Gość: edyta
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
09.08.08, 21:08
Jesteśmy na lobos.........
Laguna - Cudo istne. W popołudniowym świetle zupełnie inaczej
wyglądała….kolory jasno błękitne, woda przezroczysta odbijająca
promienie przez co radosna, zapraszająca do kapieli. Ja przestałam
być głodna , dzieciom wyjęłam kolejną bułkę w które zawsze jestem
zaopatrzona ciuszki szybko zrzuciłam i do wody. Można było kręcić
film błękitna laguna.
Kupiliśmy bilety na Lanzarote więc wyjścia nie ma jechać trzeba Za
4 osoby i samochód zapłaciliśmy 140 euro. Wstajemy wcześnie rano by
wsiąść na pierwszy prom ponieważ sami napięliśmy sobie program a
znając siebie i mając doświadczenie z poprzednich podróży
wiedzieliśmy ż wiele zwiedzimy nadprogramowo.
W hotelu zapomnieli przygotować nam prowiant mimo zgłoszenia więc
śniadanie zjedliśmy na promie. Ceny nas zaskoczyły Czytałam ze jest
tanio ale żeby aż tak? Nie pamiętam kiedy piłam kawę za 1 euro…Prom
ten tańszy a bardzo przyjemny. Wygodne kanapy, fotele i stoliczki.
Tarasy na zewnątrz do wyboru. Czas minął błyskawicznie. Cała wyprawa
z załadunkiem i wyładunkiem trwała 45 minut. Sam przepływ około 30
min. I w gaz….Plan przecież ambitny ale bez parcia . Wiemy ż jeśli
nawet nie wszystko nam się uda zobaczyć będziemy się cieszyli . Dla
nas ważne było udanie się na tę wyspę samodzielnie. Nie lubimy
musztry na wakacjach a pamiętamy wyjazd do Kapadocji …trzeba
zwiedzać tyle ile przewodnik zaplanował a nie tyle ile kogoś
interesuje. Lanza to nie Kapadocja i tak na pierwszy ogień El Golfo-
nie ma tego w wycieczce organizowanej a szkoda naprawdę niewiele się
naddaje drogi. Wczesna pora…byliśmy tam sami Senne jeszcze
miasteczko i spokojny ocean z lekka uderzający falami w cudowne
czerwone skały. Dróżką wśród tych właśnie skał docieramy do celu. 3
minuty;) Widok zapiera dech. Już wiemy że będzie cudownie – El golfo
na początek to zapowiedź udanej wycieczki. Wspaniałe samo jeziorko z
algami ale i otoczenie. Wokół cisza…a przed nami skały granatowy
ocean, stalowa plaża i zielona plama jeziorka. Kolory w kadrze
rozbrajają . Zdjęcia wychodzą piękne. Na razie bez pośpiechu wracamy
do samochodu i jedziemy oglądając innego koloru niż na Fuerte
wulkaniki. Gdy wjechaliśmy do pierwszego na naszej trasie
miasteczka- Yiaza spokojnie bez pośpiechu poszliśmy na spacer,
zrobiliśmy zdjęcia. Miasteczka są ładniejsze niż na Fuercie.
Uporządkowane estetyczne, urokliwe zieleńsze….Wszystkie z białymi
domkami i zielonymi oknami i drzwiami. Jak artysta nakazał. Trzeba
przyznać że robiło to na nas wrażenie. Park Timanfaya
potraktowaliśmy jak element konieczny wycieczki, ale żebym
szczególną na niego ochotę miała…chyba nie…może za dużo czytałam
Wszędzie o nim piszą, wszyscy do niego jadą. I tu szok! Najpierw
zatrzymaliśmy się przy wielbłądach bo nie wiedzieliśmy dokąd
jechać . Szybka komunikacja anglo-hiszpańska i azymut obrany. Bilety
dla całej rodziny 20 euro. Docieramy do parkingu a już woła nas gość
z obsługi i kieruje do autokaru. Super ..a pisali ze samemu nie
jeździ się do parku bo trudno dostać się do autokaru. A tu taka miła
niespodzianka. Może dlatego ze byliśmy dość wcześnie. I zaczęło
się ! To było coś niesłychanie wspaniałego. Nie sądziłam ze objazd
autokarem po wulkanach aż tak nam się spodoba. Widoki zapierały
dech. Kratery zastygłe lawy, serpentyny dróg wijące się do szczytu
wulkanu. Biegaliśmy z prawej do lewej z aparatem. Wiele osób narzeka
na taką formę zwiedzania, a ja sądzę ż e to jedyna możliwa. Drogi
trudne kręte bez możliwości zawracania. Czy wyobrażacie sobie ten
bałagan gdy osobówki zaczną zatrzymywać się gdziekolwiek? oglądać w
różnym tempie? Gdy wróciliśmy zaczęły się pokazy geotermiczne.
Wlewano do dziur wodę i buchała para, wkładano sianko i zapalał się
ogień. Pewna pani straciła kapelusz. Cóż zapalił się To na dowód ze
lawa i wysoka temperatura są kilka 4 km poniżej. Grill na lawie
również stanowił atrakcję. Nie zjedliśmy kurczaka z lawy bo czas
oczekiwania nam na to nie pozwolił.
Wyjazd z parku ciągnął się przez pola czegoś co początkowo brałam za
winogrona, ale nimi nie było. Sposób uprawy ciekawy. W zagłębieniach
otoczone murkami z kamieni wulkanicznych chronione przed wiatrem.
Doskonałe korzystanie z darów natury. Ekonomicznie i harmonijnie
komponując się z otoczeniem. Mieliśmy jechac bezpośrednio do jaskiń
przez Harię ale…zobaczyłam drogowskaz na winnice w rejonie Geria – 5
km…nad czym się tu zastanawiać – zmiana kierunku i szukamy winnic .
Przez Tinajo i Tiaqua Tao . Zatrzymaliśmy się na kilka winogronem i
zdjęć, a potem w Bodedze kupiliśmy semi dry. Jak to w zwyczaju bywa
najpierw musieliśmy zjeść winogrono potem zakosztować wina a
następnie zabrać buteleczkę i zapłacić 5 euro .
Kolejny przystanek Tequile – jesteśmy trochę głodni. Z daleka witają
nas dwie wieże. Jedna z nich jest typową Hiszpańską dzwonnicą –
wersja Wojtka – mówi to chyba się zna Miasto śliczne. Rozbroiły
mnie te urokliwe miasteczka.. Parkujemy i wchodzimy do pierwszej
knajpki. Wychodzimy . Wchodzimy do innych Wracamy do pierwszej .
Siadamy i nic. Prosimy o kartę dajemy do zrozumienia ze chcemy
zamawiać. Nic. Słyszymy kilka razy momento i nic. No ja wiem ze to
Hiszpania ale mój temperament jest jeszcze bardziej południowy.
Idziemy dalej . Wchodzimy w stare miasteczko . Rewelacja. Znajdujemy
schowaną w sklepiku knajpkę- piękną z rzeźbami miłym kelnerem,
szybką reakcją, pysznym jedzeniem i strasznie obfitym. Zamawiamy:
wołowinę , kurczaka, frytki, wodę mineralną naturalną i gazowaną i
ziemniaczki…a dostajemy osobno frytki wołowinę z frytkami, ½
kurczaka! z frytkami ziemniaczki i sosy i wodę niegazowaną. Chyba
musze popracować przed następną przygodą z Kanarami nad tym moim
hiszpańskim. Było dużo dobre i nie szkodzi ze nie dokładnie to co
zamawialiśmy. Sosy bomba. PO obiedzie oglądamy starówkę. Po drodze
innej już ale też do HARII drogowskaz na ogród kaktusów i znowu
zbaczamy z drogi. Co tam! Czas dobry benzyna w baku...jedziemy . A
tu niespodzianka. Jak w Kapadocji formacje skalne. Super zabawa z
aparatem Mały szaleje . Ostańce skalne wyglądają wspaniale. Są szaro-
stalowe z jamkami i jamami w środku pomiędzy które dzieciak się
wciskał. Między Guatiza a Mala wita nas ogród kaktusów. 12,5 euro za
rodzinę i dzieło Cezara M ukazuje się naszym oczom. Dla mnie było to
najpiękniejsze miejsce. Nie żebym uwielbiała kaktusy…po prostu
architektoniczna doskonałość. Niczym amfiteatr w którym zamiast
widzów zasiadają kaktusy w liczbie odmian 9700, śliczne oczka wodne,
skałki porastające pnącymi odmianami, doskonale schowana restauracja
i wiatrak. Wspinaliśmy się na samą górę by podziwiać panoramę nie
tylko ogrodu ale wyspy w ogóle i musze powiedzieć że stan wiatraka
idealny. Kaktusy SA piękne- nie wiedziałam o tym. I nie sądziłam ze
mam je w ogrodzie Były tam też takie które pamiętam z dobranocek o
Bolku i Lolku na dzikim Zachodzie. Podsumowując – przez przypadek
nie planowo zobaczyłąm efekt doskonałej współpracy architekta z
biologiem. Jedziemy do jaskiń……….