejna antresola nad drzwiami, na ktorej umiescilismy
      kolezanke Ewe G. odstawiajaca jednego z demonow biednego Gregora
      Samsy (w tej roli red. Lukasz D., aktualnie gwiazda
      recenzencka "Przekroju" ;-((((((((((((). No wiec ja, w roli demona
      numer dwa, zwisalam sobie na oknie naprzeciwko i obserwowalam pilnie
      moje alter ego, odziane w czarny trykot i czarna rajstope
      naciagnieta na czaszke, i, niestety, gotowalam sie z wscieklosci,
      wiedzac, ze jesli wygladam dokladnie tak samo idiotycznie - a
      wygladalam - to jeszcze chwila, a moja tozsamosc historyka XIX-
      wiecznego teatru polskiego legnie bezpowrotnie w gruzach wink))."

      Na co ja odpowiadam:

      Do Jarzyny pretensji nie mam smile)), zresztą on z Iwoną różnymi drogami chadzał,
      jeśli tylko porównać jego dwie inscenizacje w Starym.
      Wojtek zaś w swojej próżności był chwilami uroczy - wystarczyło trącić
      odpowiednią strunę, i miało się faceta ugotowanego na miękko.
      Halabardnik F. był raczej dobrym aktorem trzecioplanowym, widziałam jeszcze w
      Starym kilka spektakli, w których grał - i grał dobrze. Pamiętam Ekielskiego w
      "Wiośnie Narodów", to nie była zła rola. I nawet drugo-a nie trzecioplanowa smile
      Ostatnio robiłam dla niego adaptację "Pyzy" smile
      Kafki a'la kabuki żałuję, że nie widziałam smile Na kabuki się nie znam, ale wersja
      z demonami brzmi interesująco. Przypominają się "Biesy", te wajdowe...
      Sala na poddaszu czternastki nadawała się na teatr jak żłobek na więzienie.
      Dziękuję niebiosom, że wszystkie warsztaty miałam jeszcze w 38 - białe ściany,
      twarde krzesła i parkiety "Gabinetu cudów dra Opalskiego", jak nazywaliśmy tamtą
      salę, mogłyby przyprawić o depresję nosorożca. Aczkolwiek, nie wątpię, inwencja
      ludzi zmuszonych pracować z W.Sz. potrafiła tam dokonać cudów i "uteatralnić" to
      koszmarne miejsce, żeby mu tak drzwi krzakami zarosły smile
      Aaaa! Byłaś na roku z Łukaszem... to pewnie i z Anką, która później kilka lat
      była sekretarzem literackim w Ludowym. Teraz na jej miejsce przyszła moja
      przyjaciółka. I to za Twoich czasów powstawały "Didaskalia"...
      • isma Maly Bies 20.08.07, 00:10
        minerwamcg napisała:

        > Halabardnik F. był raczej dobrym aktorem trzecioplanowym,
        widziałam jeszcze w
        > Starym kilka spektakli, w których grał - i grał dobrze. Pamiętam
        Ekielskiego w
        > "Wiośnie Narodów", to nie była zła rola. I nawet drugo-a nie
        trzecioplanowa smile

        Ale bo "Wiosna Narodow" w ogole byla genialnym przedstawieniem. czy
        tam ktoklwiek polozyl chociaz najmniejszy epizod? Nawet Boleslaw
        Brzozowski wink))? Nawet Magda Jarosz wink))))? Jesli dobrze licze, to
        widzialam to przedstawienie dwadziescia kilka razy, na co nie bez
        wplywu byl wykonawca roli barona Kriega wink)).

        > Ostatnio robiłam dla niego adaptację "Pyzy" smile

        Nienienie, przed tym akurat wcieleniem F. to chapeau bas. Milo bylo
        patrzec, jak z frustrata (bo ja go znam od dawien dawna, jako ojca
        mojego licealnego kolegi - z uporem maniaka zwracal sie do mnie w
        rodzaju meskim ;-O) przedzierzgnal sie w dzialacza spolecznego i
        dyrektora szczegolnego teatru wink)).

        > Kafki a'la kabuki żałuję, że nie widziałam smile Na kabuki się nie
        znam, ale wersj
        > a
        > z demonami brzmi interesująco. Przypominają się "Biesy", te
        wajdowe...

        Mhm. Ja sie urodzilam po przedstawieniu Biesow - Elzbieta Karkoszka
        tam nader realistycznie odgrywala scene porodu wink)).

        białe ściany,
        > twarde krzesła i parkiety "Gabinetu cudów dra Opalskiego", jak
        nazywaliśmy tamt
        > ą
        > salę, mogłyby przyprawić o depresję nosorożca.

        Albo o cos innego. Mysmy tam mieli tez zajecia muzyczne, i o
        histeryczne spazmy przyprawialo nas zawsze, kiedy doktor O. prosil
        ktoregos z kolegow, aby pomogl mu wlaczyc wtyczki na zapleczu wink)).
        Jakkolwiek pamietam takie fantastyczne zajecia przed Wszystkimi
        Swietymi (watek o jesieni wink)), na ktorych stawilismy sie tylko
        doktor O. i ja (bo reszta kolezenstwa, naplywowa bedac, pojechala na
        groby), co pozwolilo nam porozmawiac sobie bardzo pieknie o muzyce
        funeralnej - puscilismy sobie Requiem Verdiego tak glosno, ze sie
        sciany trzesly wink)).

        Byłaś na roku z Łukaszem...
        No. Niestety, nie tylko na roku ;-(((.

        to pewnie i z Anką, która później kilka lat
        > była sekretarzem literackim w Ludowym.
        A - nie. To znaczy, ja wlasciwie tylko na pierwszym roku bylam z
        kims na roku, bo potem, majac ITS bylam przez rok jednoczesnie na
        drugim, trzecim i czwartym roku, azeby na koniec byc na piatym roku
        przez jakies... eeee... cztery? lata ;-O.

        Teraz na jej miejsce przyszła moja
        > przyjaciółka.

        Maryla W-K???????????????????
        Toz ja zajelam miejsce Maryli w "Dzienniku Polskim", kiedy ta
        postanowila jako ta cora marnotrawna do teatrologii powrocic wink)).

        Minerwo, Krakow jest maly...
        • minerwamcg Pies, bies... do licha, Kraków to naprawdę grajdół 20.08.07, 11:41

          • minerwamcg Za wcześnie wysłałam, pardon 20.08.07, 11:49
            Przepraszam, za wcześnie mi się wysłało. Jejku jej... A z tą Maryną
            toś mnie naprawdę zażyła. Toż to moja przyjaciółka najdawniejsza, z
            oazy u św. Józefa jeszcze. Jestem pewna, że gdybyśmy się zobaczyły,
            okazałoby się, że z widzenia znamy się świetnie, a ze słyszenia
            jeszcze lepiej smile
            • isma Re: Za wcześnie wysłałam, pardon 18.09.07, 09:19
              Ha. Minerwo, wiesz, ze nie ma juz Matki Boskiej na Plantach? Podczas
              wichury runal kasztan i ja doszczetnie strzaskal. Dreptalam sobie
              wczoraj do pracy swoja stala trasa spod Bagateli Plantami obok
              Collegium Novum, a dalej Franciszkanska, i skonstatowalam ze
              smutkiem, ze zniknela...

              A wczoraj spotkalam Iwone P. z mojego roku, nie wiem, czy ja mozesz
              pamietac - dziewczyna o urodzie jak z obrazow Klimta, wystepowala w
              teatrze KTO, a w naszych czasach w jakims epizodzie w "Braciach
              Karamazow". Zabawne to bylo spotkanie, bo na wieczornej mszy sw. u
              sw. Anny - "wszelki duch Pana Boga chwali", powiedzialysmy sobie
              bardzo a'propos wink)). Bo zadna z nas, ekhm, w czasach naszej sprzed
              pietnastu lat znajomosci, progow tego rodzaju by byla nie
              przestapila wink)).
              • minerwamcg Buuu. Niedobrze... 18.09.07, 20:27
                Co za okropne drzewsko. Matki Boskiej Łaskawej nie ma... toż to była moja
                patronka przez całe studia. Ile się Jej świeczek napaliłam. Ilu się moich i
                niemoich próśb nasłuchała...
                Ale na pewno odrestaurują.

                Iwonę pamiętam smile Rzeczywiście, warunki miała, ale to miała smile
    • mamalgosia Re: Bezgrzeszne lata 19.08.07, 21:45
      Rozwaliłaś - to fakt. A do tej pory to ja byłam od rozwalania wątków.

      Rozwalam dalej:
      Dziś od rana chodzą mi po głowie słowa: "Ciągle tonę i chwytam
      Jezusa". Nie: "utonąłem, ale Jezus mnie uratował", nie: "tonę, Jezu
      ratuj". Tylko ten wyraz "ciągle" tak mnie bardzo zachwycił. Że to
      nie tylko ja i Piotr próbujemy chodzić po wodzie mając za małą
      wiarę. Że to nie tylko mnie czasem wszystko przerasta i tonę w
      problemach.
      Słowa te to tytuł książki-wywiadu z moim Biskupem (wywiad
      przeprowadzili: Alina Petrowa-Wasilewicz i ks.Jerzy Szymik).
      Podobała mi się, bo ciekawie napisana, a nasz Biskup jest w ogóle
      jednym z lepszych w kraju. Natomiast sam tytuł dopiero dziś narodził
      się we mnie.

      No to tyle masz ode mnie. A o bezgrzesznych latach nie mam nic do
      powiedzenia, bo takich w moim życiu nie było
    • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 03.09.07, 18:51
      Im dłużej rozmyślam nad tytułem wątku (a zarazem nad tytułami
      powołanych wyżej książek), tym bardziej dochodzę do przekonania, że
      tzw. "bezgrzeszne lata" to wymysł, to kolorowanie przeszłości,
      zaciemniające prawdę o niej.

      Naprawdę, ani dzieciństwo, ani młodość nie są "bezgrzesznymi
      latami". W tych latach mogą istnieć najwyżej bezgrzeszne miesiące -
      wakacje; mogą istnieć bezgrzeszne dni w ciągu roku (np. dzien
      własnych Imienin), bezgrzeszne tygodnie (np. ferie świąteczne), w
      końcu, pojedyncze bezgrzeszne godziny, czasem w ciągu jednego czy
      drugiego dnia zebrane po kilka w jednym ciągu.

      Przecież i wówczas były problemy: wypracowanie z polskiego, które
      trzeba napisać, a nie bardzo wie się, jak; klasówka z matematyki czy
      fizyki, strasząca jak zmora; nawet banalny problem, że się zaspało i
      do szkoły przyjdzie się spóźnionym i trzeba się będzie tłumaczyć.
      I wówczas każde Święta były ocienione przez zbliżającą się
      klasyfikację okresową - potem, już podczas studiów, przez sesję
      zimową i poprzedzający ją cykl zaliczeń (Boże Narodzenie) - tak, jak
      dziś koniec roku jest ocieniony sprawozdaniem za rok bieżący i
      precyzowaniem planów na rok następny, zanastępny, zazanastępny...
      Tak, jak dziś w pracy przełożeni, tak wówczas nauczyciele, potem
      asystenci i profesorowie, robili wiele rzeczy nie tak...
      Różnica jest tylko ta, że wtedy odczuwane zmęczenie było jakby
      mniejsze...

      Dziś, myśląc o "bezgrzesznych latach", wybiegam myślą nei w
      przeszłość, lecz w przyszłość - ku emeryturze, któa powinna nadejść
      za 12 lat.
      Wtedy zniknie na zawsze koszmar ścigających terminów, koszmar tego,
      co "się musi" robić -
      - tak się przynajmniej spodziewam, w nadziei, że siły jeszcze
      znacząco nie osłabną.
      • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 04.09.07, 19:52
        Powracając do tego, o czym mówiłem wczoraj:
        moje bezgrzeszne godziny.

        Wieczór, idziemy z Tatą na spacer. Mgła, mżawka - jak to w
        listopadzie. Na Plantach widzimy rozmazane gałęzie drzew, już
        bezlistne, oprócz miejsc otaczających mleczne kule, w których
        ciepłym światłem płoną żarówki (nikt wówczas u nas nie słyszał nawet
        o jarzeniówkach - o rtęciówkach ani mówiąc). Kiedy stoimy przy
        jednej lampie, nie widzimy następnej...

        Albo - też wieczorem, idziemy przez miasto i oglądamy wystawy. U
        kuśnierza na Grodzkiej, tuż koło kościółka św. Idziego, naprzeciw
        kościoła (ewangelickiego) św. Marcina, na wystawie skóra tygrysia -
        w pysku tygrysa świecąca żarówka, kulka jak "do grzybka".
        Znów na Sławkowskiej też żarówka - wetknięta w szyjkę dużej butelki
        w koszyczku słomkowym...
        Albo - kiedy indziej - idziemy do Jatek Dominikańskich na Stolarską;
        przynosimy stamtąd - zgodnie z nazwą ulicy upowszechnioną od
        XVI wieku - taboret biało lakierowany, ze skrzynką; będzie służył
        później przez lata jako schowek past i szczotek do butów...
        Albo - przejeżdża koło nas stary tramwaj, mający nad oknami
        wywietrzniki zaszklone szkłem mrożonym ciemnozielonym...
        Poza tym tylko z rzadka mija nas jakiś jeden czy drugi samochód...

        A w domu - wieczorem bawię się świecąc latarką w ciemnym pokoju.
        Albo puszczam latające śmigiełko, napędzane skręconą żyłką.
        Albo patrzę, jak Tato klei coś tzw. "klejem japońskim" do ceramiki,
        albo składa z części kolejne staro-nowe pióro wieczne dla siebie.

        Kilka lat później, już na przejściu z przedszkola do szkoły, nastała
        epoka kolejki PIKO...
    • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 05.09.07, 20:09
      Dalsze bezgrzeszne godziny:
      być może, że byłem wówczas już w I albo II klasie podstawówki.
      Jestem z Tatą na spacerze na ulicy Mydlnickiej - za pętlą tramwajową
      na Cichym Kąciku. "Ulica" jeszcze nie ma asfaltu, tylko biały
      tłuczeń wapienny, doły, dziury... Obok pola, na których rośnie żyto
      i właśnie zaczyna się kłosić...
      Tato pokazuje mi stare koryto, którym płynęła Rudawa, zanim w r.
      1912 nie wpuszczono całości do dawnej młynówki norbertańskiej,
      ujętej wałami i uchodzącej do Wisły tuż poniżej Norbertanek. W
      licznych wykopanych dołach na głębokości zaledwie 1/2 m pokazuje się
      woda... Obok rosną stare, wysokie, rozłożyste topole
      (dziś z tych topól została jedna, zboża już od 20 lat nikt w
      sąsiedztwie nie uprawia).
      Wracamy wałem wzdłuż lewego brzegu "nowej" Rudawy - Tato czyta mi
      tekst na tablicy betonowej, odlewanej w formie:
      "Przejazd, przechód, przepęd bydła wzbroniony!" - i data 1912
      (wtedy - było to zaledwie 50 lat temu - mniej lat, niż ich dziś
      liczę w sumie...).
      • isma Mlynowka 05.09.07, 20:20
        No nienienie, musze zaprotestowac. To ja nie po to wyrywam z gardla
        kolezenstwu radnym kase na odtworzenie przebiegu Mlynowki
        Krolewskiej, zeby kolega takie rzeczy wypisywal!

        Dawne koryto Rudawy to jedno, a Mlynowka, to drugie. Kolega
        podejdzie sobie pod WSP, tfu, Akademie Pedagogiczna, przekroczy ul.
        Piastowska i ruszy traktem spacerowym w kierunku Mydlnik. Bardzo
        pieknie zachowane okazy roslinnosci nadrzecznej sie znajduja
        szczegolnie na odcinku pomiedzy ul. Wesele, za kosciolem sw.
        Wojciecha, a al. Armii Krajowej, ale i na odcinku od Filtrow do
        Mydlnik zle nie jest. Zobaczy kolega, ze po obu stronach traktu
        rosna slicznosci rosochate wierzby, ktore drzewiej brzegi Mlynowki
        porastaly.
        • luccio1 Re: Mlynowka 05.09.07, 20:46
          Ismo,
          kolega pisał o Młynówce Norbertańskiej, którą od r. 1912 płynie
          główny nurt Rudawy
          (koryto dawne zostało zabudowane jako jeden z głównych kanałów
          prowadzących do połączenie nieco poniżej mostu Dębnickiego z
          kolektorem wzdłuż lewego brzegu Wisły;
          cała inwestycja uzyskała środki w parlamencie wiedeńskim, ściślej:
          częściowy zwrot podatków ściąganych do Wiednia z zabranej prowincji,
          zwanej "Królestwem Galicji i Lodomerii [z Wielkim Księstwem
          Krakowskim] - pod tytułem "kanał żeglowny Wisła-Odra-Dunaj";
          śladem, gdzie tamto, niegdyś główne, koryto robiło zakręt o 90°,
          jest nie zabudowany do dzisiaj placyk u zbiegu ulic Piłsudskiego,
          Garnacarskiej i Wenecji; pokrywy tego kanału widać tuż za
          przystankiem autobusowym w Alejach "pod Cracovią" - w kierunku Placu
          Inwalidów i Nowego Kleparza - a gdy idzie na deszcz, obecność kanału
          czuje się węchem - to jest ta Rudawa, któa kiedyś, kiedyś tam,
          jeszcze na samym początku XX w., płynęła ulica Retoryka).

          Młynówka tzw. "Królewska" z Mydlnik przez Łobzów, potem granicą
          Krowodrzy i Nowej Wsi, a bliżej miasta granicą Garbarów (Piasku) i
          jurydyki Biskupie, niegdyś do fos miejskich na wysokości
          dzisiejszego klasztoru Reformatów,
          sięga prawdopodobnie nie czasów Łokietka, jak się uważa, lecz
          Bolesława Wstydliwego i Świętej Kingi (jej poprowadzenie
          prawdopodobnie stało się źródłem legendy o cudzie, kiedy to Święta
          kazała płynąć rzece pod górę);
          jej śladem jest "Dom nad Młynówką" przy ul. Biskupiej 4 - następny
          za "Jasnym Domem" Zawiejskiego.
          • isma Re: Mlynowka 05.09.07, 21:39
            A, to pardon. Mnie sie kazda Mlynowka z ta z moich oplotkow kojarzy.
            Ot, prowincjuszka wink))
    • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 05.09.07, 20:33
      I jeszcze inne "godziny bezgrzeszne":
      patrzę z okna pierwszego (chronologicznie) domu rodzinnego na Kraków.
      W dzień: mam na wprost sylwetę Wzgórza św. Bronisławy z Kopcem
      Kościuszki; nieco na prawo i na drugim planie - sylwetę Lasku
      Wolskiego; gdy uklęknę na parapecie (robiłem to - i jakoś nie bałem
      się przestrzeni pode mną), widzę pół miasta łącznie z wieżą
      Ratuszową i obiema wieżami Bazyliki Mariackiej, kopuły św. Piotra i
      Pawła, św. Anny, szlachetną gotycką sylwetę Dominikanów, dach
      Franciszkanów (Konwentualnych)...
      Kiedy obrócę głowę w lewo, widzę Dębniki i Ludwinów - w czasach,
      kiedy jedyną dominantą na prawym brzegu Wisły w tych stronach była
      wieża w krzyżu nowego (ukończonego w 1938 r.) kościoła św.
      Stanisława Kostki (Salezjanów) - kościoła, który był pierwszą
      parafią Karolów Wojtyłów Seniora i Juniora po przeprowadzce do
      Krakowa; kościoła, który jako omalże jedyny w Krakowie dzwonił
      poprzez całą komunę na Anioł Pański
      (na miejscu hotelu "Forum" stały wówczas jeszcze chałupy kryte
      strzechą - kilka lat później zdołałem jeszcze zobaczyć je z bliska;
      ich adresem była "ulica Księdza Marka", już nie istniejąca - jedna z
      wielu skupionych na Dębnikach właśnie, czczących Konfederację Barską
      [jest tam i Barska, i Pułaskiego, i Konfederacka]).

      A widok nocny to czerwone światła na maszcie radiowym przed Kopcem
      Kościuszki; takie same światła ostrzegawcze dla samolotów na trzech
      wieżach kościoła bielańskiej pustelni Kamedułów; wianuszek
      czerwonych świateł, gorejący na szczycie Kopca Kościuszki - w końcu,
      gdzieś na prawo, samotne czerwone światełko: tylko według niego,
      i tylko w nocy można było umiejscowić Kopiec Marszałka Piłsudskiego
      na Sowińcu - we dnie wóczas zupełnie niewidoczny w sylwecie Lasku
      Wolskiego...
    • luccio1 Ismo... 05.09.07, 22:10
      ...a znasz ten Krzyż,
      z napisem wierszowanym na cokole:

      "Żeśmy ze wspólnej groszowej ofiary
      Stawili Tobie tę figurę, Boże,
      Ramiony swemi otocz Łobzów stary!
      O to błagamy w pokorze.

      Obywatele łobzowscy". ?

      (stoi na Kazimierza Wielkiego, już blisko końca, gdzie po stronie
      nieparzystej zaczynają się numery trzycyfrowe;
      znaczy historyczną granicę Łobzowa od strony Nowej Wsi).
      • isma Re: Ismo... 06.09.07, 09:25
        A, to juz nie moje oplotki. Lobzow to zupelnie inna historia wink)).
        Ale czy to jest ten krzyz, ktory stoi nie przy drodze, tylko na
        posesji?
        Graniczny u nas jest krzyz pomiedzy Bronowicami a Mydlnikami,
        niestety juz nowy.
        • luccio1 Krzyż na Kazimierza Wielkiego 06.09.07, 21:08
          Stoi na rogu ulicy K.W. i Przeskok (wjazd na tzw. "Osiedle
          Zakątek"), w sam raz na wysokości domu Kazimierza Wielkiego 111.
          Swoim ogródkiem, otoczonym słupkami wykonanymi piękną robotą
          kowalską, między którymi ramy z siatką (całość ogrodzenia ma minimum
          80 lat), wkracza w chodnik.
          Stale ktoś świeci przed nim znicze, tak, że światło nigdy tam nie
          gaśnie.
          (NB: pamiętam jeszcze ulice Przeskok i Zakątek, jak stały tam
          drewniane chałupy; pamiętam dom drewniany, tzw. Kmitówkę, w miejscu,
          gdzie ul. Rzeczna krzyżuje się z Grottgera - a gdzie kiedyś
          przekraczała Młynówkę Królewską po mostku; pamiętam koniec ulicy
          Siemieńskiego w stronę tejże Młynówki, jak - jeszcze 20 lat temu -
          rosło tam żyto).
    • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 05.09.07, 22:23
      Spacer - też z Tatą - ulicą Tyniecką, tam, gdzie biegnie szczytem
      prawobrzeżnego wału wiślanego.
      Rok 1966 albo 1967. W całej okolicy nie ma jeszcze ani jednego
      budynku wzniesionego po wojnie. Ulica ma jeszcze starą nawierzchnię:
      od posterunku wodnego do Salezjanów na Łosiówce czarno-granatowy
      tłuczeń bazaltowy - dalej tłuczeń porfirowy, szlachetnie
      ciemnoczerwony. Jeszcze stoją duże fragmenty barier betonowych z
      końcowych czasów austriackich, postawione przez "c.k. Kierownictwo
      Budowy Regulacji Wisły" (k.k. Weichselregulierungsbauleitung) -
      instytucję powołaną do realizacji kanału Wisła-Odra-Dunaj...
      Jeszcze stoją stare drewniane słupy sieci elektrycznej niskiego
      napięcia, zakładane za II RP, za prezydenta Kaplickiego - są nawet
      na miejscu pierwotne przewody, już pokryte patyną grynszpanową; są i
      lampy uliczne: oprawki na zwykłe żarówki z gwintem E 27 - żarówki
      osłaniane kloszami szklanymi wkręcanymi na gwint, w kształcie walca
      zakończonego półkulą (takie same, jakich użuwano też w domach przy
      lampach łazienkowych), nad oprawami na żarówki emaliowane talerze
      odblaskowe...
      A za Salezjanami tylko działki - i gdzieś tam z tyłu boisko
      KS "Tramwaj", i osiedle robotnicze na Praskiej, jeszcze
      przedwojenne...
      A naprzeciw Norbertanek był przewóz przez Wisłę - i pamiętam, jak
      przewoźnik tłumaczył, że "należy razem z kupcami", bo włądza ludowa
      nie wiedziałą, gdzie, do jakiej kategorii "usług dla ludności" go
      przypisać...
      • kulinka3 Re: Bezgrzeszne lata 05.09.07, 22:50
        Tyniecka, Konfederacka, Łosiówka to moje szczenięce lata.Jestem wychowanką
        krakowskich salezjanów.Wspominam ten okres z niekłamanym
        rozrzewnieniem.Nieopodal mieszkała moja wielka młodzieńcza miłość.Tyle było
        wypraw Warszawa-Kraków.Noc Mrożka pewnego lata,kiedy on po raz pierwszy chwycił
        moją dłoń i takie tam historiewink))Piękne lata i tysiąc wspomnień, które chowam
        w sercu.
        Jestem ciekawa, jak żyją Ci młodzi chłopcy z AGH, dziewczyny z miasteczka....
        Gdzie są Ci wyświęceni zapaleńcy, którzy przybliżali nam Boga na przemyskich
        oazach i najlepszych pod słońcem sierpniowych pielgrzymkach?



        • luccio1 Przemyśl... 05.09.07, 23:12
          Rok 1976, w drodze na obóz Duszpasterstwa Akademickiego, startujący
          z Leska w Bieszczady.
          Przesiadka na Dworcu Głównym. Właśnie dojechałem pociągiem Szczecin-
          Przemyśl, i spoglądam, stojąc na peronie, ku wschodowi, gdzie szyny
          ciągną się dalej, i dokąd mój pociąg powinien był przecież dalej
          jechać - aż do pewnego Miasta większego niż Przemyśl, a równie
          starego...
          A potem przejazd do Leska przez Chyrów - tranzytem przez (jeszcze)
          ZSRR.

          Dwa lata wcześniej - rajd po chwalebnie zaliczonym I roku (dla mnie
          też - chwila odreagowania po śmierci Taty), paczki jeszcze
          licealnej, z Przemyśla na południe...
          Stamtąd przychodzą na pamięć jabłka jedzone wprost z drzewa we wsi
          prawie od 30 lat już opuszczonej - jabłuszka małe, ale wciąż jeszcze
          zachowujące pierwotny smak.
          • mama_kasia Re: Przemyśl... 06.09.07, 08:30
            Pamiętam tranzyt przez ZSRR - jechałam na obóz w Bieszczadach
            po I-ym roku studiów smile
    • luccio1 "Wysiadywanie kółka" na Plantach Krakowskich 08.09.07, 01:26
      "Kółka" na skrzyżowaniu alejek - z piaskownicami pośrodku. Pamiętam
      ich kilka: jedno zaraz pod Wawelem, drugie pod pomnikiem Grażyny i
      Litawora, trzecie w okolicach kościoła św. Norberta i Collegium
      Olszewskiego, czwarte koło Reformatów, za Pałacem Sztuki, piąte pod
      pomnikiem Lilli Wenedy, szóste pod pomnikiem Bohdana Zaleskiego
      (czyli Ślepca Bojana) koło sadzawki z fontanną i łabędziami
      (naprzeciwko wejścia na Stary Kleparz), siódme naprzeciw kościoła
      św. Krzyża i pomnika Bałuckiego, ósme znów blisko Wawelu,
      na tyłach kościoła św. Marcina i kompleksu kamienic zboru
      ewangelicko-augsburskiego.
      Każde takie kółko było od południa do wieczora oblężone przez
      mamy z dziećmi i babcie z wnukami, wszystkie ławki pełne, chmara
      dzieci grzebie w piasku lub gania się tam i z powrotem.
      Wszystko dlatego, aby - jeśli tylko pogoda pozwoli - być jak
      najdłużej poza przeraźliwie ciasnym domem (mógł to być zaledwie
      pokój w mieszkaniu "kołchozowym" - w Krakowie w pierwszych latach
      powojennych zamieszkiwało w tych samych ocalałych z wojny budynkach
      dwa razy tyle ludzi, co przed wojną) i zostawić jednemu domownikowi
      (zwykle ojcu rodziny) choć kilka godzin samotności w czterech
      ścianach.
      "Kółko plantowe" było każde światem dla siebie, z własną hierarchią
      (także zasiadania miejsc na ławkach), z własną obyczajowością...
      Tutaj, pod gołe niebo i zielone liście drzew, przenosił się na
      długie godziny dnia dom i całe życie; tu się bawiło, pracowało,
      jadło - wreszcie wykonywało także czynności będące odwrotnością a
      zarazem następstwem jedzenia i picia.
      Z wierzchu - sielanka stworzona przez Polskę Ludową; naprawdę...

    • luccio1 "Wysiadywanie kółka" na Plantach Krakowskich - c.d 08.09.07, 01:40
      Moje osobiste wspomnienia dotyczące "kółek plantowych" sięgają lat
      r. 1958-59, kiedy miałem 4-5 lat, Mama 30-31. Wiele dni tam
      spędzonych zbija się razem w obraz popołudnia wczesnojesiennego,
      gdzieś na przełomie sierpnia/września, w obraz dnia słonecznego,
      choć już chłodnego, z liśćmi zaczynającymi lekko
      żółknąć. (Dodam: w domu nie było długo zwyczaju, by puszczać mnie
      dokądkolwiek samopas - dopiero jak byłem nieco większy, zacząłem być
      posyłany do sklepów).Widzę nas oboje: Mama w ciemnobrązowym
      kostiumie, pod żakietem brązowo-czerwony dziany bluzkosweterek, na
      głowie na bakier kapelusz-grzybek, przypięty do włosów, jeszcze
      niemal całkowicie czarnych, wsuwkami, na pasku przez pierś torebka-
      kuferek. Mama oczywiście w stosunku do mnie niebotycznie wysoka, w
      jednym ręku dzierży koszyk z jedzeniem, robótką i częścią zabawek,
      drugą ręką trzyma mnie ciągnącego na sznurku drewniane auto
      ciężarowe, albo prowadzi delikatnie mnie jadącego na rowerku
      trójkołowym...
      Tak wkraczaliśmy do kółka "pod Grażyną", nierzadko (gdy Mama była
      akurat, z racji swych spraw krążeniowych, na L 4) jeszcze przed
      drugą po południu, sadowiąc się zawsze na tej samej ławce, obok tych
      samych Pań; zostawaliśmy niemal do ciemna, do siódmej wieczorem albo
      i dłużej.
      Jak pamiętam, każdy dzień biegł punkt po punkcie według jednego nie
      zmienianego schematu. Tuż po zajęciu naszego miejsca krótki wstępny
      podwieczorek, poczym ja szedłem do zabawy, a więc albo tworzyłem
      babki z piasku, albo coś rysowałem na asfalcie kredą lub kawałkiem
      cegły, albo woziłem się z moim autkiem, albo jeździłem na rowerku
      wciąż tam i z powrotem;
      Mama rozpoczynała właściwe "wysiadywanie kółka": wyjmowała włóczkę,
      druty i zaczynała tworzyć: a to szalik, a to czapkę, a to sweter, a
      to rękawiczki... podtrzymując przy tym konwersację towarzyską z
      Sąsiadkami. Tak trwało popołudnie, minuta po minucie, kwadrans po
      kwadransie, godzina po godzinie...
      Ten jednostajny bieg czasu przerywały dwa wydarzenia - oba
      przypadające dzień po dniu mniej więcej w tym samym momencie, a
      przyspieszenie burzące monotonię miało w obu przypadkach znów
      ustalony powtarzalny schemat.
      Najpierw, gdzieś między trzecią-wpół do czwartej, Mama po raz
      pierwszy przerywała "drutowanie" i wstając z ławki szła po mnie.
      Następował "wielki podwieczorek" na serwecie rozłożonej na Maminych
      kolanach: kanapki, jabłka pokrojone na "szesnastki", jakieś ciasto,
      wszystko popite herbatą z termosu (Mama zażywała przy okazji część
      swoich lekarstw; lekarstwa towarzyszyły Jej zresztą przez całe
      życie). Do tego następowało wzajemne częstowanie się wypiekami
      domowymi, kompotem ze słoików...Po jedzeniu jeszcze chwila lektury -
      coś z serii "Poczytaj mi, Mamo!" - poczym każde wracało do swoich
      zajęć: Mama do drutów i rozmowy, ja do zabawy.
      Druga przerwa następowała gdzieś o piątej-wpół do szóstej. Mama
      ponownie odkładała robótkę, dźwigała się ze swego miejsca i albo
      szła po mnie do piaskownicy, albo też, jeśli jeździłem autkiem lub
      na rowerku, czekała, aż się zbliżę i stanowczo zatrzymywała mnie (i
      zsadzała z rowerka), i prowadziła za rękę do ławki. Zabawki
      wędrowały na ławkę lub w jej okolicę, Mama podejmowała rozmowę z
      Paniami, gdzie było miejsce i na chwalenie mnie za osiągnięcia, i na
      grzecznościowe uwagi o innych dzieciach -
      - w końcu nieodmiennie następowała prośba do Pań Sąsiadek o opiekę
      nad naszym koszykiem i mnóstwo słów o tym, że my teraz idziemy tylko
      na chwileczkę i zaraz, ale to dosłownie zaraz wrócimy. Potem słowa
      do mnie: "spróbujemy zrobić siusiu".
      Po tych słowach Mama brała mnie ponownie za rękę i prowadziła
      ścieżką wydeptaną przez trawnik, pod stary jesion; tam, pod drzewem,
      rozpinała mi spodenki - sama zaraz potem, stojąc naprzeciw mnie,
      unosiła spódnicę...
      Gdzieś w bliskim tle liście, lekko żółte, kilkaset metrów za nami
      kościół Franciszkanów z witrażami Wyspiańskiego, w przeciwnym
      kierunku o niecałe 100 metrów, oddzielony tylko niedaleką alejką,
      pomnik Grażyny dłuta Alfreda Dauna (z cokołem projektu Władysława
      Ekielskiego)...
      Potem Mama znów brała druty do rąk, ja znowu się bawiłem, jeszcze
      jakieś małe jedzenie, jeszcze wypicie resztek herbaty, i jeszcze
      godzina, zanim ginące światło dnia nie uniemożliwiło Mamie splatania
      oczek.
      Wtedy znów z rzeczami na ławkę, jeszcze raz zostawienie ich pod
      opieką Pań "na chwilę" i spacer w miejsce jw...
      W końcu powrót do domu - już przy zapalonych lampach (były to
      świecące ciepło, przyjaźnie żarówki; jarzeniówek ani rtęciówek
      jeszcze wówczas nie było - przynajmniej nie u nas).
      Gdy docieraliśmy do domu, było już całkiem ciemno.

    • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 09.09.07, 12:43
      Pamiętam, jak budowałem domki z krzeseł, nakrywane kocem albo
      narzutą zdjętą z tapczanu.
      Do środka wciągałem którąś z ruchomych lamp. Kiedyś, ratując
      świecącą się żarówkę przed stłuczeniem, podstawiłem pod nią lewą
      rękę: miałem potem przez tydzień po wewnętrznej stronie przegubu
      pęcherz wypełniony płynem (po tygodniu pęcherz pękł, następny
      tydzień - i wszystko było wygojone; dziś nie ma nawet blizny).
      Czy Wy też bydowaliście/łyście takie?
      • nordynka1 Re: Bezgrzeszne lata 17.09.07, 22:05
        > Pamiętam, jak budowałem domki z krzeseł, nakrywane kocem albo
        > narzutą zdjętą z tapczanu.

        > Czy Wy też bydowaliście/łyście takie?

        tak, ale za dnia i moja połowa pokoju była po stronie okna więc
        żarówek nie potrzebowałam smile (brat miał tę drugą połowę, za szafą
        dzielącą pokój na dwoje). A pod kołdrę brałam latarkę.
        potem w tamtym mieszkaniu mój i tylko mój kącik ograniczał się do
        przestrzeni między otwartymi drzwiami szafy ubraniowej i ściany.
        Odległość od szafy do ściany niecałe pół metra więc schowek akurat
        mojej objętości. Te otwarte drzwi szafy niemal dotykały ściany -
        było jak w pudełku. Chowałam się tam gdy chciałam być sama.

        A - jeszcze chowałam się pod blat w kuchni - zamiast szafek było tam
        miejsce na 2 taborety. Ale w kuchni zwykle ktos był i kryjówka
        szybko wychodziła na jaw.
        • mader1 Re: Bezgrzeszne lata 17.09.07, 22:38
          budowałam smile)) koc na biurko, połączone krzesła czy stół ( jak mama
          pozwoliławink)) a do tego latarka - prostokątna z czerwonym i zielonym
          szkiełkiem smile))
          Mój brat budował takie kryjówki
          Moje dzieci też je budują smile)))
          • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 18.09.07, 19:31
            mader1 napisała:
            > latarka - prostokątna z czerwonym i zielonym
            > szkiełkiem smile))
            Mam taką - leży na biurku poc ręką, służy do świecenia po podłodze,
            gdy coś mi spadnie i muszę tego czegoś szukać. Działa już ponad
            40 lat.
            Przypominam też sobie inną - też prostokątną, reflektor ze światłem
            też powyżej bateryjki, skierowany na bok - z tym, że można go było
            wykręcać i tym sposobem albo mieć światło rozproszone, albo skupione
            w punkcie.
            Tę latarkę zgubiłem w r. 1970 na pierwszym obozie harcerskim. Do
            dziś pluję sobie w brodę, dlaczego zabrałem tam właśnie ją (dziś,
            mądry po szkodzie, wziąłbym z pewnością coś nowszego i coś, co nie
            miało dla mnie żadnej wartości uczuciowej).

    • luccio1 Kasztany 10.09.07, 21:34
      Wczoraj padał deszcz.
      Strącił kasztany - z kasztanowca rosnącego przy ulicy
      Czarnowiejskiej, na rogu króciutkiej uliczki Tkackiej (kończącej się
      awaryjną, normalnie zamkniętą bramą wiodącą na teren AGH).
      Naładowałem całą kieszeń i przyniosłem do domu.

      Pierwsze kasztany w roku...
      Gdy żyła Mama, co roku było to święto. Przynosiliśmy Mamie naszą
      zdobycz, podkładając prawie pod oczy:
      "Popatrz, Niedźwiedziu, co Misie znalazły! No spójrz, dlaczego to
      coś, co siedzi w zielonej kolczastej łupinie, ma doskonały brązowy
      kolor - w sam raz jak futro Misia?"
      Potem oczywiście tworzyliśmy różne ludki i zwierzątka.

      Tak było do końca. Przynieśliśmy kasztany jeszcze ostatniej jesieni -
      - Mamie leżącej.
    • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 16.09.07, 16:56
      Dziś byłem na spacerze przez Park Jordana, Błonia, most na Rudawie
      koło "Zwierzynieckiego" i "Juvenii", Malczewskiego na połowę
      długości Alei Waszyngtona; tą aleją zejście do pętli tramwajowej na
      Salwatorze, zjazd do Mostu Dębnickiego, spacer brzegiem Wisły pod
      Wawel, następnie wokół Wawelu i Plantami do domu.

      W czasie tego spaceru ożyły tęsknoty chcące już nie tyle czas
      cofnąć - co go właśnie przyspieszyć - sięgnąć w te lata, gdy będę
      już sam sobie ustawiał własny porządek dnia...

      Była prawdziwa złota polska jesień. Kiedy będę mógł się nią cieszyć
      bez terminów czających się tuż-tuż za plecami?

      I dlaczego od dobrych kilku dni sam jeden usiłuję ciągnąć ten wątek,
      moim zdaniem daleki od wyczerpania?

      Pozdrowianie
      Łukasz.
      • isma Re: Bezgrzeszne lata 16.09.07, 18:30
        A bo, Lukaszu, forum ma swoja specyfike, do ktorej nalezy zamieranie
        zewnetrznej aktywnosci w okresie szczegolnie silnej aktywnosci
        wewnetrznej.

        U mnie to normalne, ze jesienia (wcale nie w noc sylewstrowa) zadaja
        mi sie pytania z tych wazniejszych. Mam nadzieje, ze lada tydzien
        sie moze jakimis intuicjami (bo nie odpwoiedziami) bedziemy tu mogli
        podzielic.
    • mader1 Re: Bezgrzeszne lata 17.09.07, 08:33
      Tak, zderzenie z jesienią tak nas uciszyło smile
      Mieszkaliśmy z dziadkami w starej, zniszczonej kamienicy. Stała na
      rogu ulicy Książęcej. To taka mała, przyjemna uliczka schodząca
      między parkami w dól ,od Placu Trzech Krzyży aż do Powiśla.
      Była wtedy wyłożona " kocimi łbami" i jeździły po niej trolejbusy (!)
      Kamienica była naprawdę zniszczona. A mieszkanko malutkie i ciasne.
      Ale to miejsce było w oczach dziecka piękne.
      Mieszkaliśmy bowiem w parku. Wystarczyło przejść przez furtkę w tyłu
      domu i miało się do czynienia z najprawdziwszym angielskim w stylu,
      tajemniczym ogrodem. Ruiny muszli koncertowej, w której urządzałysmy
      lalkom dom... Stare drzewa, tajemnicze rośliny, których nikt z
      bliskich nie potrafił i nie zadawał sobie trudu , by nazwać...
      Alejki porosłe mchem... I krótko, tylko w najwcześniejszym
      dzieciństwie czynna, kolorowo świecąca w nocy fontanna. Do tej pory
      ją pamiętam, oświetlała cały mrok dookoła, wydobywała kolory
      cieni... Zachwyt, olśnienie...
      Ale to było latem smile)))
      • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 17.09.07, 20:29
        Czy potrafiłabyś powiedzieć, czyj to mógł być ogród?
        Chociaż jestem krakowianinem, mam w życiu epizod regularnego
        dojeżdżania do Warszawy w latach 80., gdy robiłem doktorat.
        W dzieciństwie zaczytywałem się w książce Eugeniusza
        Szwankowskiego "Warszawa" - i połowę z tego nawet rozumiałem.
        • mader1 a... tak :) 17.09.07, 22:55
          Moje naj, naj wcześniejsze lata przeżywałam w Ogrodach Frascati smile))

          www.frascati.kijowski.pl/frascati.html
          Teraz jest tam porządnie, wtedy było dziko smile)) i pięknie smile
          Na dole, po drugiej stronie Książęcej, wzdłuż ulicy Kruczkowskiego
          ciągnął się park aż do dworca Powiśle.
          Wystarczyło przejśc na druga stronę ruchliwej ogromnie ulicy, żeby
          znaleźć się nad stawem. W centrum miasta surprised
          To tam uczyłam się o stadiach rozwoju żaby , duzo wcześniej niż na
          lekcjach przyrody.
          Prosiłam mamę o spacer aleją, bo nieco dalej tuż za ogrodzeniem
          stały samoloty wystawione przez Muzeum Wojska Polskiego smile))
          A jesień... jesień to barwne liście. Dużo później dowiedziałam się,
          że najpiękniejsze są klonowe smile)) Brodziłam w nich, zbierałm je i
          rzucałam się nimi z mamą.
          Tak było do czwartego roku życia...
          Bądź dobry - każdy, kogo spotkasz, prowadzi ciężki bój. J. Watson
          Wychowanie w wierze
          • minerwamcg O jejku jej! Mader... 24.09.07, 23:21
            Sprawiłaś mi nieprawdopodobną przyjemność wklejając link do Ogrodów Frascatismile
            Wyobraź sobie, że tę stronę Kijowskiego o Frascati to ja robiłam! smile))
            Świat jest mały a miasta to kompletne grajdołki.
            • mader1 Re: O jejku jej! Mader... 25.09.07, 07:34
              ale mi się udało... smile)) Jakby to napisać... od jakiegoś czasu
              chciałam coś miłego Ci napisać, ale byłoby to sztuczne... smile)) A jak
              szukałam linku do Frascati dla Luccia, nie mogłam na początku
              znaleźć sensownego, żeby choć trochę oddawał nastrój... i wreszcie
              znalazłam... najlepszy. Więc zupełnie niechcący... coś miłego smile No
              proszę, proszę...
    • mader1 Re: Bezgrzeszne lata 17.09.07, 23:33
      Niedziela należała do Placu Trzech Krzyży smile
      Żegnane surowym spojrzeniem babci ( "czy aby jej się sukieneczka nie
      poplamiła ?") wychodziłysmy z mamą rano do kościoła św. Aleksandra.
      Msze dla dzieci odbywały się w kaplicy w poziemiach.Zawsze kłębił
      się tam tłum - albo tak mi się wydawało. Lubiłam śpiewać smile, czyli
      byłam rozśpiewaną panienką jak nie przymierzając Miniatura Ismy ,
      a "Kiedys o Jezu chodził po świecie" to była moja ulubiona pieśń smile

      Po mszy w teatrze, który nazywa się teraz Buffo odbywały się poranki
      i teatrzyki dla dzieci.

      A na dobranoc legenda, którą mało kto zna :
      www.um.warszawa.pl/v_syrenka/miasto/legendy-10.htm
      • mamalgosia sukieneczka 18.09.07, 21:12
        Pierwsze 5 lat życia mieszkałam tylko z babcią, ona mnie wychowywała.
        Miałam 2 piękne sukienki, Z NIEMIEC, sztuczne aż strzelały, ale
        najpiękniejsze w całym mieście. Babcia kręciła mi loki nad czołem
        (taką lokówką nagrzewaną na płycie pieca), a potem szłyśmy na spacer.

        Tęsknię za moją babcią niezmiennie
        • luccio1 Lokówka 18.09.07, 21:19
          w kształcie jakby szczypiec. Pamiątka po Cioci-Babci. Rozgrzewało
          się ją wkładając od góry w szklany komin lampy naftowej.
          Teraz spoczywa w szufladzie narzędziowej, w pudełku - z innymi
          pamiątkami (np. wielkim kluczem, którym - przesuwanym przez dziurkę
          od klucza pod klamką - otwierało się od zewnątrz zasuwkę w drzwiach
          w domu rodzinnym Taty, już od 20 lat nie istniejącym).
          • mamalgosia Re: Lokówka 18.09.07, 21:22
            luccio1 napisał:

            > w kształcie jakby szczypiec. Pamiątka po Cioci-Babci. Rozgrzewało
            > się ją wkładając od góry w szklany komin lampy naftowej.
            O, to to! Ale nie miałyśmy lampy naftowej


            > Teraz spoczywa w szufladzie narzędziowej,
            a naszą wyrzuciłą moja mama po śmierci babcisad( I mnóstwo innych
            pięknych rzeczy: talerze do wieszania na ścianie, lupy mojego
            dziadka (był zegarmistrzem-amatorem), żelazko na przysłowiową
            duszę...
            • luccio1 Re: Lokówka 18.09.07, 21:27
              Lampę naftową mam - z nienaruszonym palnikiem na knot okrągły.
              Była swego czasu dostosowana do elektryczności, ale Tato zrobił to
              tak, by nic nie zepsuć: 6 oprawek na żarówki "do grzybka" na
              kolistym pręcie, włożonym do katownika, na którym opiera się umbra.
              Tę przeróbkę elektryczną na nowym mieszkaniu łatwo usunąłem - lampa
              teraz stoi jako element dekoracyjny - świecą na biurkach dwie inne
              lampy zabytkowe, wykonane na początku XX wieku - już od razu dla
              elektryczności.
      • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 21.07.08, 23:48
        mader1 napisała:
        > a "Kiedys o Jezu chodził po świecie" to była moja ulubiona pieśń smile

        Była i moją.

        Denerwowała mnie tylko druga zwrotka:
        "Byłeś Dzieciątkiem, Ty, Wielki Boże,
        w Żłóbku płakałeś nad światem złym..."

        - no bo: co za Żłóbek, co za Dzieciątko w samym środku lata?
    • luccio1 Latarka 24.09.07, 22:19
      O latarce z kolorowymi szybkami pisałem już wyżej.
      Mam jeszcze jedną, której już na codzień nie używam, choć jest w
      pełni sprawna.
      Latarka, która była w r. 1939 na wyposażeniu sanitariatu wojskowego;
      służyła do wyszukiwania - w ciemnościach nocy - i opatrywania
      rannych na pobojowisku.
      Żarówkę ocienia - z góry i z boków - podnoszona klapka. Latarka,
      trzymana w ręku pionowo, świeci tylko w dół, pod nogi sanitariusza i
      nieco w przód; dla innego człowieka źródło tego światła jest
      niewidoczne - nie może stanowić celu.
      Co ciekawe: konstruktor nie przewidział wyłącznika - lampka po
      włożeniu baterii świeci non stop - aż do jej rozładowania (co w polu
      następowało bardzo szybko - tu mam własne doświadczenia choćby z
      obozów harcerskich). Wkładając baterię odwrotnie ("z lewa na prawo")
      zdołałem uzyskać świecenie w jednym tylko położeniu klapki, bliskim
      maksymalnego wysunięcia. Jeszcze w czasach szkolnych używałem tej
      latarki w domu - gdy w nocy musiałem wstać do łazienki, a nie
      chciałem budzić Rodziców (zresztą, wtedy budził się Tato - Mama
      spała).
    • luccio1 Mój jubileusz harcerski 01.10.07, 19:22
      W niedzielę 30 września byłem na ognisku jubileuszowym z okazji 90-
      lecia Szczepu Szarej Siódemki (krakowskiej).
      Ten sam blask ognia. Ten sam zapach dymu. Te same piosenki, co
      prawie 40 lat temu - w roku 1970, 71, 72, 73 (roku mojej matury).
      A jednak było już inaczej. W dali świeciły pomarańczowo lampy
      sodowe. Blisko świeciły niebieskawym, zimnym światłem nowoczesne
      latarki z żarówkami ksenonowymi...
      Ale czego najbardziej było żal:
      kiedyś składałem Przyrzeczenie Harcerskie według ówcześnie
      obowiązującej formuły: "...walczyć o pokój i szczęście ludzi, być
      wiernym sprawie socjalizmu..." - wiedząc, jakie jest Prawo prawdziwe:
      "Mam szczerą wolę służyć Bogu i Polsce, nieść chętnie pomoc
      Bliźnim..."
      (było całkiem jak lata później, na moim ślubie - cywilnym:
      oficjalnej formuły państwowej zupełnie nie pamiętam - pamiętam za to
      i mogę w każdej chwili powtórzyć: "...biorę sobie Ciebie ... za Żonę
      i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz, że Cię
      nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Bóg").
      Kiedyś uzyskiwałem stopnie: ochotnik, tropiciel, odkrywca,
      przodownik, wędrownik... tu się zatrzymałem. Dystynkcji tych stopni
      u nas: w & KHD imienia Tadeusza Reytana, nigdy się nie nosiło -
      myśmy czekali na chwilę, gdy po upadku komuny nadrobimy prawdziwe
      stopnie i będziemy po kawałeczku złocić nasze Krzyże Harcerskie,
      wg schematu: Młodzik - lilijka posrebrzana; Ćwik - lilijka pozłacana;
      Harcerz Orli - prócz tego pozłocony także okrąg wokół lilijki;
      Harcerz Rzeczypospolitej - prócz tego także pozłocony wieniec
      wawrzynowo-dębowy przebiegający okręgiem koła przez ramiona Krzyża...

      Zamiast tego upiorny spór: ZHP-56, ZHP-1918, ZHR...
      I pytanie bez odpowiedzi: dlaczego ZHP po odnowieniu, bez komuny -
      nie mógł pozostać jeden?

    • luccio1 Moje domy rodzinne 29.10.07, 20:42
      Oba, w których przeszło moje dzieciństwo, znajdują się w Krakowie.
      Wystarczy przejść kilka kroków, by znaleźć się koło jednego lub
      drugiego.
      Ale ani jeden z nich nie wygląda już tak, jak w tamtych czasach. Gdy
      więc tam jestem, wydaje mi się, że jestem w całkiem obcym miejscu.
      Czy i Wy tak macie?
      Pozdrawiam serdecznie.
      Łukasz.
    • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 17.11.07, 14:40
      Robiłem wczoraj pewne przestawiania wśród książek - przy sposobności
      wziąłem do ręki pozycję, z których kiedyś, ponad 40 lat temu, Tato
      uczył się do egzaminu na kierownika budowy (tzw. "uprawnienia z art.
      361"): "Wodociągi", "Kanalizacja", "Polowe wypalanie wapna". W
      tamtych czasach byłem chyba w III albo IV klasie szkoły podstawowej.
      Czytywałem te książki z zapałem - część zawartości nawet rozumiejąc.
    • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 05.01.08, 17:45
      Od moich tzw. "bezgrzesznych lat" były w domu dwie płyty - płyty
      kolędowe, a zatem wyjmowane ze stosu zawsze pod sam koniec roku i
      chowane, gdy tylko przebiegł pierwszy miesiąc roku nowego.
      Ta pierwsza: 10 kolęd w wykonaniu chóru męskiego (z parafii św.
      Jakuba w Warszawie na Ochocie) z towarzyszeniem organów (nowe organy
      w nowej Archikatedrze Warszawskiej, dopiero co odbudowanej i
      rekonsekrowanej), long play 33 1/3 obrotu, średnica 25 cm - istniała
      w domu od 1958 lub 1959 roku, pojawiła się wraz z adapterem (WG 56
      dopinany do radia - model starszy niż "bambino");
      ta druga: "Czerwone Gitary śpiewają kolędy" - czwórka na 45 obrotów,
      kupiona tuż przed Wigilią 1968 r. jako prezent urodzinowy dla mnie
      (22 grudnia).
      Ostatnie 8 lat przeleżały nieme - adapter szlag trafił, nie miałem
      na czym odtwarzać (podstawowe pozycje klasyki, bez których nie
      wyobrażałbym sobie życia, mam już dawno na CD).
      Dopiero w tym roku, zobaczywszy szyld zakładu, parającego się obok
      fotografii także przegrywaniem płyt czarnych, zaniosłem je tam i
      dałem sobie przegrać - obie na jedną płytę CD. Od dwóch dni
      rozkoszuję się znów muzyką, w której wspomnieniem jest każdy dźwięk,
      ba - każdy trzask, tak jak odzywał się kiedyś, gdy igła szafirowa
      sunąc przez rowek przecinała rysę.
      Dwie płyty - a w nich dwa domy rodzinne: ten wcześniejszy, do połowy
      podstawówki, i ten późniejszy, po przeprowadzce, w którym mieści się
      koniec szkoły podstawowej, liceum, jedne studia, drugie studia,
      doktorat - i jeszcze parę lat później, aż do śmierci Mamy...
      • mader1 Re: Bezgrzeszne lata 05.01.08, 18:08
        " Czerwone Gitary śpiewają kolędy" - kupiliśmy kiedyś w takim koszu
        z płytami za grosze taką składankę na CD. Zaraz ją sobie puszczę.
        Świetne. Ciekawe czy to ta sama ?
        • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 05.01.08, 19:50
          "Dzień jeden w roku" - utwór Krajewskiego i Dzikowskiego; "Mości
          Gospodarzu", "Mizerna Cicha", "Dzisiaj w Betlejem".
          Na oryginalnej kopercie wszyscy czterej pozują z zapalonymi świecami
          w rękach - ich zdjęcie grupowe nałożone na z gruba rysowany biały
          kontur choinki, wyłaniający się z czerwonobrązowego tła.
          • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 06.01.08, 11:27
            I pamiętam też, jak wtedy, w r. 1968, Mama zwracała mi uwagę na
            sprzeczność zawartą w tekście:

            "...Jest taki Dzień,
            tylko jeden, raz do roku.
            Dzień, zwykły Dzień,
            który liczy się od zmroku.
            Jest taki Dzień,
            gdy jesteśmy wszyscy razem.
            Dzień, piękny Dzień!
            Dziś nam noc go składa w darze..."

            Jeśli "taki Dzień" pojawia się raz w roku cyklicznie - to nie może
            być "zwykłym dniem", takim jak inne!
            • mader1 Re: Bezgrzeszne lata 06.01.08, 11:41
              Okładka mojej jest inna - kolorowe sztuczne ognie. Ale zawartośc
              wygląda na podobną
              Dzien Jeden W Roku
              Nad światem cicha noc
              Leć kolędo
              Gwiazda na kiju
              Już zabawki śpią
              Zima ,zima ,śnieg
              Mija rok
              Dalej, dalej pędzą sanie
              Wigilia świata
              Dwie sowy
              Kołysanka dla okruszka
              Mości gospodarzu
              Mizerna Cicha
              Dzisiaj w Betlejem

              Z tego z " bezgrzesznymi" - o ile takie miałam :0 - kojarzy mi się
              najbardziej " Dalej, dalej, pędzą sanie".
              • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 06.01.08, 11:56
                Z Twojej listy na mojej "czwórce" jest utwór pierwszy - i trzy
                ostatnie.
      • alex05012000 Re: Bezgrzeszne lata 07.01.08, 11:43
        Ta pierwsza: 10 kolęd w wykonaniu chóru męskiego (z parafii św.
        Jakuba w Warszawie na Ochocie) - to moja parafia!!!
        • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 09.01.08, 22:32
          alex05012000 napisała:

          > Ta pierwsza: 10 kolęd w wykonaniu chóru męskiego (z parafii św.
          > Jakuba w Warszawie na Ochocie) - to moja parafia!!!

          Na tej płycie "Mędrcy Świata" byli ostatnim utworem na stronie 2.
          Pamiętam problem z dzieciństwa: póki nie było jeszcze Trzech Króli,
          należało odtwarzanie płyty przerwać po utworze bezpośrednio
          poprzedzającym: "Przystąpmy do szopy". Można było to zrobić tylko w
          jeden sposób: zdejmując ramię adaptera ręcznie z obracającej się
          płyty. Bardzo długo nie mogłem się tego nauczyć - bałem się...
    • luccio1 Świeczki na drzewku 06.01.08, 19:02
      Zawsze były i są prawdziwe: i w domu rodzinnym, i teraz w moim domu.
      Zawsze towarzyszyły śpiewaniu kolęd późnym popołudniem albo
      wieczorem - a jeśli nie śpiewaniu kolęd, to słuchaniu ich z płyt.
      Dawniej zawsze starałem się dopalić świeczki do końca, tak by zgasły
      same, bez dmuchania: koło maleńkiego błękitnego płomyczka chodziło
      się napalcach; wydawało mi się, że gdybym taki ledwo drgający
      płomyczek ostatecznie zadusił, chociażby nieostrożnym oddechem,
      byłoby tak, jakbym kogoś zabił.
      Oczywiście, czasem zdarzało się, że trzeba było gasić, i to szybko -
      gdy płomyk z dogasającej świeczki pochwycił gałązkę - ale to
      zdarzało się rzadko, w końcu: znam się na rozmieszczaniu świeczek
      względem gałęzi i ozdób, wiem, że niektóre gałązki trzeba powycinać
      zaraz na początku, inne poobłamywać później, gdy drzewko zacznie już
      obsychać... Pamiętam, jak raz, jeszcze zanim zacząłem szkołę,
      zbliżyłem za bardzo do dogasającej świeczki drewnianego
      cepeliowskiego ptaszka - ptak był ciekawski i "za karę" opalił sobie
      dziób. Potem przez lata myślałem, że ten ptak dawno temu przepadł -
      aż 7 lat temu, wypakowując się po przeprowadzce, znalazłem go wśród
      rzeczy zalegających na starym mieszkaniu piwnicę przez ostatnie 30
      lat, spakowanych jeszcze przez Tatę - i teraz jest na moim drzewku
      znów co roku, razem z czterema braćmi.
      (Elektryczność była na naszym drzewku kiedyś - ale lampki awsze były
      upchane w głębi, blisko pnia; poza tym, gdy zapalaliśmy świeczki na
      kolędy, lamki elektryczne przedtem gasiliśmy).
      • luccio1 Re: Świeczki na drzewku 01.03.08, 16:22
        Wczoraj wypaliłem ostatnie. Już nie "do samego końca", jak w czasach dzieciństwa
        - pozwoliłem sobie zaledwie zejść cokolwiek poniżej uchwytów w lichtarzykach...
        Puściłem sobie moją ulubioną, odzyskaną dzięki technice cyfrowej płytę kolędową
        - cicho, tak żebym tylko ja słyszał (no bo to już przecież nie czas!).
        Dziś w ciągu pięciu godzin pracy zlikwidowałem drzewko - pień przepiłowany na 3
        kawałki, pocięte i połamane gałęzie zmieściły się do dwóch dużych worków
        foliowych i w tych workach powędrowały na śmietnik (niestety, nie mam już jak
        zrobić drzewku "szlachetnego" końca: w płomieniach, w piecu - tak jak to było
        pół wieku temu w pierwszym domu rodzinnym).
        Póki drzewko stoi, zda mi się, że czas nie płynie, nie biegnie, lecz posuwa się
        wolniutko, rytmem świątecznym. Powszedni rytm czasu jest ostatnio o wiele za
        szybki: już tylko patrzeć, będzie lato; po lecie znów jesień - znów będę łowił
        ostatnie dni sprawiające złudzenie lata, znów niespodzianie przyjdzie deszcz i
        śnieg (koniecznie w październiku) - i znów będę myślał o kolejnym Bożym
        Narodzeniu, o kolejnym drzewku...
        • luccio1 Koniec drugiego domu rodzinnego 01.03.08, 16:28
          Byłem koło niego niedawno.
          To, przed czym udało mi się uciec, stało się faktem:
          na parceli przed wystawionymi na zachód loggiami kopią dół pod fundamenty
          budynku, który zabierze zupełnie światło.
          Ci, co zostali, ci co przyszli po mnie, nie będą już mieli słońca w pokojach po
          południu; nie będą już obserwować wędrówki zachodu słońca od lata do zimy i z
          powrotem (tak, jak ja obserwowałem wędrówkę słońca po pokoju: od drzwi z
          przedpokoju, gdzie zachodziło latem, do kilimu w głowach tapczana, gdzie
          zachodziło zimą).
    • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 18.07.08, 19:49
      W niedzielę 13 VII zrobiłem sobie maleńki wypad pod Kraków - w granice zasięgu MPK:

      autobusem 249 do Nowej Wsi Szlacheckiej; stamtąd pod wzgórze Kajasówka-Zrębowe,
      które jest grzędą wapienną sterczącą z morza glin, iłów i piasków; grzbietem
      tegoż wzgórza do Przeginii Duchownej; drogą asfaltową ku południowi do Przeginii
      Narodowej, za wsią z asfaltu na lewo w las liściasty z domieszką sosny, i tym
      lasem do Czernichowa nad Wisłą;
      z Czernichowa zjechałem autobusem 229 do Krakowa - i dalej od Salwatora
      tramwajem do domu - spędziła mnie burza.

      Jak dawno nie, tak na tej wycieczce widziałem (i jadłem) dojrzewające
      równocześnie maliny (jeszcze) oraz ostrężyny [jeżyny, ożyny, czernice](już!).
      • ruda_kasia Re: Bezgrzeszne lata 20.07.08, 12:14
        Luccio, czy Ty tak sam jeździsz? specjalnie i świadomie, jeśli nie, to może
        weźmiesz kiedyś towarzystwo smile Miła rodzina z dwójką dzieci.
        • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 21.07.08, 14:29
          Widzisz, świadomie jeżdżę tak sam. To jest tylko troszeczkę dalszy
          spacer.
          Do tego miejsca, które to co mówią, mówią tylko do mnie bez
          tłumaczenia - tłumaczenie Komuś Obcemu byłoby bardzo, bardzo długie.

          Jest też trzeci powód: moja Żona nie bardzo ma siłę, żeby wędrować
          wraz ze mną;
          gdybym wybierał się z kimś innym -czułbym się w tym źle.

          Proszę o wyrozumiałość.
          Pozdrowienia
          Łukasz.
    • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 21.07.08, 21:23
      W niedzielę 20 VII znów zrobiłem sobie wypad.
      Autobusem 245 z Borku Fałęckiego do Chorowic (w bok od Mogilan - autobus
      przejeżdża po drodze przez Górę Mogilańską w kościołem w centrum wsi - kiedyś,
      do końca lat 60., najtrudniejsze wzniesienie do pokonania dla autobusu na całej
      Zakopiance, zanim dwujezdniówka gierkowska nie poszła bokiem od wschodu);
      z Chorowic drogami i polami w ogólnym kierunku południowym - na wschodni skraj
      wzgórza Bronaczowa między Włosaniem (Włosanią?) a Radziszowem; grzbietem tego
      wzgórza drogą przez las liściasty z domieszką sosny w ogólnym kierunku zachodnim;
      idąc "na czuja" opuściłem niepotrzebnie szlak zielony, bo wydawało mi się, że
      skręca zanadto ku południowi - wobec tego doszedłem do cypla, z którego było
      zejście tylko ścieżką na dawno nie uprawiane pola, gdzie trawa po pierś, a na
      miedzach wały ostrężyn - drąc się poprzez ostrężyny, mocno się podrapałem;
      wypłoszyłem też z traw sarnę, a w pewnym momencie przeszło przez drogę przede
      mną stado kuropatw (jak widać, niektóre zwierzęta przyzwyczaiły się na nowo żyć
      w sąsiedztwie z ludźmi);
      gubiąc miejscami drogę (było i przejście przez bagienko w lesie - skacząc z
      gałęzi na gałąź) pokierowałem się znów ku północy i znalazłem się w Bukowie;
      mając na skrzyżowaniu do wyboru drogę do Skawiny - już znaną z zeszłego roku - i
      drogę do Radziszowa, wybrałem tę ostatnią; za Bukowem znalazłem się na miejscu,
      skąd widziałem zwracając się ku pn.wsch. klasztor Kamedułów na Bielanach, zaś ku
      pd.zach. z tego samego miejsca - klasztor Bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej;
      schodząc do Radziszowa, zauważyłem w centrum wsi, blisko kościoła, budynek,
      który z racji charakterystycznej bryły, wysokich okien zwieńczonych półkoliście
      (teraz pozabijanych deskami)... -nie mógł być niczym innym, jak tylko bóżnicą;
      dociera tam z Krakowa autobus MPK 206 - ale byłoby na niego czekać prawie 2
      godziny, wobec tego spacer na stację kolejową;
      pierwszy pociąg w stronę Kalwarii i Zakopanego, wsiadam do niego, żeby dojechać
      do Kalwarii, gdzie zatrzymują się także pospieszne;
      pociąg do Krakowa spotkałem wcześniej - w Leńczach na mijance, nim już do dworca
      głównego i stamtąd tramwajem do domu.
      W sumie prawie 9 godzin - choć początkowo nie planowałem aż tyle (gdybym nie
      opuścił szlaku - odjechałbym z Radziszowa najpóźniej o 17
      - szlak zielony wyprowadza prosto na stację).
      Znów miałem sposobność jeść i maliny (w lesie), i ostrężyny (jeżyny) na miedzach
      i na skraju lasu
      - dojrzał już też ich gatunek późnojesienny, dojrzewający normalnie na przełomie
      września/października, z owocami nie połyskliwymi, lecz matowymi (Mama miała na
      to osobną nazwę: "popielice").
      • ruda_kasia Re: Bezgrzeszne lata 24.07.08, 15:27
        Cudowne te Twoje opisy smile
    • luccio1 Re: Bezgrzeszne lata 25.08.08, 22:45
      W tym roku jak dotychczas nie pochodziłem sobie tyle, co w zeszłym. Jakoś nie
      mam siły. Wszystkiemu stoi na przeszkodzie "wypracowanie" do napisania w pracy
      (dzieje klasztoru Reformatów w Wieliczce - zbierając materiały do tej pracy w
      archiwum prowincji w Krakowie uświadomiłem sobie, że porwałem się na pisanie o
      świecie, którego do końca chyba nigdy nie będę rozumiał - no bo jak może
      szczęśliwy małżonek, który na dodatek znalazł swoje Szczęście w wieku mocno
      zaawansowanym, zrozumieć kogoś, kto dobrowolnie przyjął na siebie bezżeństwo z
      całkowitym wyłączeniem seksu, i w dodatku ubóstwo, i posłuszeństwo...).
      Na wakacje (Kreta) dopiero będziemy jechać. We wrześniu. Dawniej było to już "po
      wakacjach", startowała szkoła (gdzieś tam zostało wspomnienie krótkiej radości
      związanej z zaczynaniem nowego zeszytu z kolejnego przedmiotu w nowym roku
      szkolnym - zresztą zaszalałem tu na wątku poświęconym przyborom szkolnym dawniej
      i dziś) -
      - teraz zdaje mi się, jakbym żył wbrew naturalnemu biegowi pór roku
      (no bo wakacje dopiero przede mną).
      Nie żyję już od dawna rytmem lat szkolnych czy akademickich - żyję w takt
      kalendarza (od czerwca planowanie roku przyszłego z wielokrotnymi zmianami) -
      - i zazdroszczę Żonie: już emerytka, żyje w pełni własnym rytmem...
Inne wątki na temat:
Pełna wersja