Cześć dziewczyny, nie zaglądałam tutaj długo, pochłonęła mnie codzienność.
Potrzebuję kilku szczerych słów i opinii z dystansu.
Młoda wróciła kilka dni temu od matki (była u niej od świąt) - dodam, że po ponad 4 miesiącach kompletnego braku kontaktu ze strony matki. Ex przypomniała sobie przed świętami, że jednak ma dziecko a na próby dowiedzenia się dlaczego nie można było się z nią skontaktować wcześniej - odpowiedziała oczywiście wymijająco, nie szczędząc epitetów pod adresem mojego M.
Czas u matki mijał względnie pozytywnie, przynajmniej na podstawie rozmów telefonicznych ojca z córką. Ostatniego dnia, kiedy to miała wrócić do domu matka oświadczyła mojemu partnerowi (smsów), że oto dziecko widzi ja ostatni raz, nie wahała się także powiedzieć to 5 letniej córce (!!!!). Razem z dzieciem przywiozła wszystkie rzeczy małej, które miała u siebie.
Po powrocie małej do domu dowiedzieliśmy się też co mama sądzi o tacie, babci czy nawet o mnie (chociaż oczywiście mnie nie zna). Określenia te raczej nie nadają się do publicznego zacytowania. Chyba jeszcze bardziej opadły mi ręce.
Tak, rodzice dziecka żyją w permanentnym konflikcie, mama zieje jadem, hoduje w sobie ogromne pokłady złości i pretensji, używa dramatycznie obraźliwych słów (na szczęście wszystkie dowody skutecznie zbekapowane), mimo, że od ich rozwodu minęły już ponad 2 lata.
Smutno mi zwyczajnie, że ta kobieta jest egzemplarzem kompletnie niereformowalnym, nie dociera do niej nic, ma w dupie własne dziecko i na każdym kroku robi z siebie ofiarę. Tylko myśl, że pewnie zwyczajnie jest chora (miała depresję, kiedy byli jeszcze małżeństwem) pozwala mi inaczej spojrzeć na to wszystko.
Smutno mi, bo w związku z powyższym o czasie dla siebie możemy zapomnieć.
Pamiętam, kiedy któraś z Was odniosła się do mojego postu, że szczęściem jest, że mama zabiera dziecko na tydzień w miesiącu do siebie (bo tak było jeszcze rok, czy pół roku temu), bo to naprawdę dużo wolnego czasu i realna szansa na odpoczynek ... no i właśnie teraz doceniam to zdecydowanie bardziej