Musiałam wczoraj mojej przylepeczce Tosi zrobić lewatywę. Bidula nie robiła kupki już 4 dni, wcześniej nieco pawiowała, ale na pawika dostała pastę odkłaczającą, parafinę, i trochę oleju do jedzonka. Ale apetyt miała też już nie halo...
I wczoraj, kiedy zdecydowanie odmówiła kolacji, wzięłam kotę, mojego psioczącego(i wyzywającego mnie od dr. Mengele) Misia i zrobiłam. Tosię zawinęłam doszczętnie w gruby sweter, wystawiając tylko dupeńkę. Ależ ta bida się darła. Koty pod drzwiami łazienki poszalały i hurtowo usiłowały te drzwi wyważyć, nawet indywidualistka Edzia solidarnie stała pod drzwiami.
Po lewatywce zostawiłam oburzona Tosie samą w łazience. po 10 minutach kupa była w kuwecie, a Tosia obraziła się tylko na jakieś 10 minut. Zjadła lekką kolacje, za to spała snem kamiennym do 10 rano. A na śniadanie zjadła swoją porcję, dokończyła po pozostałych, popiła jogurtem i poszła spać. Jest jak nowa