Kupilam wczoraj stawarsom wolowine, jak zwykle

akurat spora promocja byla na konkretny rodzaj miesa, tzw malaya. Jakos nigdy nie przygladnelam sie blizej rozbiorowi tuszy wolowej na lokalnym rynku, czerwone mieso jadam od czasu do czasu tylko ja i goscie

a wtedy kupuje kawalek poledwicy, wiec nazwa nic mi nie powiedziala.
Starwarsy odkad rozkochaly sie w wolu musialy owa poledwice zamienic na jakis inny kawalek, troche mniej kosztowny (choc i tak cena poledwicy z argentyny czy urugwaju nie jest porazajaca). Bardzo lubia antrykot z brazylii

.
No, ale akurat cena na owa malaye byla na tyle kuszaca, a kawalek miesa ladnie sie prezentowal w opakowaniu prozniowym, ze dwie porcje ponad kilogramowe kupilam.
Po rozpakowaniu okazalo sie, ze to cienki a duzy plat miesa, przerastany tluszczykiem, łata wolowa, chyba. Skroilam im kawalek, nie zjadly. Ok, wujek Starszy jak zostaje sam to sypie suchego po brzeg miseczek, zeby wibrysami miseczek nie dotykaly, bo nie lubia tego koty jak wyczytal

wiec przezarte bestie byly.
Ale na kolacje, gdzie normalnie tancza wokol mnie jak kroje im wolu i prowadza do siebie wesolo pokrzykujac, tez nie zjadly.
Czyli im mnie smakuje, za duzo tluszczu? Nieswieze (termin waznosci jeszcze dlugi) ? Niedobre bo lokalne mieso? Ki diabel?
W kazdym razie trzeba im kupic ten nieszczesny brazylijski antrykot, a ja cos z tej laty musze dla siebie samej wymyslic, ale co? Pomozcie
Zamarynowac, zrolowac, upiec? Zmielic jedna czesc, zrolowac w drugiej, upiec?
Twarde to bedzie?
Normalnie bym dokupila jakiejs lopatki wieprzowej zmielila razem i bylby zapas mielonego, ale chlopaki nie jedza ani wolu ani swini.