Dziś pierwszy dzień Chanuki, ale u nas cud się nie zdarzył... Ziutek odszedł dziś w nocy. Przyszedl do mamy, przytulil się, miauknął, i... już.
Nic go nie bolało, do końca byl przytomny, rozglądał się i gadał. Tyle że był bardzo slabiutki.
To był niezwykły kot. Pewnie jak każdy w sumie

Urodził się w listopadzie 2000, od niemowlęcia byl zgryzliwym, leniwym kocurem, i tak mu zostało. Mąż mówi, że Ziutek tylko raz miał zryw szaleństwa - z kumplem wybrali się na podryw, a może na bojke? Ziutek z tej nocy wrócił z postrzepionym uchem, i od tamtej pory NIGDY taki wypad się nie powtórzył! Każda noc w domu, blisko miski i łóżka. Na stare lata nauczył się nawet wspinać w nocy na balkon, żeby go wpuścić do domu. Był też wielkim miłośnikiem ciepła - 2 razy zajął się ogniem od kominka, bo siedział na gzymsie i nawet kiedy w futrze wypaliła się już żółta plama, Ziutek nalegal, aby pozwolić mu tam zostać
Kiedy wyjechaliśmy do Anglii, Ziutek przez jakiś czas mieszkał w naszym domu z Mietkiem i moimi rodzicami. Potem zachorował i odszedł Mietek, a moi rodzice musieli wrócić do Wrocławia. Ziutek został, miał opiekę, ale nie chciał mieszkać z ludźmi, którzy tam zostali. Spał na strychu, po krzakach... Ze dwa miesiące się tak tulal. Nie poszedł do babci męża, ani do jej drugiego syna, których znał od kociaka. Miał swoje zasady. Moja mama codziennie myślała, co z nim, i płakała... W październiku nie wytrzymali i pojechali po niego. Przyjechał do Wrocławia i świetnie się odnalazł w roli kota kanapowego.
Po dwóch tygodniach tamtej sielanki zmarł mój tato, który był w Ziutku zakochany do szaleństwa. Teraz oni są tam, a ja tu... Serce mi dziś znowu pękło.
Do zobaczenia, Ziucinko 💜💜💜💜💜💜