twoj_aniol_stroz
14.02.08, 09:25
Opowiem Wam coś co trwa od tygodnia i jest dla mnie bardzo trudną
lekcją w różnych tematach. OSTRZEGAM, ŻE DŁUGIE I ZAWIŁE

)
Otóż poprzez zaprzyjaźnioną siostrę Teresę poznałam dziwczynę z
patologicznej rodziny, która właśnie dzieki pomocy Urszulanek
stanęła na nogi, zdala maturę i jakoś ułożyła sobie życie.
Zdrowotnie bardzo słaba, chore nerki i wątroba. Ostatni okazało się,
że tak chore, że wątroba nie nadaje się nawet do zakwalifikowania do
przeszczepu. W tej sytuacji dziewczyna zwrócila się po pomoc do
siostry Teresy i siostry zorganizowały wizytę u transplantologa,
może jednak da się coś zrobić, jeżdżą do niej z jedzeniem,
sprzątnąć, zorganizowały dzieciom przedszkole, opiekunkę, która
odprowadza i przyprowadza dzieci itp. W międzyczasie przyjechałam do
domu samotnej matki (bywam z różnymi rzeczami, które dostaję od
dobrych ludzi) i okazało się, że dotychczasowi opiekunowie pojechali
na urlop, a na zastępstwie jest pani Hania, która prosiła
dziewczyny, żeby mnie przedstawiły jak przyjadę. Ok. Przyszlam do
domu, przywitałam się z panią Hanią, która udala się do swoich
zajęć, a ja w kuchni z dziewcznami robiłam kawę. Jedna zaczęła
biadolić na cośtam, więc już w jadalni mówię im, że to pryszcz,
opowiem Wam o dziewczynie, bo faktycznie jest problem: ma 5 dzieci,
marskość wątroby właściwie nie do wyleczenia, jej mężowi
zdiagnozowali raka jelita grubego i jest właśnie po operacji, ona w
sumie lada moment moze umrzeć. Na co odzywa się pani Hania, że ona
jest zielarką i może tu pomóc (zioła + kosmetyki z Morza Martwego).
Powiedziałam przez telefon o tym siostrze Teresie i umówiłyśmy się
na wizytę z tą dziewczyną na wtorek. W międzyczasie zebrałyśmy
pieniądze potrzebne na wykupienie leków. We wtorek zielarka zbadała
dziewczynę i orzekla, że są spore szanse na poprawę stanu tej
watroby, jeśli nie na wyleczenie, to na pewno na doprowadzenie do
sytuacji gdzie transplantacja stanie się możliwa. Wszystko ok,
szczęście wielkie, bo da się dziewczynę uratować. Dziewczyna jak
najbardziej chetna, zadowolona z wizyty, zachwycona spokojem i
dobrocią tej zielarki, gotowa wypróbować tę kurację itd. Niestety
szczęście nie trwało długo, bo późnym wieczorem tego samego dnia
dzwoni pani Hania z informacją, że dziewczyna odwołała kurację, na
zasadzie nie bo nie, przy czym (co najabrdziej mnie uwiera) nie
zadzwonila nawet do siostry, gdybym nie dowiedziała się od pani
Hani, to nie wiedziałybyśmy do teraz o tym, że ona tę kurację
odwołała. Przy czym preparaty jakimi miała byc leczona nie wymagały
odstawienia obecnych leków, nie wchodziły z nimi w interakcje, mają
wszelkie certyfikaty bezpieczeństwa. Nawet jeśli nie pomogą to
dziewczyna nic nie ryzykuje, bo nie płaci za to. Właśnie dlatego mam
wrażenie, że tu jest problem z wzięciem pomocy od drugiego
człowieka. Dużo latwiej jest prosić o pomoc Boga i czekać na cud,
tyle, że ten cud to wcale niekoniecznie musi byc natychmiastowe
uzdrowienie, to mogą być ludzie postawieni na drodze. Tak bardzo bym
chciała, żeby spróbowała, żeby dała szansę. No nic, co ma byc to
bedzie, przecież nie jestem w stanie zmusić dziewczyny. A może
jestem w stanie? Może nie zrobilam jeszcze wszystkiego co mogłam
zrobić? Może za szybko się poddałam? Kurcze, nie wiem, po prostu nie
wiem.