Zalozylam niedawno watek, ze guzik a nie oszczedzam. Ale zapomnialam
o jednym waznym aspekcie: gosciach.
Owszem, mieszkam sobie sama, nie mam meza ani dzieci.
Ale srednio 2-3 razy w tyg. mam odwiedziny moich siostrzencow. Do
tego dochodza odwiedziny znajomych (nie tak czesto), rodzinki czy
sasiadki.
Patrzac na zeszly tydzien, to 60% tego, co kupilam, nie zostalo
zjedzone przeze mnie.
O dziwo, dopiero teraz, kiedy zapisuje wydatki, to dostrzegam!
Jeden z moich siostrzencow (a jest ich trojka) czesto przychodzi
zaraz po szkole. Bywa glodny, wiec jadamy razem. Jako, ze siedzi do
wieczora, to w miedzyczasie cos lubi przekasic.
Do tego dochodza kawki, herbatki i ciasteczka dla gosci. Czasem
zrobie jakas kanapke, poczestuje ciastem lub obiadem. Okazyjnie tez
musi byc jakies winko czy likier.
Nie zdawalam sobie sprawy, ze odwiedziny ludzi to taki wydatek!
Ale ja nie chce byc skapa! Chce byc oszczedna!
Od razu zaznacze, ze moja goscinnosc jest od serca i tez mi tu
trudno kalkulowac.
Nie wyobrazam sobie tez sytuacji, ze mam gosci i siedza caly wieczor
przy jednej szklance herbaty. Dla mnie bylby to horror.

Jak kupie kartonik soku czasem dla siebie, to starcza mi na 2 dni. A
jak przyjda dzieci, to wypija w jedno popoludnie. Robienie kanapek
dzieciom, bo zglodnialy, tez niestety kosztuje. No i caly moj plan
idzie w leb. Juz wiem, czemu ciagle cos dokupuje!
Moze wiec sa jakies sposoby, jak tu troche zaoszczedzic przy
gosciach, nie bedac jednoczesnie sknerusem?
Czekam na Wasze sugestie, nie tylko pod katem mojej sytuacji, ale
ogolnie.