Witam Was wszystkie bardzo serdecznie,
Jak wynika z tytułu-jestem nowa. To moj pierwszy wpis, aczkolwiek
czytam Was juz od dawna. Dzięki temu forum udało mi sie znalexc
światełko w tunelu

po pierwsze wiem ze byćie macpchą jest trudne,
ale nie musi być "parszywe". Po 2. wiem ze inni też mają takie
problemy jak ja. No moze nie aż takie

Jestem macochą od lat 3.
Obecnie unikam kontaktów z pasierbicą jak ognia. Początkowo tak
właśnie było. POtem postanowiłam chwycić byka za rogi ( mam na myśli
siebie i swoje podejscie, nie pasierbicę), ale potem odeszłam od
tego pomysłu bo to byłą jakas masakra. Oczywiscie tak jak Wy, kocham
mojego NM, ale delikatnie mówiac mam problem z dzieckiem. Swojego
nie mamy i powiem szczerze ze jak myślę o tym, ze on jedno ma, to
autentycznie odechiewa mi sie macierzyństwa. Zaskakujące
skojarzenie. Młoda- ja nie-matka. Młoda ma lat 9. Nie była
wychowywana przez swojego ojca nigdy, bo jest wpadką, z młodości,
podobnież wywołaną wyrachowaniem matki. Nie wnikam. Nie wiem tego od
niego, ale przypadkiem od postronnych ludzi- swiat jest maly i tyle.
on potem chcial się zajmować, ale nie być z nią. Ona sie wściekła i
przez kilka lat uniemozliwiqal mu ontakty , tak wiec widzial się z
dzieckiem sporadycznie. Potem odpuscila i widzial sie z nia czesciej
aczkolwiek mam wrazenie ze potem to jzu raczej byla kwestia poczucia
odpowiedzialnosci. Moge sie mylic. No i w tym jestem ja. Która nigdy
nie sadziła ze związe sie z facetem z dzieckiem. okazalo się ze
spotkałam milosc życia. On dość szybko powiedział mi o dziecku-
jakos po 1,5 miesiaca. i zapytal czy to dla mnie nie problem, a ja
wtedy glupia poweiedzialam ze chyba nie. Chociaz juz wiedzialam ze
mogą byc ze mną problemy. MIalam nadzieję, ze jakos dam radę. nawet
nie potrafię wytlumaczyc o co mi chodzi. bo przeciez nie jestem
zadzrosna o dziecko. w sensie jestem ale nie wiem czy mozna nazwac o
zazdroscia taka jaka znamy. jest to jakas masakra w kazdym razie. i
czasem jest ze mną lepiej, czasem jest tak jak dzis, ze chce mi sie
ryczec, wyc pakowac walizke i uciekac. tylko przez to ze on ma
dziecko, a to przeciez wlasciwie nic. dochodzi do tego jeszcze fakt,
ze to dziecko jest straszne. Najp[ierw myslalam ze moze jestem zle
nastawiona, ale postronne żródła powteirdzają, ze tak irytującego
dziecka, tak absorbującego, wkurzającego, męczącego, to ze świecą
szukać....to utrudnia kontakty

tak strasznie zadzoszczę tym z Was,
które tak swietnei sobie radzą. tak bardzo tez bym tak chciała. i
nie wiem jak to zrobić. Byłam u psychoterapeuty, ale sesje nic nie
dawaly. żadnego włąściwie efektu.nic się nie poukladalo a wlasciwie
potem zrobilo się nawet gorzej. wiec przewrwalam terapie. i nawet
nie mam z kim o tym porozmawiac. muszę przyznać, ze ulzylo mi to
wywalenie z siebie chcoiaz cząstki tego co sobie uzbierałam przez
cały czas. powiedzcie mi, jak wy to robicie, że wy spbie radzicie?
wiem ze problem tkwi we mnie, nie w dziecku albo nim. wiec co
zrobić? bo przeciez coś musi się dać zrobić..!! ależ sie
rozpisałam...