tak sobie siedzę i myślę, ze strasznie fajne były nasze dziecięce domowe
występy na dzień matki itp okazje. albo bez okazji

zwykle adoptowane z
akademii szkolnych w którcyh akurat jako nastolatka brałam udział.
strasznie śmiesznie było. każdy pokazywał co potrafił. były próby, scena,
kurtyna z koca...
rodzice mieli siadać na kanapie a my się popisywaliśmy.
- wierszyki z dnia nauczyciela odpowiednio przerobione dla nowego adresata

- mój brat, którey nie znosił żadnych wierszyków i piosenek gustował w innych
popisach i pokazywał "płaza". polegało to na tym, że z grobową miną jak pień
sztywny padał na poduszki. po prostu jakby był martwy. spróbujcie - to bardzo
trudne.
- w ruch szły wszelkie układy "akrobatyczne", a tata siedział jak na
szpilkach i piszczał "ostrożnie" jak by budowaliśmy żywą piramidę angażując i
najmłodszego.
- no i rzępolenie na gitarze...
- albo scenki z życia rodziny. kabareton jakich mało. szkoda, ze nie mieliśmy
wtedy kamery... kostiumy mieliśmy bombowe - np z choinkowych ozdób, z
ręczników, papieru toaleotwego...
ech.... fajnie...
super wspomnienia. naprawdę.
piszcie jak u was.