konstatacja
10.01.07, 14:19
Ostatnio nie mam ochoty nikomu sie pokazywac na oczy, tym bardziej robic
sobie zdjec. Moze to zima, moze to tylko pretekst, ale przytylam troche i nie
mam motywacyjnej sily, zebo to z siebie zzucic - mam trudnosci z patrzeniem
sie na siebie w lustro z duma i taki amerykasnik hurra optymizmem pod
tytulem "dasz sobie rade!"
Chodzi o to, ze moze i dam, ale patrzac sie na siebie widze przede wszytkim
to, jak kogostam zranilam - jak ta osoba w lustrze znow kogos rozczarowala.
I trace wszelka energie.
Nie chodzi chyba o to, ze pewnych rzeczy nie umiem sobie wybaczyc. Chodzi o
wszechogarniajace poczucie winy i jakas chwilowa nadwrazliwosc, poddawanie
sie kontaktom z innymi jakby bez kory.
Wszystko wywiera na mnie wplyw po prosty i w zasadzie wystarczy dmuchniecie,
a ja sie zamykam w sobie. Wystarczy jeden drwiacy usmiech i nieumiejetnosc
podejscia do mnie - smieszne to troche, w koncu nie wscy, z ktorymi sie
stykam pobierznie musza byc emocjonalnie bardzo otrzaskani w tym temacie,
niemniej ja tak jakbym stosowala w tym wzgledzie negatywna selekcje.
Jesli naciskasz mi na odcisk, buduje miedzy nami szklany mur i mimo tego, ze
z powodow profesjonalnuyh musimy przebywac w jakiejs tam relacji czy
bliskosci do siebie, ja, ze swoja dluga praktyka separowania sie od problemow
jestem w stanie sie od danej osoby odciac.
Jedno nacisniecie na odcisk, ja zaczynam unikac i zapamietuje po prostu
niemal na zycie.
Nie jestem wcale z siebie dumna i nie zblizam sie do ludzi, bo mi za siebie
wstyd. Tak po prostu.
Konstatacja