Jestem tu pierwszy raz, zdziwiona, że pewne sytuacje z mojego życia, które
uważałam dotąd za dziwne i pozbawione logiki, spotykają też innych
Mojego (ex)partnera poznałam kilka lat temu.
Bida z nędzą, "porzucony"- jak wówczas opowiadał przez dziewczynę, z którą
miał 3-letniego synka.
Dziewczyna była juz w kolejnej ciąży z kimś innym więc całą sytuację uznałam
za moralnie czystą, a instynkt opiekuńczy, a także to, że sama po nieudanym
związku bardzo potrzebowałam czyjegoś "kocham cię" sprawiły, że w zamian za
rzeczone "kocham" weszłam w tą relację szybko i bez zastanowienia.
Mieszkaliśmy ze soba rok, u mnie.
Moje kontakty z jego synkiem były więcej niż poprawne choc muszę przyznac, że
zdarzało mi się byc o niego zazdrosną, a także ubolewac nad tym, że rodzina ex
(mama i babcia) poważnie traktują jedynie dziecko, mamę dziecka, a nawet jej
drugie dziecko.
Mnie lekceważyły.
Zaszłam w ciążę.To nie była wpadka, ani premedytacja. Raczej alkohol i
bezmyślnośc. Poroniłam.
Wtedy zaczęły się schody. Opieka nad jego i innej kobiety dzieckiem stała się
nie do zniesienia wobec faktu, że moje własne dziecko nie żyje.
Ex nie potrafił tego zrozumiec. Wszelkie racjonalne przesłanki nakazywałyby
już wtedy zakończyc ten związek...
ale ja nie byłam racjonalna i na fali rozpaczy po straconej ciaży powołałam
(wespół z Ex) do życia moją córkę.
Druga ciąza była zagrożona. Spędzałam ją w łóżku, sama, bo ex nie podzielał
mojego lęku/ oczekiwania/ entuzjazmu związanego z tym stanem. Uciekał w pracę,
wyjazdy, spotkania z kolegami.
Weekendy spędzał u babci opiekując się synem, bo jak tłumaczył: "Tamte dziecko
już jest. A twojego jeszcze nie ma".
Po porodzie w miarę dobrze było tylko przez chwilę.
Szybko zaczęły się standardowe problemy prowadzące do rozpadu związku:jego
znikanie na noc, brak zaangażowania w opieke nad córką, moje wyrzuty, płacz,
awantury.
Wciąż weekendy, wakacje, Wigilię spędzał z synem, mamą i babcią, a ja z
dzieckiem sama u mojej rodziny.
Moje relacje z jego synem stawały sie coraz gorsze z powodu narastającej we
mnie POTWORNEJ zazdrości w stylu "gdyby tamtego dziecka nie było, może
wszystko ułożyłoby się lepiej".
Nasze rodziny przestały utrzymywac ze sobą jakikolwiek kontakt.
Pojawiła się walka o pieniądze. Ex pomimo tego, że regularnie płacił alimenty
na syna, nie uważał za stosowne jakkolwiek partycypowac w utrzymaniu córki.
Trafiliśmy do sądu. Przestaliśmy razem mieszkac.
Mimo to ciągnęłam ten związek dalej ("a nuż wszystko się zmieni?""nie chcę byc
sama") aż do stanu gdy ex zaczął postrzegac mój dom jak burdel, do którego
okazjonalnie przychodzi się na noc, by potem na tydzien zniknąc i nie odbierac
telefonu.
Moja córka ma już 2,5 roku.
W te Święta postanowiłam definitywnie zerwac związek z jej tatą.
Mam tylko problem. Wypadałoby mądrze rozwiązac kwestię ich wzajemnych
kontaktów, a ja mam w sobie tyle żalu i w tej chwili...chyba...nienawiści do
Ex, że nie potrafię nawet odebrac od niego telefonu. Dziecko przekazujemy
sobie przez jego matkę. Dośc rzadko.
Dziś dostałam sms-a, że "chciałby nas odwiedzic ze swoim synem"..
ale ja już wiem, że nie mogę tego ciągnąc.
Marzę o ty żeby kiedyś miec mądrze kochającą się rodzinę, męża, moze nawet
drugie dziecko, ale po tym wszystkim co się stało nie wierzę, że coś takiego
może mi się jeszcze przytrafic.
Mam 26 lat, a czuję się jakbym miała 62
Piszę to troszkę po to, by się wyżalic, a troszę ku przestrodze wszystkim
Macochom zakochanym we wrażliwych tatusiach po przejściach i ich uroczych
małych synkach.
W życiu trzeba się kierowac wyłącznie rozumem, a nie emocjami.
Pozdrawiam.