W zasadzie nie piszę, by otrzymać jakies rady -choć oczywiście chętnie poczytam o doświadczeniach innych "macoch". Trafilam na to forum jakiś czas temu, jednak tylko czytalam (już to pomoglo mi co nieco ulożyć w glowie). Teraz chyba czas na "wygadanie się".
W kręgu najbliższych nie mam za bardzo komu się ze swoich obaw, emocji zwierzać. Mama, mimo że wspiera, stara się nie mieszać w nasze sprawy, akceptuje nową sytuację- jednak zdaje sobie sprawę z trudności jakie stanęly przede mną i zwyczajnie się martwi, choć wprost tego nie mowi; przyjaciele, znajomi wspierają również, ale w sumie nie rozumieją mojej sytuacji i traktują mnie jak jakąś bohaterkę-a ja nią przecież wcale nie jestem, bo mam swoje lęki, strachy przed "nowym". Żadna ze mnie Matka Teresa.
Dlatego też ucieszylam się mocno, kiedy znalazlam to forum. Z nieba mi, dziewczyny spadlyście.
Nasza historia jest dość zagmatwana i nietypowa, jak sądzę, boję sie nawet, że na tyle-by latwo mógl mnie ktoś zidentyfikować

dlatego pominę niektóre szczególy, wybaczcie.
O tym, że mój M ma dziecko, tzw. "kawalerskie", dowiedzialam się praktycznie na pierwszym spotkaniu z nim. M nie byl wtedy zbyt odpowiedzialnym czlowiekiem, dziecko bylo szczeniacką wpadką (wiem, wiem, źle to brzmi), z matką dziecka, nieletnią z resztą wtedy, nigdy nie byl w zwiazku, choć ...chcial. Ona nie bardzo. Dziecko trafilo do rodziny zastępczej (babci dziecka). Matka mieszkala z nimi. Szybko znalazla sobie nowego partnera, wyszla za mąż, urodzila drugie dziecko.
Ja dość poważnie podeszlam do kwestii ojcowstwa mojego M. Mimo, że to dziecko, bylo w rodzinie tematem tabu (malo kto wiedzial o jego istnieniu), poniekąd z mojej inwencji zostalo "odczarowane" - M i jego rodzina (ja również, z resztą) zaczęliśmy Mlodego, wtedy kilkuletniego, poznawać, spotykać się. Wyglądalo, ze jakos wszystko sie uloży. Niestety, kiedy wzielismy slub i zaszlam w ciażę w rodzinę mamy Mlodego coś wstąpilo. Zaczęli utrudniać kontakty z Mlodym, zrobili też wszystko, żeby nam dowalić finansowo. I nie chodzilo im o pieniadze na dziecko, chodzilo im o dowalenie nam. I udalo im się to doskonale. Nie chcę tu wywlekać szczególow-chcialam tylko naszkicować, dlaczego kontakt z Mlodym się urwal-na wieeeele lat. Oczywiscie zawsze można bylo zrobic wiecej w walce o kontakt, ale naprawdę bylo trudno, tym bardziej, ze M nie byl z Mlodym ani z jego matką związany emocjonalnie, ja tym bardziej. Mialam malenkie dziecko, komornika na glowie, nie ze swojej winy itd.
Z czasem nasze życie jakoś się ulozylo, okazalo sie ze komornika mielismy na glowie wbrew prawu, dlugi cofnięto, zaczęlismy jakos normalnie funkcjonowac. M okazal sie odpowiedzialnym, pracowitym czlowiekiem, zycie toczylo sie swoim rytmem. Brak kontaktu z Mlodym byl swojego rodzaju naszym (o dziwo moim też), wyrzutem sumienia. Jednak w glowie mielismy slowa jednej z kuratorek, z ktorymi przyszlo nam rozmawiac - ze nie wolno dziecku mieszac w glowie;ze albo M bedzie tatą na calego, albo lepiej dla dziecka jak zniknie i tylko będzie placil alimenty. A my/on juz raz nawalilismy z kontaktem, a Mlody mial pelną rodzinę, przyrodniego brata, dobre warunki finansowe-lepsze niż my.
Lata mijaly.
Aż tu nagle jak grom z jasnego nieba przyszlo wezwanie do sądu , z urzędu, bo mąż matki dziecka chce jej ograniczyc prawa rodzicelskie-do obu chlopakow.
Duzo gadaliśmy z M przed sprawą. Choć wydawalo się, ze M jedzie tam pro forma, bo bylo niemal pewne ze prawa rodzicielskie mu sąd ograniczy, to liczyliśmy na to, że to okazja żeby nawiązać kontakt z Mlodym, a przynajmniej okazja, by dowiedzieć się, czy on tych kontaktow chce (jest teraz wczesnym nastolatkiem).
To, co się wydarzylo na sprawie, zaskoczylo wszystkich. Otóż Mlody po krotkiej rozmowie z M uznal, że chce spróbowac z nami ...zamieszkać. Ojczym zajęty walką z żoną o wlasnego syna, odpuscil walkę o pasierba-wręcz nam ulatwia wszystko. Matka na sprawie przystala na decyzję dzieci, ze chcą zostać z ojcami.
Dla mnie to byl szok, kompletnie się tego nie spodziewalam. Nikt się nie spodziewal. Wiecie, z jednej strony radość, bo wiem jak M się gryzl ze sobą, że tak sytuacja wyglada, z drugiej masa wątpliwości.
Mlody zacząl przyjezdzac do nas na weekendy, ukladalo sie nad wyraz super. Jednak im dluzej z nami przebywal tym wiecej rzeczy zaczelo w nim przeszkadzac. Nie tylko mi. Nie chodzi tylko o to, ze to zywiolowy malolat, niemal jak ADHD.Nie chodzi nawet o to , ze ma kompletnie inne zasady czy styl bycia niz my. On nas...inwigiluje.Non stop. Nie moge zostawic na minute otwartego kompa, bo czyta wszystko. Zero skrupulow. Upomniany, przytakuje, przeprasza, ale potem robi znow to samo. Podsluchuje rozmowy telefoniczne, mimo, ze podkreslamy, ze jak on gada przez tel, to moze isc do pustego pokoju i tam rozmawiac do woli, bez stresu ze ktos slucha. Podglada hasla do kont, piny, robi zdjecia, zeby ojczym widzial jak mieszkamy, jak ja wygladam itd. To jest do tego stopnia paranoja, ze jak zostawia telefon w naszej sypialni, przypadkiem, to sprawdzamy, czy nie nagrywa.
On jest tak nauczony, wiem, bo byl zachęcany, żeby zbierac "dowody" na matkę, ale kurde, jak tak funkcjonować? Oddycham z ulgą, kiedy wyjeżdża ale nie dlatego, ze go nie lubię, czy ne akceptuję, tylko zwyczajnie odzyskuję wtedy namiastkę wolności i prywatności. Jestem przerażona wizją, że tak mialoby być na co dzien
Teraz jeszcze matka chlopców "się obudzila" i zaczęla nagle o dzieci walczyc, mimo ze one z nią być nie chcą,co oczywiscie przedluzy wszytkie procedury. I tak żyjemy niepewni co będzie jutro, pojutrze...Zmęczona tym wszytkim jestem. I wiem że dzieciak ma gorzej. Mam wyrzuty sumienia, ze nie jestem tą Matką Teresą, że mam swoje, czasem gorzkie przemyślenia.
Najsmieszniejsze, ze nasz wspolny syn zaakceptowal sytuacje bez zająknięcia, cieszy się że ma starszego brata. Nawet o uwagę ojca nie jest póki co zazdrosny. A ja...często jestem. Tylko nie wolno mi się do tego przyznawać