akownik
13.06.05, 14:51
W wątku :3 migdał i.... wywiązała się dyskusja o autorytetach.Przenoszę ją tu
albowiem wydaje mi się,że warto o tym porozmawiać,a nie tylko bawić sie w
pogotowie.
Po pierwsze chciałbym zaznaczyć,że nie uważam siebie za autorytet.
Po drugie uważam,że istnieje tylko jeden sposób sprawdzenia skuteczności:to tzw
praktyka przy łóżku chorego.Za nic mam tu czy ktoś jest profesorem,tzw uznanym
autorytetem itp.
Najbardziej lubie dyskutować opierając sie na przykładach.A jeżeli jeszcze
są to przykłady moje a nie zasłyszane to lepiej bo znam więcej szczegółów.
Więc najpierw przykład:kobieta z wypadnięciem jądra miażdżystego.Ma to już
od dłuższego czasu.Chodziła do różnych
lekarzy:neurolog,ortopeda,chirurg...Wiadomo,że tonący brzytwy się chwyta,a
operacje na kręgosłupie niosą ze sobą element ryzyka.I co sie okazało?Ze tej
kobiecie mogłem pomóc,pomogłem,w ciągu pół godziny.Do gabinetu weszła z
laską,wyszła bez laski.I tak już kilka dni.Czyli gdyby ci uznani zrobili to
samo co ja,a wierzcie mi,że byli w stanie,ja nie zrobiłem nic nadzwyczajnego,i
gdyby zrobili by to zaraz na początku to kobiecie nie groziłaby
operacja.Pomimo tego,że autorytety stwierdziły,że nie da się nic zrobić to
kobieta nie uwierzyła im.To prawda,że czasami dowiadujemy się o pewnych
możliwościach zbyt późno.Czasami nic nie można już zrobić.Ale zawsze warto
szukać,bo ci ktorzy sa dziś uznani,kiedyś byli nieznani.Tylko zatracili często
pasję uczenia się,poznawania nowych,innych możliwości.
Najgorsze jest to,że ta kobieta to niejest jedyny przykład,niekoniecznie z
mojej praktyki.Mam na myśli historie,kiedy byłem naocznym świadkiem tego co
można zrobić w sytuacjach,kiedy autorytety rozkładały ręce.
Dlatego trzeba ciągle szukać i nie poprzestawać na opinii uznanych.