Dodaj do ulubionych

Bibuła na kolorowej wstążeczce

11.03.08, 18:20
W zeszycie obłożonym w szary papier z nalepką. Do każdego przedmiotu
była inna wstążeczka. Na klejeniu tych wstążeczek i obkładaniu
zeszytów i książek spędzało się ostatni dzień wakacji.
Obserwuj wątek
    • luccio1 Re: Bibuła na kolorowej wstążeczce 11.03.08, 19:27
      Miałem już (Kraków, lata 60.) plastykowe okładki na zeszyty - do każdego
      przedmiotu inny kolor.
      Do książek były drukowane okładki papierowe ("Poczet Królów Polskich" Matejki,
      herby miast, grzyby, twarze najsłynniejszych pisarzy polskich...).
      • yanga Re: Bibuła na kolorowej wstążeczce 12.03.08, 21:43
        No bo Ty, Luccio, jesteś ode mnie znacznie młodszy. A z tymi
        wstążeczkami to faktycznie był szpan, nikt tego nie wymagał. I żaden
        szanujący się chłopak za Chiny Ludowe nie wieszałby bibuły na
        wstążeczce, to typowo damska moda była.
    • luccio1 Re: Bibuła na kolorowej wstążeczce 11.03.08, 19:52
      Co do tytułowej bibuły:
      nikt w żadnej ze szkół, do których chodziłem, nie wymagał, żeby była połączona
      wstążeczką z zeszytem - wystarczało, że się jej nie gubiło.

      Podobnie - mimo wymagania tu i ówdzie, aby pisać kolejne numery lekcji, i
      koniecznie słowo "temat" - panowała dowolność w sposobie podkreślania i w ogóle
      zaznaczania w zeszycie treści istotnych.
      Nikt nigdy nie wymagał szlaczków itp. rzeczy.

      Kiedy byłem już lata od szkoły, dowiedziałem się ze zdumieniem, że szlaczki w
      zeszytach do poszczególnych przedmiotów są mile widziane na Akademii
      Pedagogicznej im. Komisji Edukacji Narodowej (dawniej po prostu: Wyższa Szkoła
      Pedagogiczna w Krakowie). [Tak było przynajmniej w latach 80. - tuż po
      wprowadzeniu stanu wojennego].
      • ewa9717 Re: Bibuła na kolorowej wstążeczce 11.03.08, 20:38
        Pewnie ze nikt nie wymagał bibuły na sznurku czy wstążeczce, to się
        robiło z własnej woli, moze moda taka była? I tę wstązeczkę
        przymocowywało się ozdobnymi nalepkami i do zeszytu, i do bibuły.
        Chodziłam do szkoły w tych samych latach co luccio1, też pamiętam
        papiery z portretami królów, były i papierowe serie malarskie,
        kwiatowe, pewnie jakieś inne.
        Był tez taki rok (moze kole 1967?), ze ktoś chyba w kuratorium
        wyczytał, ze zielone uspokaja i moja szkoła zazyczyła sobie
        zielonych okładek na wszystko. To dopiero było! Bo młodzieży
        przypominam, że nie można było po prostu pójść do sklepu i kupić,
        zielonych okładek zwyczajnie nie było lub bywały rzadko.
        • luccio1 Re: Bibuła na kolorowej wstążeczce 27.03.08, 22:08
          ewa9717 napisała:
          > Był tez taki rok (moze kole 1967?), ze ktoś chyba w kuratorium
          > wyczytał, ze zielone uspokaja i moja szkoła zazyczyła sobie
          > zielonych okładek na wszystko. To dopiero było! Bo młodzieży
          > przypominam, że nie można było po prostu pójść do sklepu i kupić,
          > zielonych okładek zwyczajnie nie było lub bywały rzadko.

          Dwie pierwsze plastykowe okładki na zeszyty, zielone i przeświecające, kupili mi
          Rodzice w połowie kl. I - chyba na Boże Narodzenie 1961 (pierwsze zeszyty z kl.
          I, zachowane, są obłożone w herby miast). Przez te okładki można było przeczytać
          przeznaczenie zeszytu, tj. czy jest do polskiego, czy do rachunków, napisane na
          jego okładce.
          Druga seria okładek, jaką dostałem, to był przełom kl. IV/V - czyli rok 1965.
          Te były już nie przezroczyste - a że nijak nie dawało się przykleić do nich
          naklejek (odpadały), musiałem zapamiętywać po kolorach raz na zawsze,
          kolor-przedmiot (w tym układzie aż do końca liceum "zeszyt przedmiotowy" do
          polskiego nosił okładkę zgniłozieloną; zeszyt do matematyki [w liceum: do
          algebry] - okładkę koloru musztardowego z groszkową nierówną powierzchnią;
          zeszyt do fizyki - okładkę brązową; obie zielone okładki przeświecające nosiły
          zeszyty do angielskiego i rosyjskiego - można było rozróżnić je i po podpisach i
          po tym, że zeszyt do angielskiego zawsze był grubszy; reszta zeszytów nosiła
          okładki kupne papierowe z nadrukami typu grzyby, pisarze... bliżej matury
          przeszedłem na obkładanie zeszytów dwoma arkuszami papieru śniadaniowego, co w
          moim przekonaniu wyglądało szlachetniej).
          Te okładki posłużyły mi jeszcze przy zeszytach do notatek z poszczególnych
          przedmiotów na początku studiów - zanim nie zacząłem pierwszych samodzielnych
          pracek historycznych, do których zbierałem już materiał robiąc notatki na
          fiszkach układanych w dokładnie opisanych kopertach (studia odbywałem w epoce
          "przedkomputerowej").
        • jolunia01 Re: Bibuła na kolorowej wstążeczce 11.04.08, 11:41
          ewa9717 napisała:

          > Był tez taki rok (moze kole 1967?), ze ktoś chyba w kuratorium
          > wyczytał, ze zielone uspokaja i moja szkoła zazyczyła sobie
          > zielonych okładek na wszystko. To dopiero było! Bo młodzieży
          > przypominam, że nie można było po prostu pójść do sklepu i kupić,
          > zielonych okładek zwyczajnie nie było lub bywały rzadko.

          Ha, ha, ha!!! Później też nie było. W 1974 roku, w liceum, dostałam
          dwóję z geografii, bo chociaż podręcznik i zeszyt
          były "prawomyslne", to atlas był w niebieskiej okładce.
    • luccio1 Dawne zeszyty 07.04.08, 20:32
      Obłożone albo nie - wyglądały w porównaniu z dzisiejszymi jak "szare myszki" w
      zestawieniu z pięknymi, wystrzałowo ubranymi dziewczynami.
      Miały jednak jedną wielką przewagę: papier wewnątrz szarych, byle jak
      zadrukowanych okładek.
      Był to papier piśmienny satynowany klasy III, do którego atrament doskonale
      przylegał, nie rozlewając się i nie wsiąkając.
      Jako że wciąż jeszcze wykonuję różne notatki wiecznym piórem na papierze, w
      ciągu kilku ostatnich lat dokładnie wypatroszyłem moje stare zeszyty, wycinając
      strony nie zapisane i preparując z nich fiszki.
      • horpyna4 Re: Dawne zeszyty 08.04.08, 11:30
        Były też zeszyty z papieru kl. V, nieco tańsze. Papier żółknący i
        ciut siąkliwy.
        • luccio1 Re: Dawne zeszyty 08.04.08, 17:17
          Najlepsze były z Jeziorny, najgorsze - z papierni w Kluczach k. Olkusza. Gdzieś
          pomiędzy tymi skrajnościami Wrocław, Strzegom, Gdańsk...
          • minerwamcg Re: Dawne zeszyty 10.04.08, 02:58
            Pamiętam bure bruliony 96 kartek z napisem na okładce "Strzegom". Zawsze
            dopisywałam do tego "i pilnujom".
          • luccio1 Re: Dawne zeszyty 10.04.08, 23:25
            Mam też zeszyt, zszyty własnoręcznie przez Tatę z kartek A 4, kupionych jako
            "papier maszynowy".
            Ta produkcja domowa to koniec r. 1955. Zeszyt mieści notatki kronikarskie we
            własnoręcznie wyrysowanych przez Tatę rubrykach dziennych - lata 1956 i 1957
            (wkrótce po tym, jak pojawiłem się na świecie).
      • luccio1 Re: Dawne zeszyty 10.04.08, 20:48
        Jak pamiętam, żaden z "kupnych" zeszytów nie miał w tamtych czasach
        wydrukowanego marginesu - a wymagano.
        Trzeba było strona po stronie kreślić od linijki: albo ołówkiem zwykłym, albo
        czerwonym.
        Zależało od nauczyciela, czy wystarczyło stopniowo, wyprzedzając zawsze notatki
        o kilka stron, czy też cały zeszyt od razu, zanim się go zainaugurowało.
        • ewa9717 Re: Dawne zeszyty 10.04.08, 20:52
          Najczęsciej rzeczywiscie marginesów nie miały, ale nie mozesz
          twierdzić, że zaden nie miał, owszem, miewały. Mam kilka swoich
          dyktand i wypracowań z lat sześcdziesiątych, kartki mają marginesy:
          cieniutkie linie czerwone i fioletowoniebieskie.
          • minerwamcg Re: Dawne zeszyty 10.04.08, 21:00
            Prawda! Były zeszyty z gotowymi marginesami. Szesnastokartkowe w szeroką linię
            :) Nie mam pojęcia, po kiego grzyba takie były, ale były. Pewnego razu zawzięłam
            się, że nie będę rysować marginesów - i mój zeszyt do polskiego w ósmej klasie
            składał się z siedmiu czy ośmiu takich szesnastokartkowców złożonych do kupy.
            Moja kochana ś.p. wychowawczyni biorąc toto do ręki przyglądała mi się z troską
            - "czyś ty czasem na głowę nie upadła, moje dziecko?"
            • luccio1 Re: Dawne zeszyty 11.04.08, 12:29
              Tak jak sobie teraz przypominam:
              w tej szkole, w której robiłem klasy I-IV, nikt nie mówił słowa o
              marginesach, nikt ich nie wymagał.
              Spotkałem się z tym wymogiem nagle, zacząwszy klasę V w nowej szkole
              (zmiana szkoły wyniknęła ze zmiany rejonu w następstwie
              przeprowadzki; zresztą, w tej nowej szkole spotkałem znacznie
              lepszych nauczycieli - kilkoro z nich było przed wojną profesorami
              gimnazjalnymi).
      • luccio1 Re: Dawne zeszyty 10.04.08, 20:51
        Pamiętam też, że gdy nie dało się kupić zeszytu o wymaganej grubości, trzeba
        było kilka cieńszych zszywać razem.
        Mam zeszyt do matematyki (VI kl. podstawówki, r. 1966/67), zszyty przez Mamę z
        trzech zeszytów kratkowanych po 32 kartki (w sumie wychodziło prawie 100 - tyle,
        ile żądał nauczyciel).
        • ewa9717 Re: Dawne zeszyty 10.04.08, 21:07
          No ale to już indywidualny wyskok faceta. Nigdy nie widziałam, zeby
          ktoś kazał zszywać zeszyty. Owszem, byli tacy, którzy do zapisanego
          dołączali w tej samej okładce nowy, ale to z tego wzgledu, zeby w
          razie czego (nikt nam nie zapowiadał klasóweczek i sprawdzianów)
          mieć wszystko pod ręką :-)))
          • horpyna4 Re: Dawne zeszyty 11.04.08, 11:20
            Owszem, bywali nauczyciele, którzy wymagali zeszytów dokładnie
            takiej, a nie innej grubości. I niestety w latach pięćdziesiątych
            była to normalka, że za brak zeszytu o jedynie słusznej grubości
            dostawało się dwóję. A że przed rozpoczęciem roku trudno było
            przewidzieć wymagania wszystkich nauczycieli, to przez pierwsze
            kilka dni września w sklepach papierniczych były kilometrowe kolejki
            dzieciaków. Takich zakupów nie robili rodzice, smarkacz dostawał
            wyliczone grosze i zasuwał do sklepu. No i pojawiał się problem, jak
            po godzinnym odstaniu okazywało się, że nie ma zeszytów żądanej
            grubości z papieru klasy V, tylko droższe, klasy III.
    • luccio1 Przybory kreślarskie 11.04.08, 21:34
      W VII klasie dostałem "w spadku" od Taty prawdziwy przybornik kreślarski z
      cyrklami, zaopatrzonymi w wymienne końcówki do grafitu ołówkowego i do tuszu, z
      cyrklami z samymi tylko ostrymi nóżkami...
      Już w kl. VIII rysowałem nim z zapałem w zeszycie do geometrii (mieliśmy mieć
      osobny - gładki!).
      Razem z przybornikiem dostałem - też ze "zrzutu" dokonanego przez Tatę - trzy
      ołówki automatyczne na grafity różnej średnicy (najcieńszy: 1,3 mm, dziś nie do
      dostania; do dziś korzystam z zapasów zrobionych 50 lat temu przez Tatę);
      dostałem też przezroczystą plastykową linijkę z czarną linią poprowadzoną według
      dłuższej osi symetrii - pomocną przy prowadzeniu prostych równoległych, i dwie
      takie same ekierki: jedną na pół prostokąta, drugą na pół kwadratu.
      Tylko kątomierz miałem nieprzejrzysty - za to metalowy.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka