Dodaj do ulubionych

podyskutujecie?

10.11.03, 19:26
www.forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=571&w=9008531
Obserwuj wątek
    • konkubinka Re: podyskutujecie? 10.11.03, 19:29
      poprawiam

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=571&w=9008531
      • mama-laury popieram 12.11.03, 14:08
        bedac w sytuacji opuszczonej przez meza zony z dzieckiem nie zyczylabym sobie
        aby moje dziecko mialo jakikolwiek kontaskt z moja nastepczynia, przynajmniej
        do czasu orzeczenia rozwodu! To dla mnie kwestia zasad moralnych, bo wiadomo,
        ze serce nie sluga nie zawsze nas slucha ale szacunek dla dziecka jest tu
        najwazniejszy.
        • aagacia Re: popieram 12.11.03, 14:24
          tak tak bo szacunek ma tu tyle do rzeczy co piernik do wiatraka.

          a jak rozwod trwa 10 lat to przez 10 lat szanowna mamusia ma ze wzgeldu na
          szacunek do dziecka nie pozwalac mu sie widywac z kobieta ktora pokochal jego
          ojciec...?!!?! sorry, ale dla mnei to bzdura z tym szacunkiem..juz bym mogla
          znalezc pare rozsadniejszych argumentow..

          sorry ale dzisiaj jestem w bojowym nastroju..prawdziwa czarownica... wink
          • mama-laury Re: popieram 12.11.03, 14:46
            no to zycze ci dobrego nastroju w dniu, w ktorym twoje dziecko powie ci, ze
            poznalo dzisiaj przyszla, nowa, zone swojego taty a twojego meza.
            • aagacia Re: popieram 12.11.03, 14:57
              nio nio a u ciebie skad dzisiaj tyle zjadliwosci...?
              musze cie zasmucic: zanim moj maz przedstawilby swoja nowa partnerke mojemu
              dziecku na pewno bym o tym wiedziala zanim mialoby do takowego spotkania dojsc.
              i nie zamierzalabym opowiadac jakis rzeczy na nia bo to sprawa miedzy
              doroslymi i do pewnych rzeczy dziecka nie powinno sie mieszac.
              a wiem bo moj maz jest w miare fajnym - bylym mezem. z takim daloby se zyc
              wiec bardzo dziekuje za zyczenia smile
              • mama-laury Re: popieram 12.11.03, 17:59
                widac, ze nigdy nie bylas w podobnej sytuacji i nawet nie probojesz wczuc sie w
                polozenie kobiety odrzuconej. wierz mi ze wtedy nie postepuje sie tak, jak
                sobie mozemy wyobrazic, mimo wszystko.
                • aagacia Re: popieram 12.11.03, 18:22
                  komu jak komu ale mnie takich rzeczy zarzucac nie mozesz...propponuje
                  przeczytanie paru moich postow to moze pare rzeczy zrozumiesz..
                  • mama-laury Re: popieram 12.11.03, 18:45
                    z tego co pamietam z innych dyskusji twoja sytuacja rodzinna jest bardzo
                    zblizona do mojej ale widac to nie ma wielkiego znaczenia w sposobie
                    postrzegania innych. no coz, z jednej strony punkt widzenia zalezy od miejsca
                    siedzenia a z drugiej syty glodnego nie zrozumie.
                    • kasjusz3 Zgadzam się z Aagacią 12.11.03, 19:37
                      Witam

                      Problem nie jest szczególnie oryginalny, ale pozwolę sobie zabrać głos, chocby
                      po to, żeby Aagacia, którą popieram całkowicie, nie czuła się osamotniona.

                      Mamo-laury:
                      Piszesz, że popierasz tamtą kobietę, bo Twoim zdaniem niemoralnym jest, aby
                      dziecko widywało partnerkę swojego ojca, kto wie - może swoja przyszłą
                      macochę, przed faktem orzeczenia rozwodu. Czy to jedyny powód, dla którego
                      dziecko ma nie widywac tamtej kobiety? Jak dla mnie, wybacz, nieco patetyczny,
                      nie mówiąc już, że absurdalny, zakładając, że dziecko ma lat kilka i niewiele
                      do powiedzenia na temat moralności, jeżeli w ogóle rozumie znaczenie tego
                      słowa. Lepiej, jak wnioskuję z Twojej wypowiedzi, trzymac wszystko w
                      tajemnicy, żeby dzieciak przypadkiem nie zaczął dociekać, a na pytanie "gdzie
                      mieszka tata i dlaczego nie z nami", odpowiadać, że wyjechał na długą
                      delegację?

                      Pokrzywdzona, opuszczona przez męża kobieta pisze, że nie zgodzi się na
                      obecność dziecka w domu "kochanki", z którą jej, obecny już tylko w akcie
                      notarialnym mąż, zyje od roku!!! Nie wydaje Ci się, że uzywanie w tym
                      kontekście słowa "kochanka" jest lekką przesadą? Jesli nie, to może wypadałoby
                      wyjaśnic sobie, któż to jest kochanka, do kiedy się nią jest i jak awansuje
                      się z poziomu kochanki do poziomu zony czy partnerki. Z Twojej wypowiedzi
                      wynika, że tylko wtedy, kiedy zostanie orzeczony rozwód. W takim razie,
                      należałoby założyć, że małżeństwo to nie porozumienie myśli, uczuć i dusz,
                      lecz jedynie kawałek aktu prawnego, gdzie najważniejsza jest data na pieczątce
                      i podpis urzędnika. A gdzie miejsce na to, co w związku najważniejsze, a czego
                      papier nie obejmuje w swojej "omnipotencji"?

                      Jeżeli kobieta, do której facet wpada na szybki seks po drodze z biura do domu
                      albo taka, z którą bywa od czasu do czasu, przybywając na "wyjeździe
                      służbowym" to kochanka i kobieta, z którą facet mieszka rok, dwa lub trzy,
                      prowadzi wspólny dom, nierzadko ma już dziecko, ale nie ma jeszcze rozwdou, bo
                      polskie prawo działa opieszale, to równiez kochanka, wydaje mi się, ze nalezy
                      nieco zweryfikować uzywanie tego słowa.

                      Rozumiem, że w momencie, kiedy bohaterka postu awansuje z kochanki na żonę,
                      moralności stanie się zadość, ponieważ na świętym papierze z USC widniała
                      będzie wspomniana wyżej pieczątka.

                      Pozwól, że zacytuję fragment wypowiedzi autorki postu:
                      "Nie mogę wybaczyć zdrady bo ja nie zdradziłabym nigdy.
                      Nie mogę wybaczyć kobiecie która wiedziała że facet
                      ma żone i dziecko, a mimo to z premedytacją postanowiła go zdobyc tylko dla
                      siebie.I jest szczęśliwa.I buduje sobie życie na mojej rozpaczy i krzywdzie.I
                      uważa że w zasadzie nic złego nie zrobiła. Nie mogę znieść tego że spotyka się
                      z moim synem.I na pewno długo się z tym nie pogodzę.Przykro mi.I nie wybaczę
                      jej.Właśnie jej.Dlatego że jest kobieta.Bo facet to tylko facet inny poziom
                      odczuwania inne myślenie."

                      Rozumiem, że z emocji rodzą się różne przemyslenia, ale moim zdaniem w
                      powyższej wypowiedzi absurd goni absurd. Nie odbieram autorce postu prawa do
                      uczuć, ale pozostawiam sobie prawo do zabrania głosu.
                      Fakt, że ona nie zdradziłaby nigdy nie ma nic wspólnego ani z osobą partnera,
                      ani z osobą, z którą ją zdradził. Jest to kwestia zasad moralnych, właściwych
                      każdej jednostce i nie można od nikogo oczekiwac tego, żeby postępował tak,
                      jak samemu uważa się za stosowne. Dla jednego zdrada jest chymś haniebnym, dla
                      innego może byc ucieczką do wolności i wybiciem się z szeregu. A komuż to
                      oceniać, skoro wszyscy popełniamy błędy?

                      Kwestia następna:
                      Dlaczego autorka postu zakłada, że wina rozpadu jej związku lezy po
                      stronie "kochanki"? To nie kochanka tworzyła jej związek i jestem w 100%
                      pewna, że nie kochanka była powodem jego końca. Zdrada to SKUTEK rozpadu
                      związku, a nie jego przyczyna. Nie można winic kochanki za to, że dwoje
                      dorosłych ludzi nie umiało ułożyć sobie szczęścia.

                      I ostatni akapit:
                      Nie wybaczy jej, dlatego, że to kobieta.
                      Po raz kolejny słyszę takie hasło i po raz kolejny zastanawiam się, na jakiej
                      podstawie pewne kobiety zakladają, że solidarność z innym człowiekiem zależna
                      jest od jego płci. Czy oznacza to, że niezależnie od sytuacji mam przyznawac
                      rację idiotce tylko dlatego, że natura wyposażyła nas w te same narządy?
                      Nie dobieram sobie przyjaciół ani nie kształtuję sądów na temat innych po tym,
                      jakie mają chromosomy,lecz na podstawie tego, jakimi są ludźmi.
                      I tak, jak uważam, że wsród męzczyzn pełno jest gówniarzy, tak samo wiem, ile
                      głupoty, zacietrzewienia, mściwości i małomiasteczkowości panuje wsród kobiet.

                      Skąd wiesz, jakie były powody rozpadu związku?
                      Może facet odszedł, bo miał powody, co?
                      Rozumiem, że matka nie życzy sobie, aby jej dziecko spotykało sie z tym czy
                      tamtym i owszem, do momentu, kiedy jest za to dziecko odpowiedzialna, ma do
                      tego prawo, ale na litość boską, niech nie uznaje za oczywisty fakt, ze nalezy
                      nienawidziec kogos za to, że samemu nie umiało się zadbac o związek.

                      pozdrawiam
                      • piotruspan2000 Re: Zgadzam się z Aagacią 12.11.03, 19:54
                        Jesli sie moge wtracic w te Wasze babskie rozmowy...

                        Ja jestem wlasnie takim zloczynca ktory to odszedl od kochajacej zony do
                        kochanki... na pocztaku naszego rozstania moja coreczka nie mogla widywac
                        Agatki... powod byl jeden: moja owczesna zona miala nadzieje ze wroce.

                        Nie wrocilem.

                        Od momentu kiedy owczesna zona to zrozumiala nasza coreczka mogla widywac sie
                        juz nie tylko ze mna ale i z nami.

                        Kiedy Agatka zaszla w ciaze od samego poczatku starsza coreczka wiedziala ze
                        bedzie miala siostrzyczke lub braciszka (oczywiscie eks wiedziala wczesniej).

                        Tym samym coreczka nie musiala wysluchiwac idiotycznych wymowek ze tatus jest
                        na delegacji czy cos w tym rodzaju.

                        To wszystko jest bardzo trudne dla wszystkich zaangazowanych. ale w calej tej
                        sytuacji ktora najbardziej moralna nie jest nalezy zachowac sie fair wobec
                        dziecka. Czyli rozmawaic, rozmawiac, rozmaiwac... i raczej nie oswiadczac... a
                        przygotowywac...

                        Bo prawda jest taka ze tatus jest z inna kobieta niz mamusia i jezeli sie
                        postaracie to szybko to zaakceptuje... gorzej z eks dla ktorej jest to
                        wielokrotnie trudniejsze niz dla dziecka

                        pozdr
                        PP
                    • aagacia Re: popieram 12.11.03, 19:57
                      chyba jednak musisz sobie odswiezyc pamiec mamo laury..bo jednak nie pamietasz.
                      • mama-laury Re: popieram 12.11.03, 20:57
                        mezczyzna, ktory dopuscil sie porzucenia kobiety zawsze udowodni koniecznosc
                        swojego postepku, a jego nowej kobiecie nie pozostaje nic innego, jak tylko
                        trzymac jego strone. A do rozwodu w przewyzszajacej czesci przypadkow dochodzi
                        z winy obydwu stron, nie tylko zony! i dopuki sie niektore macochy z tym nie
                        pogodza dyskusja bedzie j.w. Ja, na szczescie ten etap mam juz za soba. czas
                        przyniosl wyciszenie i pogodzenie sie z sytuacja. teraz patrzac trzezwo i
                        bezstronnie na cala sytuacje doszlam do wnioskow, ktore przedstawilam wyzej.
                        jednak mimo ze jestem jedna z was macoszki, chyba jednak do was nie pasuje.

                        Wiem jedno. dopuki kobieta kocha, doputy cierpi. a niestety wiekszosc mezczyzn
                        ze swoimi macochami nie jest w stanie tego pojac i choc troche ulzyc kobiecie w
                        tym cierpieniu.
                        pozdrawiam
                        • ashan Re: popieram 12.11.03, 21:20
                          Ejże, mamo-laury chyba się troszkę zagalopowałaś. Nie widzę u piotrusiapana
                          żadnego udowadniania, że musiał porzucić żonę (chyba, że jakaś część dyskusji
                          toczyła się na privie smile). Tylko spojrzenie z jego strony na stosunki w
                          takiej sytuacji już po "rozlaniu się mleka". NIe widziałam też wcześniej zbyt
                          wielu postów, w których maochy głosiłyby wszem i wobec, ze ich obecni m. są
                          zupełnie bez winy.
                          A uzasadnianie niechęci, czy wręcz nienawiści do kogoś poczuciem moralności to
                          duuuuża hipokryzja.
                          Dopóki kobieta kocha.... itd. Ja bym powiedziała tak: dopóki człowiek
                          pielęgnuje w sobie poczucie krzywdy i nienawiść, dopóty cierpi. Ale to już
                          bardzo indywidualne podejście. Rozumiem ból tej kobiety, ale zbyt wiele pytań
                          budzą we mnie jej posty, zebym siliła się na jej usprawiedliwianie. A włączać
                          się w dyskusję (?) na samotnych nie będę, bo nie mam siły na kłótnie, które
                          już się tam rozpoczęly

                          pozdrawiam
                          ashan

                          ps. spotykające się tu osoby nie są bytem homogenicznym, więc stwierdzenie o
                          niepasowaniu przyjmuję jako lekki przytyk smile
                        • kasjusz3 Re: popieram 12.11.03, 21:21
                          Mamo Laury napisałaś:

                          "Męzczyzna, ktory dopuscil sie porzucenia kobiety zawsze udowodni koniecznosc
                          swojego postepku, a jego nowej kobiecie nie pozostaje nic innego, jak tylko
                          trzymac jego strone. A do rozwodu w przewyzszajacej czesci przypadkow dochodzi
                          z winy obydwu stron, nie tylko zony! i dopóki sie niektore macochy z tym nie
                          pogodza dyskusja bedzie j.w."

                          Zazwyczaj bywa tak, że za jakąkolwiek decyzją podejmowaną w życiu stoją pewne
                          powody. Tym samym, wyjaśniając komukolwiek owe powody, w jakis sposób je
                          argumentujemy. A argumenty maja to do siebie, że są nierzadko subiektywne. Nie
                          jest więc chyba niczym dziwnym, że mężczyzna, który opuszcza żonę udowadnia,
                          jak napisałaś "konieczność swojego występku", szczególnie, że ona czyni to
                          samo, starając się pokazać, że wina nie leży po stronie obojga, lecz właśnie
                          jego.

                          Mój punkt widzenia nie ma na celu ukazania, ze rację ma mężczyzna czy kobieta,
                          lecz że racja lub wina jest połowiczna. Innymi słowy - racji nie ma tylko
                          kobieta lub tylko mężczyzna. Wydawało mi się, ze jasno wynikało to z mojej
                          poprzedniej wypowiedzi.

                          Kwestia miłości jest jednak kwestią znacznie bardziej sporną.
                          Piszesz, że dopóty kobieta kocha, dopóty cierpi i to cierpienie, wynikające z
                          miłości własnie powinno być usprawiedliwione, chocby przejawiało się nie
                          wiadomo jaki idiotycznymi ekscesami. Zgoda, lecz z moich obserwacji wynika, że
                          miłość nierzadko ma niewiele wspólnego z tym, co wyprawia była żona po to, by
                          uprzykrzyć zywot byłemu i jego obecnej partnerce. Zawiść, zazdrość, mściwość
                          urażona duma, a przede wszystkim oburzenie, że partner śmiał odejść, a
                          przecież podpisalam na niego akt własności w USC, nie są dla mnie
                          wyznacznikami miłości. Jeżeli kocham, akceptuje wolność osobistą mojego
                          partnera, która wiąże się również z tym, że kiedy on zdecyduje, że nie chce
                          byc juz dłużej ze mną, z szacunku dla wspomnianej wolności pozwolę mu odejść.

                          To jest dla mnie miłość.

                          pozdrawiam

                          • chalsia Re: popieram 12.11.03, 23:55
                            Nie zdzierżę. (przy czym mój post jest generalnie "dokładką" do dyskusji, a nie
                            odpowiedzią na post Kasjusz).

                            Tak, zgadzam się - ta "druga" w układzie małżeńskim może pojawic się tylko
                            wtedy, gdy powstanie dla niej miejsce, tzn. cos się w związku dzieje
                            niedobrego.

                            Tak, w większosci przypadków wina za powstanie tego "miejsca" dla "drugiej"
                            leży po obu stronach pary małżeńskiej (nie ważne zresztą, czy są po ślubie).

                            ALE, niestety, w bardzo wielu przypadkach, fakt istnienia tej "drugiej",
                            swoistego "plastra" na duszę faceta mającego problem w swoim stałym związku,
                            jest katalizatorem rozpadu związku. I często jest po prostu łatwiej podjąć
                            decyzję o rozpoczeciu życia na nowo (bo jest to na bank bardziej ekscytujące),
                            niż o podjęciu "organicznej", ciężkiej pracy nad odbudową (czy choćby próbą)
                            związku.

                            Z własnego doświadczenia wiem, że jeśli by tej "drugiej" nie było, eks raczej
                            by podjął próbę (oczywiście razem ze mną) naprawy naszego związku i być może
                            mój synek miałby pełną rodzinę.

                            I, w moim mniemaniu, eks jest w 100% winny jednej rzeczy (i pewnie upłynie
                            sporo czasu zanim mu to wybaczę, jeśli w ogóle). Nigdy, w sposób bezposredni,
                            jasny, nie powiedział mi, że nie czuje się w związku ze mną OK od jakiegoś
                            czasu i z czym ma problem. Owszem, od czasu do czasu (np. między kolacją a
                            herbatą, będąc w kuchni, a ja w pokoju) rzucał teksty, ze coś mu nie pasuje
                            albo czegoś nie lubi (dla mnie to brzmiało dokładnie tak samo, jak moje uwagi
                            typu, ze nie lubię ciagle po nim przekładać brudnych naczyń ze zlewu do
                            zmywarki bądź pustych puszek ze zlewu do kosza na smieci, a przecież z tych
                            powodów z facetem bym się nie rozstała). Wiedząc dodatkowo (po nastu latach
                            razem), że należę do osób, dla których rozmowa znaczy usiąść w spokoju i w
                            skupieniu, a nie rzucic cos w przejściu między szafą a wyjsciem z domu. Po
                            czym, za jakis czas słyszałam od niego (wielokrotnie) zdanie "akceptuję cię
                            taką, jaką jesteś". I on, jak powiedział (już po rozstaniu), zaczął miec
                            problem z nami, ze związkeim, na PÓŁTORA ROKU PRZED URODZENIEM SIĘ SYNKA.
                            Popełnił największą i najbardziej karygodną głupotę, mysląc, że dziecko uratuje
                            związek. Nawet jego własna matka nie może mu tego wybaczyć.

                            Pozdrawiam,
                            Chalsia
                        • aagacia Re: popieram 12.11.03, 21:37
                          mama-laury napisala :
                          "A do rozwodu w przewyzszajacej czesci przypadkow dochodzi
                          z winy obydwu stron, nie tylko zony! i dopuki sie niektore macochy z tym nie
                          pogodza dyskusja bedzie j.w."

                          no o tym to my doskonale wiemy.tyle ze samodzielne uwazaja wrecz przeciwnie -
                          ze to wlasnie kochanka wyrywa z pazurami jej meza ze zgodnego i szczesliwego
                          stadla rodzinnego.
                          nie musze sie godzic z tym ze malzenstwo mojego mezczyzny rozpadlo sie tylko z
                          powodu jego eks bo doskonale wiem ze tak nie jest. zawsze wina lezy po obydwu
                          stronach.

                          "mezczyzna, ktory dopuscil sie porzucenia kobiety zawsze udowodni koniecznosc
                          swojego postepku, a jego nowej kobiecie nie pozostaje nic innego, jak tylko
                          trzymac jego strone."

                          wiele z nas obiektywnie patrzy na cala sytuacje zwiazana z poprzednim zyciem
                          naszych partnerow i czesto mamy odmienne zdanie na to zyce niz oni - ja czasem
                          uspokajam mojego mezczyzne i staram sie tlumaczyc te druga strone i wiem ze
                          wiele dziewczyn postepuje tak samo - powtarzam gdy jest racjonalne
                          wytlumaczenie na dane zachowanie.

                          "Wiem jedno. dopuki kobieta kocha, doputy cierpi. a niestety wiekszosc
                          mezczyzn
                          ze swoimi macochami nie jest w stanie tego pojac i choc troche ulzyc kobiecie
                          w
                          tym cierpieniu."

                          ulzyc w cieprieniu ? czyli co?wyniesc sie z jej zycia?wyniesc sie z zycia
                          dziecka?bo tylko w ten sposob ta pierwsza zapomni i bedzie mogla sobie
                          poukladac mysli?a moze na odwrot- byc z nia w kazdej trudnej chwili jej zycia,
                          wspierac w decyzjach i glaskac gdy jej smutno..?a co z dzieckiem?myslisz
                          czasem o tym?bo mysle ze w tym szale wspolczucia dla eks troszke zapominasz o
                          dzieciach dla ktorych tata jest zawsze tata i zawsze go beda potrzebowac. a to
                          ze tata zaklada nowa rodzine nie jest dla nich najgorsze - najgorsze jest jak
                          widzi ze rodzice nie moga sie ze soba dogadac i nienawidza sie nawzajem i z
                          tego czerpie przyklad na reszte zycia.
                          • mama-laury do agaci 13.11.03, 10:04
                            cynizmam nie udowodnisz wszystkim, ze wierzysz w to, co piszesz. a ja udowodnie
                            ci, ze sie mylisz. otoz, wyobraz sobie, ze dziecko szczesliwe jest wtedy, kiedy
                            szczesliwi sa jego rodzice OBOJE a nie tylko ojciec, bo ma juz
                            swoj "katalizator"! Kobiety z zyciowym bagazem maja duzo mniejsze szanse na
                            znalezienie sobie kogos, przynajmniej przez pierwsze lata po rozstaniu a
                            cierpienie w samotnosci, kiedy nikt nie podaje chusteczki trwa duzo dluzej.
                            Wyobraz sobie w takim razie, szanowna agaciu sytuacje, kiedy to ty jestes owym
                            dzieckiem i co czujesz widzac z jednej strony ojca z nowa pania w obieciach
                            szalonej milosci i swoja matke placzoca w poduszke, samotna, zrospaczona, po
                            prostu nie potrafiaca znalezc sie w sytuacji.
                            i co bylabys, jako dziecko szczesliwa? bylabys?

                            • jayin Re: do agaci 13.11.03, 10:14
                              mamo-laury - a czy gdyby tata się wyprowadził i nie miał "nowej pani" - to mama
                              by nie płakała? a dziecko by miało szczęśliwych oboje rodziców?
                              tzn. jak to? smutno mamie i źle nie z powodu odejścia taty, tylko z tego, że
                              znalazł sobie kogoś?....
                              HM.

                              nie chcę być złośliwa, ale jeśli tak jest, że mama jest nieszczęśliwa, bo tata
                              sobie życie układac zaczął - to to wygląda na taki jeden syndrom...

                              a dziecko nie byłoby NA PEWNO szczęśliwe, uwierz mi, majac w domu dwoje
                              rodziców żyjących OBOK siebie, a nie z sobą. autopsja.
                              jest o niebo lepiej, kiedy każde z rodziców układa sobie życie szczęśliwie, acz
                              osobno.

                              pozdr.

                              Joanna
                              • mama-laury Re: do agaci 13.11.03, 10:43
                                mam na mysli doprowadzenie(lub chociaz szczera probe) do sytuacji, kiedy i wilk
                                jest syty i owca cala. to bardzo trudne, bo wtedy ojciec niestety musi odrobine
                                zrezygnowac z obnoszeniem sie swoim szczesciem doputy, dopuki matka jego
                                dziecka nie odnajdzie sie w sytuacji. ale jak pisze, to jest bardzo trudne, bo
                                wymaga olbrzymiego poczucia czlowieczenstwa. niestety malo jest mezczyzn,
                                ktorzy takie postawy potrafia okazac. za kobiety maja je we krwi i wystarczy
                                odrobina dobrej woli aby....

                                przeciez, gdyby ta nowa pani, o ktorej mowa w poscie tytulowym wykazala taka
                                wole i powstrzymala sie na jakis czas od wspolnych zakupow, to nie byloby tego
                                postu i, co najwazniejsze emocji z nim zwiazanych, czyz nie?
                                • ashan Re: do mama-laury 13.11.03, 12:05
                                  mama-laury napisała:

                                  " mam na mysli doprowadzenie(lub chociaz szczera probe) do sytuacji, kiedy i
                                  wilk jest syty i owca cala. to bardzo trudne, bo wtedy ojciec niestety musi
                                  odrobine zrezygnowac z obnoszeniem sie swoim szczesciem doputy, dopuki matka
                                  jego dziecka nie odnajdzie sie w sytuacji. ale jak pisze, to jest bardzo
                                  trudne, bo wymaga olbrzymiego poczucia czlowieczenstwa. niestety malo jest
                                  mezczyzn, ktorzy takie postawy potrafia okazac. za kobiety maja je we krwi i
                                  wystarczy odrobina dobrej woli aby...."

                                  Aaaaaaaa, będę gryźć wink)))
                                  Nie traktuj facetów, jak stworów z innej planety o mentalności
                                  niedorozwiniętego trzylatka! To samo można znaleźć u Amfenix: to ta kochanka
                                  winna i teściowie, z naciskiem duuuużym na teściową - to nie mąż się z Amfenix
                                  rozwodzi tylko jej teściowa. No, rewelacja wink
                                  A przeciętny mężczyzna to taki średniorozgarnięty misiaczek, z zanikiem
                                  poczucia przyzwoitości i moralności, którego zła kobieta zwraca przeciwko jego
                                  własnej, najbliższej (czyt. żonie i dziecku) rodzinie wink.
                                  Nu, a jak ta druga kobieta się nie poświęci (a powinna mieć to ponoć we krwi ;-
                                  )), to złą kobietą jest tym bardziej smile))

                                  " przeciez, gdyby ta nowa pani, o ktorej mowa w poscie tytulowym wykazala taka
                                  wole i powstrzymala sie na jakis czas od wspolnych zakupow, to nie byloby tego
                                  postu i, co najwazniejsze emocji z nim zwiazanych, czyz nie?"

                                  To raczej życzeniowe myślenie... Chyba, ze nie czytałaś wątku "mój mąż
                                  rozwodzi się ze mną"...

                                  pozdrawiam
                                • jayin Re: do agaci 13.11.03, 12:36
                                  mamo-laury - ja zawsze twierdzę, że sprawy "ex-ex" albo "ex-dzieci" - przede
                                  wszystkim są sprawą exów obojga. a nie kolejnego partnera, czy partnerki. to
                                  rodzice, którzy już nie są z sobą powinni tak organizowac swoje układy, żeby
                                  było OK. a ich nowi partnerzy mogą w tym EWENTUALNIE pomóc, jeśli mają taką
                                  możliwość ze swej strony i jeśli im się tego nie zabrania. odpowiedzialnośc za
                                  brak zgrzytów w takich układach spada WYŁĄCZNIE na ex-męza i ex-żonę. dzieci -
                                  to ich wspólny świat. nowi partnerzy - to ich nowe, osobne światy. i ani dzieci
                                  ani partnerzy nie mają zbyt wielkiego wpływu na to, jak exx chcą swoje
                                  układy "formować" między sobą.

                                  więc nie rozumiem, dlaczego to "tamta pani" ma się powstrzymywać od zakupów
                                  mebli do swojego domu? wg mnie to facet jeśli już powinien się powstrzymać i
                                  nie zabierać na takie zakupy dziecka, jesli dziecko NIE WIEDZIAŁO nic o jego
                                  nowej pani i o tym, że tata planuje nowe życie tak na poważnie. bo to
                                  faktycznie może na dziecko dziwnie wpłynąć. w życiu nie uświadamiałabym ani
                                  swojego dziecka w taki sposób o swoim "planowanym" zyciu, ani nie zgodziłabym
                                  się, żeby Osobisty uświadomił tak "gwałtownie" swojego syna na nasz temat. to
                                  jest sprawa między nim, a dzieckiem - jak to robi. nic mi do tego. ma robić
                                  tak, żeby dziecko nie było zaskoczone NAGLE nowym życiem ojca, a nowa partnerka-
                                  żona ojca postawiona kiedyś w głupiej sytuacji, kiedy dziecko przyjdzie do domu
                                  ojca i jego "nowej" zony, zobaczy ją i powie: "A kim pani jest????"...smile

                                  rozumiem i zgadzam sie, że ta sytuacja w tym wątku, ktory konkubinka tu
                                  zalinkowala jest o tyle niedobra, ze ojciec nie przygotowal dziecka powoli i
                                  normalnie na takie spotkanie, tylko z mety przedstawił chyba: "z tą panią się
                                  ozenie". a osobiste uczucia mamy? nie wiem... dla mnie jesli ludzie juz nie sa
                                  razem, to maja prawo do oddzielnego zycia. i motyw: "szanowania uczuc" jest dla
                                  mnie troche sztuczny w tym przypadku, kiedy z jednej strony uczucia nie ma. to
                                  tak jakbym ja miała dziecko z jakimś facetem, może byłym mężem, z którym się
                                  rozwiodłam, bo tak chciałam, przestałam czuć do niego jakieś większe uczucie i
                                  co wtedy? musiałabym się kryć z tym przed nim i przed dzieckiem, ze mam kogos,
                                  kogo kocham, bo nie chciałabym zranić byłego męża??...wink bez sensu. miałabym
                                  prawo do swojego życia. i taki facet który nie jest już ze swoją była kobietą,
                                  żoną, kochanką - też wg mnie ma. I taki człowiek, który tworzy swoje nowe
                                  miejsce i życie - jedyny obowiązek szanowania uczuć i przygotowania na nową
                                  sytuację ma w stosunku do dziecka. a wobec byłego partnera/partnerki - jedynie
                                  do poinformowania w kwestii formalnej lub przyjacielskiej (jesli stosunki
                                  między nimi są dobre po rozstaniu).

                                  i proszę, nie róbmy z facetów ubezwłasnowolnionych dzieciaków smile tak jak pisze
                                  ashan. oni są "ogniwem łączącym" wszystko - ex, obecne, dzieci, itd itp. i mają
                                  swój rozum, mniejszy czy większy. nie zwalniajmy ich od odpowiedzialności za
                                  sprawy, które należą do nich... smile

                                  uczucia to śliska sprawa. łatwiej byłoby wymóc na innych,żeby na pewien czas
                                  przestali się afiszować ze swoim szczęściem - na naszych byłych, na naszych
                                  znajomych, na innych obcych ludziach, kiedy są szczęśliwi, a my nie. ja czasem
                                  zgrzytam, jak mam dół, a innym jest dobrze. ale co? powiem im: "przestańcie się
                                  cieszyć tak!! bo mi źle!!" ?... to ich życie. życie w którym mnie nie ma. i
                                  mają do niego prawo. tak jak ja - nie przestałabym afiszować się ze swoim
                                  szczęściem, tylko dlatego, że komuś to przeszkadza...uncertain


                                  pozdr.

                                  Joanna
                                • naturella Re: do agaci 14.11.03, 10:17
                                  mama-laury napisała:

                                  > to bardzo trudne, bo wtedy ojciec niestety musi odrobine
                                  > zrezygnowac z obnoszeniem sie swoim szczesciem doputy, dopuki matka jego
                                  > dziecka nie odnajdzie sie w sytuacji.

                                  Bosh, chyba pogryzę, co za absurd... Czyli ojciec ma być nieszczęśliwy, póki
                                  matka nieszczęśliwa, staro wyglądający, jeśli ona staro wygląda, źle ubrany,
                                  póki ona się źle ubiera, chory, jeśli i ona taka... I oczywiście nie utrzymywać
                                  stosunków seksualnych, nie kochać, nie zarabiać więcej, nie prowadzić innego
                                  trybu życia... Bo co? Bo musi odpokutować, że ośmielił sobie życie układać? I
                                  dziecko będzie szczęsliwsze, jeśli będzie miało dwoje zgnuśniałych,
                                  zgorzkniałych, starych, brzydkich i jakich tam sie chce rodziców? bzdura
                                  totalna i taki absurd, że sama nie wiem, śmiać się czy płakać...

                                  Dziecko kochające ojca będzie zadowowolone, że tata jest szczęśliwy. Syn mojego
                                  męża przed naszym ślubem powiedział, że cieszy się z naszego ślubu bo "jestem
                                  dobra dla jego ojca, kocham go i on mnie też kocha..." Wiem, że martwi sie o
                                  matkę, która nie może sobie życia ułożyć, ale nigdy, przenigdy nie powstała u
                                  niego myśl "jak on może, skoro jej jest źle".
                                  • mikawi Re: do agaci 14.11.03, 10:30
                                    a mnie to już chyba nie dziwi taka mentalność cierpiętnicy niektórych kobiet po
                                    rozwodzie, a szczegolnie gdy jest jeszcze dziecko; "przerobiłam" to na naszym
                                    przykładzie - dopóki oboje byli sami było o.k., w momencie gdy on sobie znalazł
                                    kogoś z kim trwa i jest mu dobrze smile "mama" zaczęła obnosić się z miną
                                    nieszczęśliwej pokrzywdzonej kobiety której należy wynagradzać za to że jej
                                    były jest szczęśliwy

                                    z tym nie zarabianiem lepiej przez ojca tylko się nie zgodzę nat - ma zarabiać
                                    oby jak najwięcej, w końcu wysokość alimentów ma znaczenie smile
                                    • naturella Re: do agaci 14.11.03, 10:52
                                      mikawi napisała:

                                      > z tym nie zarabianiem lepiej przez ojca tylko się nie zgodzę nat - ma
                                      zarabiać
                                      > oby jak najwięcej, w końcu wysokość alimentów ma znaczenie smile


                                      A no tak, przepraszam za to niedopatrzenie - ma zarabiać jak najwięcej, ale
                                      broń Boże wydawać na siebie... Nasza była żona miała pretensje do mojego męża,
                                      że ma nową kurtkę!...
                                      • mikawi Re: do agaci 14.11.03, 10:54
                                        i słusznie smile powinien był poczekać aż ona sobie nową kupi, jak śmiał!
                                        • jayin Re: do agaci 14.11.03, 11:58
                                          oj tam.. nie wiecie o co chodzi..
                                          On powinien jej tą kurtkę ODDAĆ w prezencie! bo ex się krój spodobał..
                                          A wy tak od razu.. MATERIALISTYCZNIE........... Pff!
                                          wink)))

                                          pozdr.

                                          Joanna
                              • capa_negra moje trzy grosze 13.11.03, 13:27
                                Zgadzam sie z toba jayin - tez znam to z autopsji
                                Moi rodzice, zyli pare lat "obok siebie" zanim sie rozwiedli - rozwodzili sie
                                zreszta długo i wytrwale.
                                W ostatecznej rozgrywce ja byłam świadkiem na ich sprawie i wlaściwie to ja
                                rozwiodlam ojca z matką , a może wogole to ja sie z nia rozwodziłam??
                                Czasami nie wiem
                                Zmierzam do tego, ze gdyby rozwiedli sie gdy bylam jeszcze dzieckiem nasze
                                zycie potoczyłoby sie inaczej
                                A tak ciagneli ta farse "dla dobra dzieci"
                                Gdyby rozwiedli się jak byliśmy dziećmi przezylibyśmy to bardzo , ale każde
                                znas miałoby 2 rodziców.
                                Rozwiedli sie gdy byliśmy w wieku kiedy zaczyna sie oceniac i miec swoje
                                poglądy ( ja miałam 22 lata brat 15) efekt - nie zamienilam z matka słowa od
                                18 lat czyli pół mojego zycia, brat ma stosunki słuzbowe z częstotliwościa raz
                                na kwartał - po rozwodzie zostaliśmy z ojcem.
                                Dla wyjaśnienia -zadne nie piło nie biło i nie miało nikogo na boku.
                                Podsumowując: gdyby rozwiedli sie wcześniej nam by oszczędzili paru
                                doświadczeń, a sami mieli szanse ulozyc sobie zycie - teraz to dwoje straszych,
                                zgorzkniałych samotnych ludzi.
                                Warto wiec było przez 20 lat się męczyć ??

                                Z innej beczki

                                Nie byłam męzatka, ale byłam w 2 długich związkach - kazdy po 6-7 lat , dlatego
                                nie wierzę że sa przypadki kiedy w związku jest "idealnie" i nic nie wskazuje
                                ze coś sie dzieje i nagle facet odchodzi.
                                Przeważnie obie strony na to pracuja - zapewne ktoras mocniej
                                Nie mniej mamy tendencje do szukania winy w kims, a nie widzimy tej części
                                która mamy w sobie.
                                Moj poprzedni związek .... stawialam mojemu facetowi zawsze jeden zarzut
                                ( pozwólcie nie będę wchodzic w szczególy), potem rozstalismy sie.
                                Moje zycie sie na tyle odmieniło ,ze teraz ja potrafie sie postawic w jego
                                ówczesnej sytuacji , w zasadzie znalazlam sie na jego miejscu !!!!
                                I teraz do mnie dotarło , że to on miał racje nie ja.
                                Zapewne moja sytuacja jest inna niz męzatek - nie było czym sie dzielic no i
                                nie było dzieci , pewnie dlatego rozstac sie było "łatwiej" co nie znaczy że
                                mniej bolało.

                                Zawsze boli, ale bez sensu jest ciagnąc związek na siłę, bez sensu jest
                                nienawidziec nowego partnera/partnerki 2 strony ( nikt nam ich oczywiście nie
                                każe kochac), bez sensu jest "nastawianie " dzieci boto sie może obrócic
                                przeciwko nam.

                                Oczywiście były parner może sie okazac "obersk..synem" i wtedy to co napisalm
                                powyżej staje sie nieaktualne



                            • ashan Re: do mamy-laury 13.11.03, 10:24
                              skoro dziecko jest szczęśliwe wtedy, kiedy oboje jego rodzice są szczęśliwi,
                              to:
                              1. jest nieszczęśliwe, gdy matka płacze w poduszkę, ojciec się obściskuje z
                              nową laską wink
                              2. jest nieszczęśliwe, gdy matka ma nareszcie chłopa wink(chociaż to trudne
                              zaprawdę można mając dziecko wyrwać faceta), a samotny ojciec ze złości (i
                              zazdrości)zgrzyta zębami
                              3. jest nieszczęśliwe, gdy obydwoje nie mają nikogo, bo matka płacze w
                              poduszkę, a ojciec wyje z samotności
                              4. jest nieszczęśliwe, gdy widzi jak rodzice dla tzw. jego dobra mieszkają
                              razem, ale nic do siebie nawzajem nie czują (to w wersji najlepszej, bo
                              najczęściej pozostają międzi nimi niestety złe uczucia)

                              WNIOSEK: Ludzie, po co wam dzieci!!!!! Jest gigantyczne prawdopodobieństwo
                              (prawie pewność wink), ze je unieszczęśliwicie!!!
                              No, chyba, że DLA DOBRA DZIECKA zaczniecie się kochać, szanować, lubić,
                              rozumieć, wybaczać sobie etc, etc,

                              Jakie to proste, prawda? wink))

                              wyluzuj trochę mamo-laury smile. w ten sposób naprawdę niczego nie
                              udowadniasz smile

                              ps. przepraszam za język, ale niektóre posty wyzwalają we mnie takie pokłady
                              cynizmu, ze sama siebie się boję wink)))

                              pozdrawiam cynicznie i niemoralnie
                              ashan
                        • mamaadama4 Re: porzucenie kobiety 12.11.03, 22:40
                          Uczepię się tego porzucenia. Zawsze mówi się, że to facet jest drań, bo porzuca
                          kobietę tzn, wyprowadza się z domu. No cóż jaka ma alternatywę - wyrzucić ją z
                          tego domu a samemu zostać?
                          To, że się wyprowadza nie znaczy że on jest przyczyna rozpadu związku.
                          danka
                          • jayin Re: porzucenie kobiety 13.11.03, 09:10
                            Punkt Zerowy - Porzucenie.
                            Porzucenie oczywiście rodzi poczucie niesprawiedliwości, wiele negatywnych
                            uczuć, z nienawiścią włącznie. Sęk w tym, żeby nie zapiec się w tym stanie na
                            stałe, bo to i powoduje wiele złych sytuacji między ludźmi i uniemozliwia nam
                            normalne zycie we wlasnym "rejonie" działań...
                            Wiem, ze to ciężkie - ale pielęgnacja takiego odczucia w sobie ciągle i ciągle
                            jest niekonstruktywne i nie służy niczemu, poza wyniszczaniu siebie i innych
                            (nie tylko "winnych", ale też otoczenie to odbiera szkodliwie). Głównie
                            psychicznie.

                            Co do reszty:

                            1. Jeśli Była Żona ma obiekcje co do takich spotkań, to może powinna
                            porozmawiać o tym z Byłym Mężem najpierw, a nie na forum? Chyba, żeby Były to
                            czyta smile Inaczej tego "problemu" między sobą nie rozwiążą.

                            2. Co da odizolowanie dziecka od "nowego życia" ojca? Jasne, że nie należy (wg
                            mnie) od razu maksymalnie epatować "nowościami" wobec dziecka, ale powoli można
                            mu uświadamiać,że nie będzie tak jak dotychczas, a mama i tata prędzej czy
                            później MOGĄ (chociaz nie muszą) stworzyć dla siebie nowy dom z nowymi ludźmi.
                            A wtedy co? W ogóle dziecku o tym nie mówić? Pozwalać mu na spotkania z ojcem
                            wszędzie, byle nie w domu, kiedy ONA tam jest? (temat-rzeka) Nie doczytałam ile
                            lat ma syn tej forumowiczki - bo to ma spory wpływ na sposób "uświadamiania"
                            dziecka o "nowym życiu" rodzica, a także na odbiór sytuacji przez dziecko (jak
                            dziecko reaguje na "nową kobietę" taty - na wspólnych takich zakupach, z nią, z
                            ojcem i z dziadkami?)

                            3. Jakoś nie spodobało mi się określenie "kochanka" smile Dośc pejoratywne. A tu
                            przecież chyba nie tylko funkcję "łóżkową" w życiu ojca spełnia ta druga pani?
                            Planują wspólne życie itd. itp.? Ale oczywiście mogę się mylić i w nowym
                            związku Byłego Męża forumowiczki chodzi tylko o sekssmile

                            4. Czasem najlepszym wyjściem, jeśli w związku NIE DA się naprawić już niczego
                            (ale próbować trzeba), jest odejście. Odchodzi albo mężczyzna, albo kobieta.
                            Wina czasem bywa po stronie faceta, czasem kobiety, czasem po obu stronach. Tak
                            jak pisze Chalsia – „trzecia osoba” jest nie przyczyną, ale katalizatorem.
                            Tylko w przypadku, kiedy próby naprawy związku nie udały się, to co robić,
                            kiedy związek już nie jest do uratowania, a mąż albo żona poznali kogoś, kto
                            daje im psychicznie/fizycznie więcej z siebie i lepsze perspektywy niż obecny
                            partner/partnerka? Żyć obok siebie pro forma? Dla dziecka być razem? Wg mnie to
                            nikomu nie służy, a już najmniej samemu dziecku. Owszem – jeśli nie próbowało
                            się naprawiać, a tu bach! zjawia się ktoś „trzeci” kto oferuje sobą nowe
                            możliwości, nowe życie itp. – to w wielu przypadkach mąż albo żona idą na
                            łatwiznę i zamiast próbować ratować związek – uciekają z niego. Tak też bywa.

                            Można mieć swoje zdanie, swoje poglądy, nie lubić kogoś, nienawidzieć, nie
                            pozwalać, zabraniać, pozwalać, zgadzać się – to zależy od charakteru danej
                            osoby, od sytuacji, od innych ludzi – decyzje są nasze własne i nikomu nic do
                            tego. Ale zawsze trzeba pamiętać, że nasze decyzje podejmowane w sprawach,
                            związanych z większą grupą ludzi (tutaj: dziecko, były mąż) – mają wpływ nie
                            tylko na nasze życie. I to co dla nas dobre i zapewniające nam ochronę
                            psychiczna przed jakimś negatywnym wpływem z zewnątrz (czyli świadomość np. że
                            dziecko nie zna tamtej, że jest „czyste” od jej wpływu, że tamtanie istnieje w
                            umyśle dziecka, a więc w domu dziecka i matki, tamta nie zagrozi matce, stając
                            się np. dla dziecka kims bliskim...etc) – może być negatywne dla innych osob –
                            dziecko traci kontakt z zyciem ojca i jego światem, nie jest uswiadamiane, nie
                            czuje się wazne na tyle, żeby być „uprawnione” do dzielenia się z nim sprawami
                            doroslych. Jasne, ze jak dziecko jest malutkie bardzo, to w ogole nie ma o czym
                            mowic – ale kilkulatek powinien uczestniczyc w coziennym zyciu swoich rodzicow,
                            powinno się z dzieckiem rozmawiac, uprzedzac o zmianach, powoli je
                            przyzwyczajac do nowych sytuacji.
                            Moim zdaniem ojciec dziecka zrobil ten blad,ze z marszu poznal dziecko ze swoją
                            przyszłą żoną, nie przygotowując (chyba?) go na taką sytuację, nie konsultując
                            tego z matką dziecka w żaden sposób – bo mam nadzieję, że gdyby mama poznala
                            jakiegos faceta i chciala się z nim zwiazac na stale, slubnie – to tez by taka
                            procedure stosowała?smile
                            Nie bądźmy hipokrytami. I pozwólmy innym na to, co zrobilibyśmy sami w takiej
                            sytuacji.


                            pozdr.

                            Joanna
                            • konkubinka Re: porzucenie kobiety 13.11.03, 10:25
                              Dorzuce moze jeszcze swoje 5 groszy do wypowiedzi Agaci i Kasjusz, z ktorymi
                              sie zgadzam.
                              Mamo Laury
                              Ja jestem pierwsza , druga a zarazem dzieckiem ktore mialo nieszczesliwa matke
                              i macoche ktorej zwiazek z moim ojcem do dzis jest wzorcowy.Wierz mi ze bardzo
                              czesto kobiety od ktorych odszedl maz nie widza nic poza czubkiem wlasnego
                              nosa.Zaslaniaja sie nieszczesciem dziecka lecz niestety falszywie.Zawisc
                              bezinteresowna ktora kieruje taka kobieta jest za bardzo silna.Gdyby silna nie
                              byla nie byloby az takiego problemu jakim jest wykorzystywanie dzieci jako
                              narzedzia do walki z tatusiemb i jego partnerka.Zamiast pomyslec o tym zeby
                              postarac sie byc szczesliwa kreuja w sobie postac cierpietnicy przed dzieckiem
                              sasiadami sadami rodzicami znajomymi...
                              Nie mam sily sie rozpisywac tak jak dziewczyny bo rece czasem opadaja albo ja
                              poprostu za bardzo kocham swoje dzieci, bo staram sie widziec co czuja i licze
                              sie z ich uczuciami.Dziecko jest zadowolone gdy ma szczesliwych rodzicow razem
                              a nie rodzicow razem nieszczesliwych.Jesli nie moga byc razem to dziecko jedno
                              czego pragnie to odnalezc w tym wszystkim swoje miejsce i spokoj.I tak naprawde
                              te porzucone zrozpaczone guzik obchodza ich dzieci.Smiem tak stwierdzic i
                              zawsze tak bede twierdzic choc niestety jestem zbyt slaba aby to zwalczyc bo to
                              epidemia w naszym kraju.
                              A poza tym piszac PODYSKUTUJECIE chodzilo mi o to aby moje przyjaciolki macochy
                              sprobowaly cos zawalczyc w sprawie podejcia Amfenix do zycia i bylego meza.
                              Moje dziecko jest szczesliwe z ojcem i jego partnerka w ich domu z ich meblami
                              ktore wybierali im moi byli tesciowie.Nawet spi z nimi w jednym lozku i jakos
                              nie rozrywa mnie od srodka rozpacz.A jakies uczucia do ojca mojego dziecka
                              napewno we mnie pozostaly i na dodatek zapomnialam juz o co nam poszlo jak sie
                              rozwodzilismy.Bo nie pielegnuje w sobie negatywnych i chorych uczuc.




                              • mikawi Re: porzucenie kobiety 13.11.03, 10:39
                                konkubinko, mądra kobieta jesteś smile)))))))))))))))))))))))))))))))
                              • ashan Re: porzucenie kobiety 13.11.03, 10:43
                                konkubinka napisała:

                                " A poza tym piszac PODYSKUTUJECIE chodzilo mi o to aby moje przyjaciolki
                                macochy sprobowaly cos zawalczyc w sprawie podejcia Amfenix do zycia i bylego
                                meza."

                                Konkubinko miła, ona sama musi tego chcieć. Głosy z "wrogiego obozu" (nawet od
                                eks/next wink) nakłaniające do opamiętania nie są tym, na co Amfenix czeka. I
                                śmiem twierdzić, że nie byłaby w stanie tych racji nawet spokojnie wysłuchać.
                                Ona nie czeka na rady dotyczące jej postępowania, ale na potępienie kochanki i
                                teściów(męża już trochę mniej wink) i poparcie jej oburzenia i nienawiści sad.
                                Ja już takie dyskusje (lub bardzo podobne) przerabiałam. Teraz nie mam na to
                                siły sad. Dlatego dorzucam swoje trzy grosze tutaj...

                                "Bo nie pielegnuję w sobie negatywnych i chorych uczuc".
                                I to jest dowód na zdrowy instynkt samozachowawczy i podstawa zachowania
                                zdrowia psychicznego smile))))

                                pozdrawiam bardzo ciepło
                                ashan
                                • aagacia Re: porzucenie kobiety - mamo laury.... 13.11.03, 11:43
                                  szanowna mamo laury. przeczytaj sobie uwaznie posty ashan i konkubinki - to
                                  dziewczyny ktore sa i macochami i maja dzieci z poprzednich zwiazkow. wiele
                                  madrych slow napisaly.
                                  nie masz prawo osadzac czy to co pisze rozni sie od tego jak sie zachowuje -
                                  to po pierwsze. ja uwazam ze nasze stosunki z eks i z corka meza sa takie ze
                                  nie moga byc lepsze - to po drugie. a po trzecie - nie wczuwaj sie w to co
                                  moze sobie myslec dziecko. dziecko z reguly wiele spraw samo sobie tlumaczy i
                                  sa one dla niego proste a nie takie skomplikowane jak wydaja sie byc nam
                                  doroslym.
                                  nie bede sie powtarzac co do szczescia dziecka bo dziewczyny juz wszystko
                                  napisaly przede mna. zastanow sie czy w imie dobra dziecka nalezy na sile
                                  pozostac w zwiazku? to nie wyklucza tego ze mama bedzie plakac w poduszke.
                                  co do obnoszenia - nigdy nie twierdzilam ze trzeba sie z nowa miloscia
                                  obnosic - i wg tego co pisze postepuje. nie oceniaj, nie osadzaj i nie pisz
                                  bzdur jesli nie orientujesz sie w czyjejs sytuacji.
                                  a u amfenix nie znasz calej sytuacji, nie wiesz jaka byla przyczyna ich
                                  rozstania - bo jak napisala chalsia - ta trzecia jest tylko katalizatorem.
                                  • mama-laury Re: porzucenie kobiety - gaciu.... 13.11.03, 17:34
                                    no coz, nie rozumiesz mnie bo nie mam podobnego zdania jak ty ale z tego co
                                    czytam to zatracilas gdzies w tej napasci watek. jakos to przezyje.
                                    Nawiasem mowiac, wcale nie wygladasz na taka cholere
                                    • aagacia Re: porzucenie kobiety - gaciu.... 13.11.03, 17:51
                                      nie wiem czy te cholere mam traktowac jako obelge czy komplement..? nie
                                      zatracilam sie. dokladnie odpowiadam na tresc twoich postow i twe bzdurne
                                      zarzuty.
                                      • mama-laury Re: porzucenie kobiety - gaciu.... 13.11.03, 18:04
                                        no coz, kiedy pali nam sie grunt pod nogami niektorzy z nas zaczynaja atakowac
                                        innych.
                                        wiesz gaciuchu, w tym samym watku na samodzielnej jest bardzo madry post
                                        dobitnie skierowany do ciebie. radze zajrzec.
                                        i nie denerwuj sie tak bo dostaniesz zmarszczek!
                                        • jayin Re: porzucenie kobiety - gaciu.... 13.11.03, 18:31
                                          uu...?
                                          a to widzę jakieś wycieczki osobiste ktoś uskutecznia...?
                                          mamo-laury - takie "docinki" są trochę nie na miejscu na forumsmile jeśli chcesz
                                          prywatnie wnikać w temat stanu i wyglądu cery Agaci, to może jej to właśnie na
                                          prv napisz, czy jak? Bo tak na ogólnym to nie za "bałdzo" publikować się z
                                          takimi tekstami i w takim tonie.

                                          agacia - jak nie wiesz, czy to komplement, to uznaj, że TAK smile

                                          pozdr.

                                          Joanna

                                        • ashan Re: porzucenie kobiety - gaciu.... 13.11.03, 18:43
                                          hihihihihihihihihi smile))))))))))))))))))))))))))
                                          mamo-laury, przechodzisz samą siebie smile)))))))))))
                                          cóż za cudownie wyważony, merytoryczny i ściśle dotyczący tytułowego wątku
                                          post! Re-we-lac-ja! wink)))))))))))

                                          pozdrawiam zwijając się ze śmiechu
                                          ashan
                                        • aagacia Re: porzucenie kobiety - gaciu.... 13.11.03, 19:08
                                          oj mamo laury gratuluje poziomu intelektualnego, jak sama zreszta widzisz na
                                          stan mojej cery jeszcze dlugo nie bede narzekac. natomiast nie bede juz z toba
                                          dyskutowac bo nie ma co sie znizac do takiego poziomu.
                                          nie jestem zadna gacia ani gaciucha czy co tam sobie wymyslilas.
                                          i nie pali mi sie grunt pod nogami smile phi phi smile
                                • jayin Re: porzucenie kobiety 13.11.03, 12:41
                                  ashan napisała:

                                  > ona sama musi tego chcieć. Głosy z "wrogiego obozu" (nawet od
                                  > eks/next wink) nakłaniające do opamiętania nie są tym, na co Amfenix czeka. I
                                  > śmiem twierdzić, że nie byłaby w stanie tych racji nawet spokojnie wysłuchać.
                                  > Ona nie czeka na rady dotyczące jej postępowania, ale na potępienie kochanki
                                  i > teściów(męża już trochę mniej wink) i poparcie jej oburzenia i nienawiści :-
                                  (.


                                  tez mi się tak wydaje sad

                                  ja wiem, że trudno jest poradzić sobie czasem ze swoimi uczuciami,
                                  szczególnienegatywnymi, kiedy nie ma wkoło nic, co by nam dawało pozytywne
                                  uczucia. ale dlaczego nie można się przyznać po prostu: "Zazdrosna jestem,
                                  nadal coś do niego czuję, to boli i nie mogę patrzeć jak jest szczęśliwy z
                                  inną..." - tylko zasłaniać się dobrem dziecka?....

                                  a takie uczucia porzucenia czy zranienia po prostu muszą się wypalić. kiedyś
                                  zostanie po nich owszem jakaś blizna, ale nie będzie już tak bolało. wtedy
                                  łatwiej o obiektywniejsze przyjmowanie ocen i wypowiedzi w takich sprawach.

                                  J
                                  • femalespirit Re: porzucenie kobiety 16.11.03, 21:49
                                    A mnie sie nasuwa pare mysli, ze nie wszystko jest takie czarno-biale (wredna
                                    kochanka albo glupia uparta zona). Bylam w swoim zyciu i "kochanka" i zdradzona
                                    zona (chociaz nie porzucona).
                                    Dlatego potrafie zrozumiec Amfenix - jej uczucia sa calkiem normalne, wcale jej
                                    sie nie dziwie. Wscieklosc, zazdrosc, nienawisc to calkowicie normalne w tej
                                    sytuacji, chociaz na pewno nie jest to zupelnie zdrowe, ze mimo uplywu roku od
                                    odejscia meza te uczucia nie slabna. Ale moze dopiero teraz dotarlo do niej, ze
                                    to naprawde koniec. To normalny etap i predzej czy pozniej minie. Nawolywanie
                                    by je w sobie stlumic, czy "zachowywac sie z godnoscia" moga ja doprowadzic do
                                    ciezkiej choroby, bo tlumione emocje tak czy inaczej dadza o sobie znac. Z
                                    kolei jej maz to jakis tez niedojrzaly smarkacz, by w ten sposob przedstawiac
                                    dziecku swoja nowa partnerke, a przede wszystkim nie informowac Amfenix o tym,
                                    ze chce sie z nia rozwiesc (dziewczyna dowiedziala sie o tym otrzymawszy
                                    pozew)! Ktos, kto tak "tylnymi drzwiami" probuje zalatwic sprawe, musi sie
                                    liczyc z gwaltowna reakcja. Nie ma tez co udawac, ze bycie ta trzecia jest w
                                    porzadku, bo "malzenstwo rozpada sie miedzy dwojgiem ludzi, a zdrada to skutek
                                    rozpadu". Bardzo rzadko tak jest, ze ta trzecia pojawia sie, jak juz wszystko
                                    miedzy malzonkami jest skonczone; przeciwnie, to jej wlasna aktywnosc (wiem z
                                    obserwacji zyciowych i wlasnego doswiadczenia) do tego konca dodaje ostatnie
                                    kroki. Trzeba popatrzec sobie w lustro i wziac odpowiedzialnosc: 30% maz, 30
                                    zona, 30 kochanka. Tak mi sie wydaje (jako kiedys "kochance"), ze trzeba to
                                    uczciwie postawic. I powiem Wam, ze wiecej bym tego nie zrobila, jedyne co mnie
                                    usprawiedliwia za te sprawe z przeszlosci, to bardzo mlody wiek. Dzis, gdybym
                                    spotkala zonatego, kazalabym wrocic mu do znajomosci ze mna, jak ureguluje swe
                                    sprawy w ogole jej nie rozwijajac.
                                    Swojego obecnego meza poznalam jak juz byl wolny. Ale jego ex sie wsciekla, nie
                                    zyczyla sobie spotkan moich z jego dziecmi itd. Ja uwazam, ze nic na sile.
                                    Powoli i spokojnie. I musze Wam powiedziec, ze polityka kompromisu miedzy moimi
                                    dazeniami, a nie napinaniem stosunkow przynosi dobre efekty. Np. moi rodzice
                                    chcieli zaprosic nas z dziecmi mojego M. na weekend na dzialke. Uznalismy, ze
                                    nie spodobaloby sie to ich matce. Na razie poprzestaniemy na tym, ze dzieci
                                    bywaja u nas w domu. Naprawde nie trzeba od razu poswiecac swego zycia, by
                                    drugiej stronie troche ochronic uczucia. Czasem to mnie/nas niewiele kosztuje i
                                    wtedy warto to zrobic, bo pojscie na ostry konflikt nie ma sensu. Najlatwiej
                                    jest zrobic z ex wredna babe, z ktora trzeba walczyc. Trzeba byc
                                    czlowiekiem.
    • darcia73 Re: podyskutujecie? 13.11.03, 13:38
      Może się powtórzę moje uwagi z tego wątku na „samodzielnych” ale:
      1) porzucona kobieta ma prawo do negatywnych emocji i tego, by czuć nienawiść
      do kobiety, która w jakiś sposób zburzyła jej całe dotychczasowe życie; nie ma
      w takiej chwili znaczenia, kto jest winien rozpadu małżeństwa, czy mąż czy
      żona, bo zawsze są to kwestie dyskusyjne zgodnie ze stwierdzeniem „punkt
      widzenia, zależy od punktu siedzenia”. Mój eks mąż nie odszedł z domu, pomimo
      tego, ze był w związku z inna kobietą i dlatego ta cała sytuacja była jeszcze
      trudniejsza, ale po pewnym przyzwyczaiłam się do tego faktu. W jakiś sposób nie
      lubiłam „tamtej”, czułam się zazdrosna, myślałam w czym ona jest lepsza ode
      mnie. Później okazało się, ze wcale nie była, ucieczka mojego eks od problemów
      w naszym małżeństwie spowodowana była jego niedojrzałością, ponadto panienka
      naciągnęła go na baaardzo dużą sumę pieniędzy, zaczęła oszukiwać, robić
      straszne awantury a mój eks szybko znalazł sobie następną dziewczynę, w między
      czasie próbując wrócić do mnie, co się nie powiodło. Moje układy z obecna
      dziewczyną eksa są bardziej niż poprawne i mogę napisać, ze ją lubię, tym
      bardziej, ze ta dziewczyna nie rozbiła rodziny.
      2) negatywnych emocji skierowanych do tej drugiej jak i byłego nie powinno się
      pielęgnować, pomimo poczucia ogromnej krzywdy. Trzeba je stłamsić, bo nigdy nie
      wpływają one dobrze ani na nas same ani na osoby w naszym otoczeniu, w tym
      również nasze dziecko; następnym krokiem jest przejście nad zaistniała sytuację
      do porządku dziennego. Ja tak zrobiłam i dzisiaj mogę powiedzieć, ze jestem
      optymistycznie nastawioną do życia osobą, nawet z moimi ogromnymi problemami
      finansowymi. Powiedziałam sobie: stało się, mój mąż już mnie nie kocha, chce
      być z inną a ja musze nauczyć się z tym żyć i starać się, aby w moje życie
      wkradało się coraz więcej szczęśliwych chwil. To , ze jestem samodzielną mamą
      (na razie), nie może spowodować, aby stała się zgorzkniała kobietą. Jeżeli
      ktoś, kto wydawał się być mężem nie był w stanie dotrzymać przysięgi
      małżeńskiej, nie jest wart mojego smutku i zmiany osobowości. Niestety może
      kogoś obrażę, ale dla mnie przysięga małżeńska, decyzja by być z kimś na dobre
      i na złe, jest bardzo ważna. Jeżeli ktoś ja łamie, nie jest wierny, ucieka od
      problemów w inny związek, nie chce nic naprawiać, to taka osoba nie jest dużo
      warta. Wiem, ze każdy związek można naprawić, ale trzeba chcieć, i to chcenie
      musi wypływać z obu stron.
      3) Drugie żony maja lepiej, tak jak drudzy mężowie. Wiem cos na ten temat po
      sobie. Będąc z drugim facetem staram się nie popełniać błędów z poprzedniego
      związku, i niestety bardziej dbam o wzajemne relacje niż to miało miejsce w
      małżeństwie. Nie mogę sobie pozwolić na porażkę po raz drugi, dlatego osoba ,
      którą wybrałam była dobrze przeze mnie prześwietlona wink
      • aagacia Re: podyskutujecie? 13.11.03, 13:47
        darcia napisala :

        Drugie żony maja lepiej, tak jak drudzy mężowie.

        a z tym sie akurat nie zgadzam.nalezy tylko miec nadzieje ze wyciagna wnioski
        z poprzednich zwiazkow i postaraja sie ich unikac w nastepnych zwiazkach. nie
        jest latwiej.jest trudniej bo trzeba nauczyc sie tolerancji, cierpliowsci i
        umiec spojrzec na swoje zycie troszke z dystansu.
        • chalsia Re: podyskutujecie? 13.11.03, 23:32
          AAgaciu,

          Darcia napisała, że nexty (obojga płci) mają LEPIEJ, a to nie znaczy, że
          łatwiej. Jak dla mnie to co Darcia napisała jest równoznaczne z tym co Ty
          napisałaś.

          Pozdrawiam,
          Chalsia
      • kasjusz3 Re: podyskutujecie? 14.11.03, 16:59
        Darcia napisała: Niestety może kogoś obrażę, ale dla mnie przysięga małżeńska,
        decyzja by być z kimś na dobre i na złe, jest bardzo ważna. Jeżeli ktoś ja
        łamie, nie jest wierny, ucieka od problemów w inny związek, nie chce nic
        naprawiać, to taka osoba nie jest dużo warta. Wiem, ze każdy związek można
        naprawić, ale trzeba chcieć, i to chcenie musi wypływać z obu stron."

        Bełkot, bełkot, bełkot.
        Nie można naprawic związku, w którym umarła miłość.

        A teksty o "rozbiciu rodziny" czy "wejściu komuś w małżeństwo"
        to worek, do którego pokrzywdzone i opuszczone kwalifikuja
        wszystko oprócz własnej winy.

        pozdrawiam
        • darcia73 Re: podyskutujecie? 17.11.03, 11:10
          kasjusz3 napisała:

          > Bełkot, bełkot, bełkot.
          > Nie można naprawic związku, w którym umarła miłość.
          >
          > A teksty o "rozbiciu rodziny" czy "wejściu komuś w małżeństwo"
          > to worek, do którego pokrzywdzone i opuszczone kwalifikuja
          > wszystko oprócz własnej winy.

          Nie wiem czy ty jesteś on czy ona, ale czasami jak czytam jakie głupoty o tym,
          jak "umarła miłość" to dostaje białej gorączki. Czasami mam ochotę, żeby
          partner takiej osoby jak ty, zostawił ja , bo umarła miłość. Może wtedy chociaż
          trochę zrozumiałbyś/ zrozumiałabyś o co chodzi. Kiedy zakłada się rodzinę i ma
          dziecko nie można hedonistycznie podchodzić do życia i czekać aż ktoś zaspokoi
          twoje potrzeby. Trzeba nauczyć się tez dawać i rezygnować z czegoś na rzecz
          dobra rodziny. Miłość to nie tylko namiętność, która odczuwa się każda częścią
          ciała, to także przywiązanie i bycie z kimś nawet w tych złych chwilach, kiedy
          nam się wydaję, ze ta druga osoba nas nie rozumie, to pozytywne nastawienie i
          chęć rozwiązywania problemów. nigdy w życiu nie związałabym już się z
          człowiekiem, który opuściłby mnie, bo umarła miłość. Bo tak naprawdę jeżeli
          byłą w zwiazku miłosć to ona nigdy nie umiera. Miłość trzeba pielęgnować i
          wybierać na partnera odpowiednią osobę, nie tylko ze względu na namiętność ,ale
          i inne cechy, które pozwolą tworzyć zgodny związek. Niestety mój eks nie
          przestał mnie w jakiś sposób kochać, co jest teraz przykre i dla mnie i dla
          niego, kiedy oboje mamy nowych partnerów. Moja miłość do niego jako do męża
          przeszła ale dopiero po wielu oszustwach i kto wiem, może gdyby wtedy nie
          ciągnął nowego związku, potem który szybko się rozpadł, nadal bylibyśmy razem?
          ale ta milosć nie umarła, ona przekształciłą się w inny rozdzaj uczucia, który
          trudno mi nazwać. Teraz tez cos do niego czuję, ale jest ta taka
          miłosc „braterska”, ale coś tam jest mimo wszystko.
    • stepmum Re: podyskutujecie? 13.11.03, 21:07
      ja tylko sie chcialam wypowiedziec co mysle na temat 'papierka rozwodowego'.
      Smieszy mnie, stwierdzenie 'ja zona ona kochanka' w momencie, kiedy ow maz
      mieszka juz z inna kobieta a rozwod w toku... W momencie zlozenia pozwu,
      ktoras strona, a moze obie 'sciaga obraczke'. W tym momencie nie rozumiem tej
      niemoralnosci? Czekania do orzeczenia sadu. To takie jak dla mnie
      upokarzajace, ta chec na sile zostania jak najdluzej zona, kiedy facet
      ewidentnie nie chce juz ze mna byc... i chodzi mi tu o ten aspekt zona-
      kochanka, a nie o sprawy podzialu czy takie tam.
      A swoja droga to nie wiem czy u autorki postu pozew zostal zlozony czy nie.
      • ashan Re: podyskutujecie? 13.11.03, 21:19
        wyprowadził się rok temu, pozew złożył kilka m-cy temu, w tajemnicy przed nią,
        teraz dostała wezwanie na rozprawę pojednawczą. To tyle "plotek", hihihi.
        Sytuacja przykra dla babki niewątpliwie... A dzieciaka szkoda sad wątek na
        naszym forum potoczył się, jak już pewnie zauważyłaś, w dziwnym kierunku, więc
        chyba czas go zamykać...
        pozdrawiam smile
        ashan

        ps. fajnie, ze się odezwałaś smile
        • stepmum Re: podyskutujecie? 13.11.03, 21:30
          Aha - to na temat plotek.
          Troche czasu brak, a troche problemow 'w temacie' wink
          Troche jednak podczytuje... i ucze sie na przyszlosc smile
          • ashan Re: do stepmum 13.11.03, 21:38
            Na brak czasu rady nie ma sad
            Czytaj, czytaj - lepiej uczyć się na cudzych błędach smile))

            pozdrawiam
          • konkubinka Re: podyskutujecie? 14.11.03, 09:06
            Wlasnie Stepmum mnie tez to strasznie dziwi.To jest nagminne w sadach ze jedna
            ze stron nie zgadza sie na rozwod bo nie i juz.Jakas paranoja.Nasza ex
            zdradzala i dlatego moj M zlozyl pozew.I przez poltora roku ciagnela sie sprawa
            bo ona twierdzila ze nie da mu rozwodu bo go kocha (nadal spotykala sie z
            innymi)Przez to przeciaganie spraw jako biedna samotna matka stracila kupe kasy
            na sady i adwokatow a M poprostu zaczal czuc do niej niechec.
            Nawet przyprowadzila kochanka i jego zone do sadu i zaswiadczali ze nic ich nie
            laczy.
            Mimo ze adwokaci mowili ze jezeli strona chce rozwodu to i tak go dostanie
            predzej czy pozniej do niej to nie docieralo tyulko robila z siebie taka szmate
            (sorry.).
            I ta Amfenix tez- nie mysli o dziecku o sobie tylko o tym zeby nie dac
            rozwodu , wydluzyc sprawe (jej kolejny watek o tym mowi)Jakis absurd...Poszlaby
            do fryzjera , kosmetyczki , ubrala sie zamiast placic za kupione zwolnienie do
            sadu.Tak samo jak nasza - nie jest brzydka , jest dosc mloda....I taka byla
            moja matka - zawsze ladna energiczna , ale nie mogla i nie moze do dzis
            scierpiec porzucenia wiec jest sama.Teraz kazdy widzi ze dran ulozyl sobie
            zycie a ona sama....
            • chalsia Re: podyskutujecie? 14.11.03, 10:30
              Konkubinko,
              o ile pamiętam ten wątek Amfenix, to głównym powodem do przeciągania rozwodu
              jest kwestia majątkowa i zabezpieczenia finansowego, a nie irracjonalnej
              chęci "utrzymania" statusu żony.
              Pozdrówko,
              Chalsia
              • konkubinka Re: podyskutujecie? 14.11.03, 10:37
                Przyznaje Chalsiu ze watki czytam niedokladnie bo musze oszczedzac
                impulsy.Przyznaje tez ze na Samodzielnej zmienilam nick bo moj tutejszy z gory
                skazalby mnie na niechec samodzielnych a czasem az sie prosi zeby
                pouczestniczyc w jakiejs dyskusji.Potrafie sie czesto postawic w ich syytuacji
                bo bylam sama z dzieckiem przez dwa lata a w zasadzie to nadal z moim synem
                jestem sama.Tylko ze ja strasznie kocham dzieci i uwazam ze zycie bez facetow
                byloby ponure dlatego staram sie byc obiektywna i bardzo czesto nie moge sie
                utozsamiac z samotnymi z forum.
                Pozdrawiam
                chalsia napisała:

                > Konkubinko,
                > o ile pamiętam ten wątek Amfenix, to głównym powodem do przeciągania rozwodu
                > jest kwestia majątkowa i zabezpieczenia finansowego, a nie irracjonalnej
                > chęci "utrzymania" statusu żony.
                > Pozdrówko,
                > Chalsia
                • konkubinka Re: podyskutujecie?- porzucenie 17.11.03, 11:02
                  znalazlam to na wstroneojca:] Temat: Kamień porzucenia

                  wyslane przez Ojciec dnia 2003-10-28 08:30:46
                  [Mozilla/4.0 (compatible; MSIE 6.0; Windows NT 5.1; .NET CLR 1.0.3705)]

                  --------------------------------------------------------------------------------




                  Albo do mnie wróci, albo go zniszczę to jedna z postaw charakterystycznych dla
                  porzuconych kobiet. Druga jest diametralnie różna: Dam sobie radę bez niego.

                  Podstawowe znaczenie dla kobiety porzuconej ma to, jak ona sama traktuje
                  porzucenie. Może ono stać się kamieniem u szyi, który ciągnie ku zatraceniu -
                  często w dosłownym znaczeniu tego słowa, bowiem wiele kobiet w rozpaczy
                  podejmuje próby samobójcze, niekiedy kończące się śmiercią.

                  Może jednak być kamieniem - pozostańmy przy tym porównaniu - na który staje
                  się, aby zobaczyć więcej, aby wspiąć się wyżej. Bo kamieniem porzucenie jest
                  zawsze. Tym cięższym, im więcej miłości, nadziei i zaufania miała kobieta do
                  człowieka, który okłamał, zdradził i porzucił.

                  Do lekarzy rodzinnych i psychoterapeutów zgłasza się coraz więcej kobiet
                  cierpiących z powodu syndromu opuszczenia. Składają się na niego objawy
                  dwojakiego rodzaju: psychosomatyczne (choroba wrzodowa, nadciśnienie, choroba
                  wieńcowa, astma oskrzelowa) oraz depresyjne i depresyjno-lękowe. Te pierwsze są
                  wynikiem pełnej napięć sytuacji domowej poprzedzającej porzucenie. Organizm
                  kobiety reagował na sygnały, że dzieje się coś złego, wcześniej niż ona sama
                  była skłonna to sobie uświadomić, broniąc się przed zmianą obrazu swego związku
                  i partnera. Ten rodzaj objawów sprowadza je najczęściej do lekarzy rodzinnych.
                  Natomiast z objawami depresyjnymi i lękowo-depresyjnymi kobiety zgłaszają się
                  do psychiatrów i psychoterapeutów. Pojawiają się, gdy rozstanie jest już
                  faktem, któremu nie daje się zaprzeczyć.

                  Porzucone kobiety zgłaszające się na terapię, poszukujące pomocy, można
                  podzielić na dwie grupy. Do pierwszej zaliczam te, które nie mogą i nie chcą
                  pogodzić się z odejściem partnera. Na terapię przychodzą po to, aby znaleźć
                  sposób na zatrzymanie mężczyzny lub jego powrót. Ich poczucie własnej wartości
                  jest kruche i zbudowane na wzmocnieniach płynących z zewnątrz, szczególnie od
                  ważnych osób: rodziców, potem męża i dorastających dzieci. Można powiedzieć, że
                  we własnej świadomości istniały tylko jako część większej całości. Kobiety z
                  tej grupy podejmują próby samobójcze - albo jako rozpaczliwy sposób zatrzymania
                  partnera, albo w poczuciu, że ich życie straciło sens i jest tylko bólem i
                  cierpieniem. Na ogół nie są zainteresowane szukaniem oparcia w sobie,
                  zrozumieniem sytuacji, w jakiej się znalazły, i poszukiwaniem dróg wyjścia z
                  bolesnej zależności. Powodem do dalszego życia i działania może stać się dla
                  nich myśl o zemście na mężu i jego kochance. Dotychczasowa miłość przeradza się
                  w nienawiść, która jest tą samą zależnością, tylko „z odwrotnym znakiem”.

                  Oto historia Sabiny ilustrująca ten właśnie sposób przeżywania utraty męża - i
                  złudzeń. Sabina ma trzydzieści parę lat. Nie pracuje zawodowo, zajmuje się
                  domem i wychowywaniem dzieci (16, 14 i 10 lat). Jej mąż, Tomasz, jest
                  właścicielem dobrze prosperującej firmy. Są - a raczej byli - małżeństwem przez
                  18 lat. Poznali się jeszcze przed maturą, a pobrali na studiach, wspierani
                  materialnie i emocjonalnie przez rodziny obojga. Byli dla siebie pierwszymi
                  partnerami seksualnymi. O ich małżeństwie znajomi mówili z podziwem i
                  zazdrością. Sabina żyła w poczuciu pewności, bezpieczeństwa i szczęścia. Gdy
                  urodziła dzieci, przestała pracować. Tomasz był zresztą z tego zadowolony.
                  Dobrze zarabiał, więc mógł sam utrzymać rodzinę. Czuł się dumny z tego powodu.

                  Sabina nie była zazdrosna o męża, toteż żartami kwitowała uwagi wspólnych
                  znajomych na temat młodej sekretarki towarzyszącej szefowi we wszystkich jego
                  krajowych i zagranicznych podróżach. Po raz pierwszy zaniepokoiła się, gdy
                  Tomasz zawiadomił ją, że wyjeżdża na tydzień, aby opracować nowy biznesplan dla
                  swojej firmy. Stanowczo, a nawet z rozdrażnieniem odmówił Sabinie, kiedy
                  zaproponowała, że z nim pojedzie. Tłumaczył, że ma zamiar pracować i będzie mu
                  w tym pomagać jego prawa ręka, sekretarka Basia. Twierdził, że czułby się źle,
                  nie mogąc zajmować się żoną.

                  Po jego wyjeździe niepokój Sabiny narastał. Mąż miał wyłączony telefon
                  komórkowy, nie dzwonił też do domu, chociaż wiedział, że jedno z dzieci było
                  chore. Po powrocie nie pocałował jej na powitanie, zdawkowo odpowiadał na
                  pytania, w nocy odsuwał się od niej.

                  Następne dni i tygodnie nie przyniosły poprawy sytuacji. Tomasz wracał późno z
                  pracy, zamykał się w pokoju i prowadził długie rozmowy telefoniczne. Sabina
                  chodziła z zaczerwienionymi oczami i milczała. Gdy pytała męża, czy stało się
                  coś złego, on odpowiadał, że nie ma ochoty rozmawiać, kiedy w domu jest tak
                  ciężka atmosfera. Czasami przychodził sztucznie ożywiony, przynosił żonie drogi
                  prezent, umawiał się z dziećmi na wycieczkę. Po czym znów następował okres,
                  kiedy Tomasz albo milczał, albo reagował irytacją na wszystko, co działo się w
                  domu.


                  Albo do mnie wróci, albo go zniszczę to jedna z postaw charakterystycznych dla
                  porzuconych kobiet. Druga jest diametralnie różna: Dam sobie radę bez niego.

                  Sabina przeżywała na przemian okresy paniki i nadziei, że wszystko się ułoży.
                  Zaczęła miewać napady duszności i bóle głowy. Ukrywała wszystko przed rodziną i
                  znajomymi, a dzieciom mówiła, że tatuś jest po prostu przepracowany. Pewnego
                  wieczoru Tomasz zaproponował żonie pójście do kina. Kiedy wracali, powiedział
                  jej, że spotkał inną kobietę, z którą łączy go wyjątkowe uczucie i z którą chce
                  zamieszkać, być może nawet ożenić się. Mówił coś jeszcze, ale Sabina nic nie
                  słyszała. Gdy wrócili do domu, zamknęła się w łazience i połknęła wszystkie
                  leki, jakie znalazła w apteczce.

                  Po wyjściu ze szpitala Sabina zgłosiła się do terapeuty. Pytała, jak ma
                  postępować, aby mąż jednak nie wyprowadził się do kochanki. Czy spać z nim w
                  jednym łóżku, choć wie, że późną nocą wraca od tamtej? Czy czekać z obiadem do
                  północy i prasować mu stos koszul? A może jeszcze coś innego? Nie była nawet
                  zainteresowana tym, co znaczył dla jej dzieci fakt, że znalazły ją nieprzytomną
                  w łazience i wzywały pogotowie. Uwaga Sabiny była skoncentrowana na tym, jak
                  zatrzymać męża i zemścić się na rywalce. Nie chciała, aby w czasie terapii
                  zająć się także nią jako osobą, która jest kimś więcej niż tylko zdradzoną
                  żoną, aby zająć się jej uczuciami i tym, co ma, a nie tylko tym, co traci. Na
                  jednej z sesji zapytała: Czy jest gwarancja, że gdy zajmę się sobą, moje
                  małżeństwo będzie uratowane?. Zrezygnowała z terapii wobec braku takiej
                  gwarancji. Powiedziała o swoim mężu: Zapłaci mi za to!. I postanowiła pójść do
                  adwokata.

                  Druga grupa kobiet to te, które w sytuacji zdrady i opuszczenia przez
                  najbliższego im człowieka decydują się postąpić tak, aby zachować swoją
                  godność, uwolnić się od gniewu i żalu, nie zaprzeczając im. Do nich może
                  stosować się powiedzenie: Co nas nie zabije, to nas wzmocni.

                  Ewa jest prawie sześćdziesięcioletnią kobietą. Mąż opuścił ją po ponad
                  trzydziestu latach małżeństwa, które uważała za szczęśliwe, zgodne i oparte na
                  głębokiej przyjaźni. Gdy się poznali, oboje mieli już za sobą nieudane związki.
                  Ewa pamięta słowa męża powiedziane w dniu ślubu: Jakie to szczęście, że nie
                  poznaliśmy się jako bardzo młodzi ludzie, bo nie wiedzielibyśmy, jakie to
                  straszne być bez siebie. Teraz wiemy, że już zawsze będziemy razem.

                  Oboje wykonywali artystyczne zawody na tyle bliskie, że mogli wspierać się radą
                  i życzliwą krytyką, na tyle zaś odległe, że każde z nich miało własne,
                  niezależne terytorium. Wychowali syna. Ojciec był dla niego wzorem. Chłopak
                  skończył studia i ożenił się, po czym wyjechał z żoną na stypendium do Kanady.
                  Właśnie po jego wyjeździe, gdy Adam i Ewa siedzieli przy kominku w
                  • darcia73 Re: podyskutujecie?- porzucenie 17.11.03, 11:26
                    mozna ciąg dalszy? bardzo ciekawe...
                    • konkubinka Re: podyskutujecie?- porzucenie 17.11.03, 13:21
                      darcia73 napisała:

                      > mozna ciąg dalszy? bardzo ciekawe...
                      sorry,cos ucielo

                      Oboje wykonywali artystyczne zawody na tyle bliskie, że mogli wspierać się radą
                      i życzliwą krytyką, na tyle zaś odległe, że każde z nich miało własne,
                      niezależne terytorium. Wychowali syna. Ojciec był dla niego wzorem. Chłopak
                      skończył studia i ożenił się, po czym wyjechał z żoną na stypendium do Kanady.
                      Właśnie po jego wyjeździe, gdy Adam i Ewa siedzieli przy kominku w ich
                      ukochanym domu, on powiedział: Przestałem cię kochać i nie jestem pewien, czy
                      mogę nadal być z tobą.

                      To, co działo się potem, Ewa opisuje następująco: Poczułam się tak, jakbym
                      dostała cios między oczy. Płakałam, prawie nie czując, że płaczę. Słyszałam, że
                      Adam coś mówił - zdaje się, że jemu też jest ciężko. Następne dni i tygodnie
                      były koszmarem. Odmawiał wyjaśnień, mówiąc, że jest mu trudno rozmawiać, gdy
                      widzi, jak to przeżywam. Jedno tylko stale powtarzał: nie ma w nim nic, co
                      mogłoby służyć ratowaniu naszego związku. Niebawem okazało się, że Adam od
                      dawna jest związany z dużo ode mnie młodszą kobietą, a ona i ich wspólni
                      znajomi są utrzymywani w przekonaniu, że łączą mnie z Adamem tylko siostrzano-
                      braterskie stosunki. Wkrótce wyprowadził się do kochanki i wniósł sprawę o
                      rozwód. Tonęłam. I chociaż w najgorszych chwilach modliłam się o jego powrót
                      albo śmierć, okazało się, że pojawia się we mnie chęć życia, że życie jest dla
                      mnie większą wartością niż związek z kimkolwiek. Nie chciałam ukrywać niczego i
                      udawać, nie chciałam szukać gorączkowo przypadkowych spotkań i udowadniać sobie
                      oraz światu, że jeszcze żyję, że jestem kobietą, a nie staruszką. Pracowałam i
                      byłam szczęśliwa, że w swoich obrazach mogę wyrazić to, co czuję. Szukałam
                      pomocy u przyjaciół i rodziny - nie zawiodłam się. Otrzymałam także pomoc
                      profesjonalną ze strony mądrego, dobrego człowieka, który umiał słuchać, nie
                      pocieszając. On pomógł mi godzić się z trudną rzeczywistością bez użalania się
                      nad sobą i towarzyszył mi w odszukiwaniu i odkurzaniu wartości, które dla ludzi
                      szczęśliwych są tak oczywiste, że aż niezauważalne: miłości mimo wszystko,
                      wiary w boską i ludzką dobroć, w wartość dawania i brania. I chociaż wiem, że
                      nigdy już nie będę dla nikogo najważniejszą osobą na świecie bywam szczęśliwa.
                      Umiem też pozwolić sobie na smutek, bo rozumiem, że i on musi minąć. Wiem, że z
                      czasem będę mogła wspominać nasze szczęśliwe lata. Ale teraz trzymam je
                      zamrożone, aby pozwolić sobie na zagojenie się głębokiej rany zadanej mi przez
                      człowieka, któremu tak ufałam. Po tym, co przeżyłam, jestem ta sama, ale nie
                      taka sama. Może to dobrze?.

                      Cóż mogłabym dodać do tego świadectwa Ewy, którego wysłuchałam trzy lata po jej
                      rozwodzie? Jest malarką, a jej wystawa spotkała się ostatnio z bardzo
                      życzliwymi ocenami. Została babcią bliźniąt. Dom Ewy jest miejscem spotkań
                      wielu przyjaciół.

                      O Adamie nie chce rozmawiać. To ciągle jeszcze za bardzo boli.

                      Lidia Mieścicka
                      Charaktery, listopad 2003.

                      Lidia Mieścicka jest lekarzem i psychoterapeutką, pracuje w Poradni Intra w
                      Warszawie. Wydała dwie książki: Nie poddawaj się smutkowi i Być matką dorosłych
                      dzieci. Ma dwie dorosłe córki i pięcioro wnucząt. Jej hobby - wszystko, co
                      żywe: ludzie, zwierzęta, ptaki, rośliny.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka