pamig
19.12.06, 20:44
Wiem, wiem, wątek stary jak świat...
Ale proszę, poradzcie mi coś, jak tylko znajdziecie czas w tym świątecznym
ferworze...
Jestem z dzieciatym już ponad rok. Kochamy się. Niedawno dostał rozwód po 5
latach separacji. Od tamtej pory zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej,
zresztą mieszkamy razem juz 9 miesięcy. Ślubu nie planujemy,ale raczej myślimy
o wspólnej przyszłości. Podkreślam - raczej - bo obydwoje mamy swoje przejścia
i wolimy nie mieć absolutnej pewności do naszego losu. Rozmawiamy też o
wspólnym dziecku, warunkiem jest poprawa naszej sytuacji materialnej i
ustabilizowanie zawodowe (z mojej strony głównie).
Przeszliśmy juz razem wiele trudnych zakrętów - od decyzji o byciu razem,
poprzez moje problemy z zaakceptowaniem jego "dzieciatej" przeszłości po
konfrontacje z toksycznością jaką wyniósł z tamtego małżeństwa podczas naszego
mieszkania razem.
Jeśli chodzi o jego dzieciatość (córka 11 letnia) przez ostatnie pół roku
zdązyłam sie na tyle oswoić, że: z ciekawością oglądam jej zdjęcia, wypytuję
się co słychać, podsuwam pomysły na prezenty i ciuchy...
Kiedy była możliwość spotkania się w wakacje, stchórzyłam.Przy czym zaznaczam,
ze jej tata nie proponował mi tego spotkania, tylko ja zapytałam sie czy o tym
myśli. i kiedy usłyszałam odpowiedż twierdzącą - wykręciłam się totalnie i
zamknęłam temat. Powiedziałam, że akceptuję istnienie dziecka w życiu mojego
ukochanego, ale niech to będzie jego życie, bo takie spotkanie jest dla mnie
za cięzkie. Powiedział,że jest przykro, wiecie, on zupełnie inaczej do tego
podchodzi - chciał po prostu pochwalić się córą przede mną.
Dlaczego się boję i tego uniknęłam? Sama byłam taką dziewczynką. Musi minąć
dużo czasu aby dziecko zaakceptowało nową partnerkę swojego taty. Druga
sprawa, że jakoś automatycznie oczekuję, że ta propozycja powinna wyjść ze
strony mojego NM.
Od wakacji sytuacja się bardzo zmieniła - dziewczynka wyjechała z mamą
zagranicę na rok. Mój NM przezył to mocno na początku, ale szybko mu to
przeszło, gdyż rzucił się w wir obowiązków no i w relację ze mna chwilowo bez
uwarunkowań rodzinnych. Niedawno oczywiście na święta jego córka przyjechała
na mies.i zaczęły się moje rozterki.
Chodzi o to, ze po raz pierwszy pojawiła się we mnie myśl, że chciałabym ją
poznać, ale tak na neutralnym poziomie. Drugie to,że powinnam, żeby wreszcie
skonfrontować się z ta rzeczywistością, której się boję, a może okaże się, że
taki diabeł straszny...i że dodaje to moje własne lęki z moich doświadczeń z
dzieciństwa (moi rodzicie też byli rozwiedzeni). Inna sprawa, to to, że
szanuje wolę tego dziecka i jesli miałoby dojśc do spotkania to:
- zupełnie luźne spotkanie towarzyskie: ja jestem przedstawiana jako
przyjaciółka (to mi zupełnie nie przeszkadza i myślę, że tak jest bezpiecznie,_
-jesli mam zostać przedstawiona jako "dziewczyna taty" to będę naciskać, aby
dziewczynka wyraziła swoje zdanie czy chce mnie poznać.Jakkolwiek absurdalnie
to brzmi...
Te wszystkie scenariusze są brane przez mnie pod uwagę tylko, jeśli mój NM
zaproponuje mi takie spotkanie. No i właśnie - tak, tak - jak może mi
zaproponować, skoro mi kilka mies,temu wyłożyłam stanowczo swoje zdanie. Ale
wtedy tez sama zaczęłam ten temat!
A jak w ogóle z Wami było? Ile z Was same zaproponowało?
Bo ja mam takie przekonanie, że to rodzic powinien taką decyzję podjąć o
przedstawianiu swojego dziecka nowemu partnerowi, tak jak bym postąpiła.Czy
jestem zbyt zasadnicza?