Dodaj do ulubionych

Eksperyment z PRLem

12.10.11, 08:19
Autor reportażu na pół roku postanowił "przenieść się do PRLu". Tu zajawka, cały artykuł dostępny w wydaniu papierowym. Co o tym sądzicie?

wyborcza.pl/1,75404,10413628,Nasz_maly_PRL.html
Obserwuj wątek
    • ewa9717 Re: Eksperyment z PRLem 12.10.11, 08:28
      Durnowate. Taki Peerel jak na zdjęciach (wyposażenie mieszkania) wielu ma do dziś, i wcale nie z racji głupiego eksperymentu. Państwo dziennikarzostwo się bawią, a niech tam, tylko głupia ta zabawa i w sumie nic z niej nie wynika.
      PS A w Peerelu żaden dwuletni dzieciak z tetrową pieluchą nie latał, kole roczku się tałatajstwo odpieluchowywało ;)
      • mallard Re: Eksperyment z PRLem 12.10.11, 10:09
        ewa9717 napisała:

        > PS A w Peerelu żaden dwuletni dzieciak z tetrową pieluchą nie latał, kole roczku się
        > tałatajstwo odpieluchowywało ;)

        Tuturutu pęczek drutu!
        Osobiście do 3 roku tarabaniłem w majty, wiem to z pierwszej ręki (od Mamy)
        • a_weasley Re: Eksperyment z PRLem 12.10.11, 10:13
          mallard napisał:

          > ewa9717 napisała:

          >> kole roczku się tałatajstwo odpieluchowywało ;)

          > Tuturutu pęczek drutu!
          > Osobiście do 3 roku tarabaniłem w majty,

          Znałem takiego, co miał 5 lat i jeszcze żywił się z mlekomatu. Ale standard był taki, jak pisze Ewa.
          • ewa9717 Re: Eksperyment z PRLem 12.10.11, 10:17
            No jasne, że były wyjątki, ale pralki automatyczne to gdzieś tak za Gierka się pojawiły chyba i wcale nie od razu trafiły pod wszystkie strzechy. Pranie i gotowanie tetrzaków przez kilka lat przerastało chyba siły, wyobraźnię i moce przerobowe ;)
            • horpyna4 Re: Eksperyment z PRLem 12.10.11, 11:31
              Gotowanie pieluch za wczesnej komuny odbywało się w specjalnie do tego przeznaczonych dużych garach. Ale przynajmniej było mydło, z którego można było sobie nastrugać płatków.

              Za późnej komuny były wprawdzie pralki automatyczne, ale często nie można było dostać do nich odpowiedniego proszku; mydła też nie. Jeżeli niemowlak miał alergię na dostępny wtedy proszek Cypisek, to pozostawało spłukiwanie pieluch i gotowanie w samej wodzie. Ja wprawdzie tego nie przerabiałam, ale krewni i znajomi już tak; była to połowa lat 80.
            • a_weasley Re: Eksperyment z PRLem 12.10.11, 11:34
              Ewa9717 napisała:

              > pralki automatyczne to gdzieś tak za Gierka się pojawiły chyba

              Zgadza się.

              > i wcale nie od razu trafiły pod wszystkie strzechy.

              Bba. W 1986 r. takie ustrojstwo kosztowało 2-3 średnie krajowe.
              Za Gierka nie wiem, ale na 1972 r. ktoś podawał, że nieautomat kosztował 1620 (przy średniej niższej niż obecnie), a na 1962 katalog DSW podaje 1950-2200 (przy średniej krajowej 1680).

              > Pranie i gotowanie tetrzaków przez kilka lat przerastało chyba siły,
              > wyobraźnię i moce przerobowe ;)

              Nie mówiąc o tym, że nie ma w sprzedaży i wtedy też nie było pralek, które by pieluchę zdjęły z dziecięcia i założyly nową. Taką pralkę to miała przed wojną moja babcia.
                • artjomka Re: Eksperyment z PRLem 19.10.12, 12:21
                  tymon99 napisał:

                  > w 1975 średnia pensja to było coś między 3-4 tysiące złotych. pralka automatycz
                  > na polar ps-663 bio kosztowała 9500zł. plus tysiąc dla kierownika sklepu.

                  Witam Tymon!
                  A ile kosztowaly wtedy malakser, oraz blender? (to tak w kontekscie forumowej dyskusji o nowomowie).
                  Pozdrawiam!
                    • artjomka Re: Eksperyment z PRLem 19.10.12, 18:30
                      Dzieki Tymon, za odpowiedz!
                      Wlasciwie to cena tych urzadzen nie jest wazna.
                      Myslalem, ze jako uwazny obserwator PRL-owskich realiow, odpiszesz - ze takich "maszyn" wtedy nie bylo (pod takimi nazwami).
                      Wlasciwie chodzilo mi o nazewnictwo nowomowne w kontekscie Twojej notatki cenowej.

                      Pozdrawiam w weekend - u nas na Slasku szlustydniem zwanym!
                  • a_weasley Ile kosztował mikser 19.10.12, 19:42
                    Malakser to nie wiem, nawet nie wiem co to jest, oprócz że coś do mechanicznej obróbki żywności, ale młynkomikser, noszący wtedy dumną nazwę robota kuchennego, 800-1300 zł.
                    Najwyraźniej były niezwykle trwałe, bo właśnie je najczęściej wymieniano w wątku "Jakie urządzenie z PRL jeszcze działa u was". Też taki mieli rodzice, potem ja przejąłem i używałbym dotąd, ale żona wolała kupić nowy niż dać naprawić mocno już wytłuczone łożyska.
                    • artjomka Re: Ile kosztował mikser 19.10.12, 21:10
                      Hi a_weasley!

                      Dlugowiecznosc produktow PRL-owskich, to napewno ciekawy temat.
                      Niestety malo na ten temat moge powiedziec, jako ze juz ponad polowe mego zycia jestem poza Polska.
                      To co wiem, nie wiem z autopsji - a z opowiadan uzytkownikow w tamtych czasach.
                      Wiem, ze rozmaite elektronarzedzia - licencyjne Boschki - nie byly dlugozywotne. A inne? Czesto produkowane w Polsce pod nazwami niepolskimi, mogly asosjowac miejsce swej produkcji, tylko przez niska cene. A takie rzeczy byly a'priori traktowane jako niskowartosciowe.
                      Mam przed soba - z mojego archiwum kuriozow - ...Karte Garancyjna Na Grzalke Nurkowa (dlaczego wszystko z duzej litery - nie wiem). Producent - Zaklady Wytworcze Urzadzen Termotechniicznych M14 w Lodzi -, daje na to urzadzenie 6 miesiecy gwarancji.
                      Nie wiem, czy byla to prawdomownosc producenta, czy rzeczywista dlugowiecznosc grzalki.
                      Na drugiej stronie papierka znajdujemy instrukcje obslugi, ktora zrozumialby prawdopodobnie nawet obecny absolwent Wyzszej Szkoly Krojenia Chleba. Wtedy byla ona na poziomie pojmowania techniki przez robotnika i chlopa (a czasem i inteligenta pracujacego)
                      I jeszcze jedno. Ze stempli na Karcie dowiadujemy sie, ze grzalka ta produkowana byla pomiedzy ..8 Grudnia 1959 (pierwszy stempel), a 20 Sty(cznia) 1960.
                      Sprzedano ja w dniu 27.5.60 w ...Miejskim Handlu Detalicznym Artykulami Roznymi Sklep Nr 61 w Katowicach Mlynska 2...

                      Ciekawe, ile lat ta grzalka grzala?
                      Pozdrowienia
                      • a_weasley Re: Ile kosztował mikser 20.10.12, 23:53
                        Artiomka scripsit:

                        >Producent - Zaklady Wytworcze Urzadzen Termotechniicznych M14 w Lodzi -,
                        > daje na to urzadzenie 6 miesiecy gwarancji.
                        > Nie wiem, czy byla to prawdomownosc producenta,
                        > czy rzeczywista dlugowiecznosc grzalki.

                        Prawdopodobnie ustawowy termin gwarancji. I nic poza tym.
                        To, że w latach 90-tych na większość samochodów europejskich dawano gwarancję roczną, w porywach dwuletnią, nie znaczy, że trzyletni samochód nie nadawał się do użytku.
        • matylda1001 Re: Eksperyment z PRLem 24.10.11, 12:51
          mallard napisał:

          > Tuturutu pęczek drutu!
          Osobiście do 3 roku tarabaniłem w majty, wiem to z pierwszej ręki (od Mamy)<

          Pozwoliłeś sobie na grube nadużycie cierpliwości Rodzicielki;)
          Przy ówczesnej modzie na produkowanie progenitury, na zasadzie "co rok - prorok", przy 3-letnim, tetrowym cyklu, niektórym wypadałoby prać po 60! pieluszek dziennie. Trudne nawet ze względów logistycznych:)
          Ewa ma rację. Rok, jak rok, ale dwulatek obowiązkowo wyskakiwał z pieluch.

          • minerwamcg Re: Eksperyment z PRLem 14.11.11, 00:16
            matylda1001 napisała:

            > Przy ówczesnej modzie na produkowanie progenitury, na zasadzie "co rok - prorok

            Eee. Dajże spokój. "Co rok prorok" to przed wojną. W moim roczniku (połowa lat 60) rodziny były niewiele większe niż dziś - standardem było dwoje, ewentualnie troje. Jedynaków było owszem mniej, ale też nie było wyraźnie więcej niż dziś rodzin z czwórką i ponad to.
            Pamiętam wśród moich kolegów w podstawówce (robotnicza dzielnica) na ogół miało się starszego (młodszego) brata (siostrę) i na tym koniec.
              • ewa9717 Re: Eksperyment z PRLem 14.11.11, 08:24
                A ja, o prawie dekadę starsza od Minerwy, przez większą połowę ;) podstawówki byłam jedyną jedynaczką w klasie. Rodziny z siódemką dzieci nie były w pipidówku niczym niezwykłym, ale najczęściej tych dzieci była trójka-czwórka. Ale już w czasie pustych półek w okolicach stanu wojennego, kiedy szkoły dzieliły jakieś pomocowe dary, za rodzinę fest wielodzietną ( a nie było ich już aż tak wiele) uznawano tę z czwórką dzieci.
      • bokertov1947 Re: Eksperyment z PRLem 24.10.11, 09:19

        Hi ewa9717!
        Napewno to, co opisuje autor jest pewna ekstrema. Ale takie wspomnieniowe eventy (tera modne slowo)- to dobra zabawa.
        Przed laty kupilem ksiazke z gotowym scenariuszem event – Party a’la Pjerestrojka. Byly tam nietylko przepisy kulinarne na takie drobiazgi jak bliny z kawiorem, czy soljanke – ale I obrusy – chyba trzy rozne – jak na przyklad gazeta Prawda, kartki zaproszeniowe do wyslania zaproszonym gosciom, kartki na stol – i tak dalej. Chcielismy z zona takie party zorganizowac – ale szkoda bylo rozbierac ksiazke, bo nadawala sie na dobry prezent (co zreszta zrobilismy).
        Za to zrobilismy "party w barze mlecznym" (wtedy jeszcze nie znalem filmu MIS). Okazja byly urodziny zony – a zaprosilismy tylko ludzi znajacych z autopsji czasy PRL-u.
        Ja bylem odziany w bialy, pomiety nieco fartuch (laboratoryjny zreszta), kawalek koronki od firanki na glowie, oraz olowek przymocowany kawalkiem sznurka do dziurki od guzika.
        Przy wejsciu gosci (party odbywalo sie na tarasie i w ogrodzie), zaproszeni goscie otrzymywali bony konsumpcyjne upowazniajace do spozycia alkoholu wraz z konsumpcja. Porozwieszane byla tabliczki typu – ksiazka zazalen znajduje sie w derekcji – czy nie pluc na podloge. Jadlospis opatrzony byl czeronymi wykresleniami z uwaga – potrawa wyszla.
        Dotyczylo do potraw czy napojow, ktore I tak nie byly przygotowane dla gosci – jak na przyklad: zakaski z serem importowanym za dewizy oraz kawiorem radzieckim, czy Dom Perignon 1889.
        Podklad muzyczny stanowilo miedzy innymi CD Przeboje socjalizmu czesc 1 – kupionego podczas pobytu w Polsce.
        Wieczor sie udal.

        Pozdrowienia z Tel Avivu!
    • a_weasley Tu by trzeba mistrza gry 12.10.11, 10:17
      Na przykład: idę do sklepu po mięso, dochodzę, dzwonię i pytam mistrza gry, czy w tym sklepie jest interesujący mnie artykuł i jak długa jest kolejka. Jeśli się zdecyduję, po jakimś czasie mistrz dzwoni, że doszedłem do lady albo że towar się skończył i nie mam po co stać. Czasem mistrz gry dzwoni do mnie, że gdzieś tam jest coś tam.
      Telefon powinien mieć jakiś ogranicznik powodujący, że czasem łączy dobrze, czasem źle, a czasem głuchnie bez podania przyczyn.
      I te pe, i te de, kto wtedy żył to wie.
          • meduza7 Re: Tu by trzeba mistrza gry 13.10.11, 08:22
            Muhihi. A tymczasem nagabywane o kolejki rozmówczynie rozpływają się nad ich rolą integracyjną i społeczną, jak to "kolega żonę poznał, ja wszystkich sąsiadów, a dziś nawet nie wiem, kto pode mną mieszka", druga znowu opowiada o wolnych dyskusjach na temat polityki, o najnowszych wieściach jakie się tam zbierało... Nie mówię, że tak nie mogło być, ale widać jednak, że kobiety zapamiętały po prostu te dobre rzeczy, nie te złe.
            • ewa9717 Re: Tu by trzeba mistrza gry 13.10.11, 10:17
              Albo mają galopującą sklerozę, albo bardzo im teraz źle i mitologizują. Zadnych integracji, do dziś rezygnuję z zakupów, widząc kilkunastoosobową kolejkę (pojedynczy rządek, nie taki gruby kłąb jak wówczas, kiedy "rzucili"), a jeśli czasem muszę odstać swoje, np. na poczcie, od razu jestem wściekła, a w gardle mi wzbiera taki warkot, jakim mój psiur reagował na nienawistne mu motocykle ;)
              • horpyna4 Re: Tu by trzeba mistrza gry 13.10.11, 11:31
                Niektórzy chyba rzeczywiście lubili stanie w kolejkach. Ja na szczęście fizycznie (kręgosłup) nie wytrzymywałam stania, więc nie stałam; było to z korzyścią również dla zdrowia psychicznego. Okazało się, że można przeżyć bez kolejek, przynajmniej w Warszawie - zawsze coś trafiałam przez przypadek. Zdarzyło mi się na przykład wejść po południu do pustego sklepu mięsnego i w tym momencie wyniesiono z zaplecza wielką tacę z półkilogramowymi kawałami pięknej szynki.

                Dziś pozostały (przynajmniej na moim osiedlu) kolejki na poczcie. Jak potrzebuję czegoś, to wysyłam małżonka.
                • hajota OT kolejki na poczcie 14.10.11, 11:20
                  > Dziś pozostały (przynajmniej na moim osiedlu) kolejki na poczcie.

                  Właśnie, czy ktoś jest w stanie wytłumaczyć fenomen kolejek na poczcie? Dotąd myślałam, że poczta przy Chełmskiej w Warszawie bije wszelkie rekordy, ale zmieniłam zdanie, jak przyszło mi czekać 45 minut na poczcie na rogu Dworkowej i Puławskiej, żeby nadać list polecony. Dodam, że był środek dnia, a w kolejce bynajmniej nie sami nieporadni staruszkowie, tylko towarzystwo w różnym wieku, z przewagą średniego. Ukoronowaniem wszystkiego była odpowiedź pani z okienka na pytanie klientki "czy teraz znaczki można kupić tylko na poczcie?" "- Niee wieeem."
                  • a_weasley Re: OT kolejki na poczcie 14.10.11, 18:12
                    Hajota napisała:

                    > Właśnie, czy ktoś jest w stanie wytłumaczyć fenomen kolejek na poczcie?

                    Tłumaczy się to tak samo jak fenomen kolejek w sklepach Carrefour Market (kiedyś nazywały się Carrefour Express, ale zmienili, pewnie dlatego, że wskutek owych kolejek nazwa stała się szydercza): redukcja kosztów, w szczególności redukcja zatrudnienia (w przypadku poczty, zdaje się, także liczby placówek). Jak z pięciu okienek/kas są otwarte 2, to pewnie, że są kolejki.
                    Z tym że z Kalafiora ja mogę pójść do sklepiku na rogu i ciut drożej kupić co mi potrzeba, a list polecony mogę odebrać tylko tu.
                    Porada dnia: na poczcie w BUW-ie na ogół kolejek nie ma.
                    • jarkoni Re: OT kolejki na poczcie 01.11.11, 08:17
                      Absolutnie i zupełnie się zgadzam. Kolejki na poczcie są czymś co mi podnosi ciśnienie natychmiast. A tek panienki w okienku chyba zupełnie się nie zmieniły.
                      Zawsze są jeszcze kolejki w takim banku pt PKO BP. Hasło reklamowe "Dzień dobry"...
                  • luccio1 Re: OT kolejki na poczcie 16.11.11, 12:40
                    hajota napisała:
                    > Ukoronowaniem wszystkiego była odpowiedź pani z okienka na pytanie klientki "czy teraz > znaczki można kupić tylko na poczcie?" "- Niee wieeem".

                    Tak naprawdę - teraz znaczki można kupić tylko na poczcie. Kioskarze w swej masie nie poodnawiali umów z Pocztą Polską - oferowana im prowizja była rażąco niska (z tego samego zresztą powodu coraz więcej kiosków - przynajmniej w Krakowie - wycofuje się z "prowadzenia" biletów komunikacji miejskiej).

                    Znaczki kupuję od czasu do czasu - "na zapas".
                    • tymon99 Re: OT kolejki na poczcie 08.01.12, 00:16
                      luccio1 napisał:

                      > z tego samego zresztą powodu coraz więcej kiosków - przynajmniej w Krakowie
                      > - wycofuje się z "prowadzenia" biletów komunikacji miejskiej

                      nie pamiętam już, kiedy ostatnio kupiłem bilet inaczej, niż w automacie!
                    • a_weasley OT znaczki nie tylko na poczcie 16.10.12, 10:48
                      Luccio1 napisał:

                      > teraz znaczki można kupić tylko na poczcie.
                      > Kioskarze w swej masie nie poodnawiali umów z Pocztą Polską
                      > - oferowana im prowizja była rażąco niska

                      Hy, proszę. A koło mnie jest punkt usługowy z usługami komputerowymi, sprzedażą artykułów biurowych i drobnymi naprawami wszystkiego, i tam można kupić znaczki. Im się jakoś opłaca.
              • a_weasley Re: Tu by trzeba mistrza gry 13.10.11, 16:31
                Ewa9717 napisała:

                > Albo mają galopującą sklerozę, albo bardzo im teraz źle i mitologizują.
                > Zadnych integracji, do dziś rezygnuję z zakupów, widząc kilkunastoosobową kolejkę

                Też mam uraz, nieraz wiem, że idąc do drugiego sklepu per saldo zużyję więcej czasu, ale mam fizjologiczny wstręt do kolejek. Nie zmienia to faktu, że życie w kolejkach się toczyło tak, jak to tu Meduza streściła, w kolejkach ludzie dowiadywali się, gdzie na bieżąco jest dobre zaopatrzenie w przemysłówkę, czym skutecznie zwalczać karaluchy i że ojciec Albina Siwaka zginął w Katyniu (bo spadł po pijaku z wieży strażniczej).
                • matylda1001 Re: Tu by trzeba mistrza gry 24.10.11, 13:14
                  a_weasley napisał:

                  >że ojciec Albina Siwaka zginął w Katyniu (bo spadł po pijaku z wieży strażniczej).<

                  Też nie słyszałam, a świetne:) Za to pamiętam jak został porwany Aldo Moro. Potem mówiono, ze się odnalazł. Podobno stał w kolejce po mięso, w Warszawie.
                  Co do kolejek... czy integrowały społeczność, to trudno powiedzieć, czasami dochodziło do regularnych bitew. W każdym razie adrenalina na pewno skakała. Pamiętam scenkę ze sklepu z materiałami, w którym jako szczęśliwa posiadaczka pierwszego w życiu M3 musiałam postać w celu zakupu zasłon. Stałam z pięć godzin w towarzystwie pani, która przez cały czas denerwowała się tym, że dają tylko po 5 metrów (dwie długości po 2,5) a ona mieszka w kamienicy, mieszkanie wysokie i potrzebuje 6 metrów. Zdoła wytłumaczyć swój problem sprzedawczyni, czy nie zdoła?... i tak przez 5 godzin. Przy ladzie okazało się, że wyjatków nie ma. Pani ze łzami w oczach kupiła 5 metrów materiału i zaczęła się zastanawiać z czego doszyje falbankę:) Czy nastrój tej chwili jest w ogóle do odtworzenia?
                  • tamsin Re: Tu by trzeba mistrza gry 24.10.11, 16:43
                    dobre z tym Siwakiem i Moro, a wracajac do kolejek to niektorym byc moze wypelnily luke w zyciu, emeryci/rencisci nagle zostali doceniani przez swoje pociechy bo przeciez niektore kolejki trwaly tydzien (najczesciej po nowy segment), calonocne kolejki tez czesto sie zdazaly (sprzet elektroniczny).
                    • meduza7 Re: Tu by trzeba mistrza gry 25.10.11, 10:31
                      Moi dziadkowie stali po mięso nocami, zajmując kolejkę od 2-3... Babcia nigdy nie była dalej niż w pierwszej piątce, oczywiście zajmowała przy okazji miejsca wszystkim krewnym i znajomym królika. Jako dziecko z początku trochę nie ogarniałam tego, dlaczego po triumfalnym oświadczeniu "jestem pierwsza!" znika i nie ma jej parę godzin, przecież powinna kupić i wrócić, nie?
              • default Re: Tu by trzeba mistrza gry 25.10.11, 14:00
                ewa9717 napisała:

                > widząc kilkunastoosobową kolejkę (pojedynczy rządek, nie taki gruby kłąb jak wówczas,

                No właśnie, obecne kolejki, poza tym że są nieduże i "chude" to są też "rozrzedzone", tzn. nie występuje zjawisko napierania na siebie nawzajem i kładzenia się na czyichś plecach. Ludzie raczej stoją z osobna, zachowując przynajmniej 1-1,5 m odstępu. To też o czymś świadczy :)
                • artjomka Re: Tu by trzeba mistrza gry 15.11.11, 07:25
                  Przy okazji zozpatrywania wszystkich aspektow kolejkarstwa w czasach dobrobytu socjalistycznego - nie nalezy pominac aspektu semantycznego.
                  W krainie, w ktorej wyroslem - instytucja stania za czyms miala i swoje rozne nazwy. W zasadzie gros spoleczenstwa "stalo w kolejkach". Przybysze zza Buga pielegnowali powiedzenie "stac w ogonku" (jesli sie myle - prosze o korekte). My natomiast mowiliesmy "ida stoc do raje".
                  Ale tak to jest - jak sie do zakamuflowanej opcji zostaje zaliczony.
                  Pozdrawiam!
                    • kusama Re: Tu by trzeba mistrza gry 16.11.11, 00:32
                      Jasne, stało się ZA CZYMŚ ale już nie kupowało się a DOSTAWAŁO: dostałam dziś kiełbasę, szampon, papier toaletowy itp. Ciekawe swoją drogą czy to dostawanie pochodzi od pytania do sprzedawcy np." czy dostanę czarne nici?". No zapomniałabym - przede wszystkim DOSTAWAŁO się mieszkania, nieważne, że na wkład płaciło się i płaciło...
                      pzdr
                      • horpyna4 Re: Tu by trzeba mistrza gry 16.11.11, 07:46
                        A DOSTAWAŁO SIĘ coś wtedy, jak to coś RZUCILI. Nawet prasa pisywała o "rzuceniu na rynek" jakiegoś towaru.

                        Co prawda mój jeden wujek twierdził, że to "rzucanie" było bardziej dosłowne. Jeszcze w okresie przedkartkowym wybrał się do jakiegoś większego sklepu samoobsługowego (chyba w warszawskiej Hali na Koszykach). Zobaczył, że ludzie stoją dookoła jakiegoś dużego, pustego pojemnika w pobliżu półek teoretycznie mięsnych i wyciągają łapy nad ten pojemnik. No to on też i czeka.
                        Po chwili zjawił się pracownik z pełnym, dużym koszem i RZUCIŁ z góry jego zawartość do stojącego pojemnika. Każdy łapał to, co mu wpadło w rękę i wujek zdumiony zobaczył, że chwycił bardzo piękny schab bez kości na tacce, owinięty folią.
                      • artjomka Re: Tu by trzeba mistrza gry 16.11.11, 11:48
                        kusama napisała:

                        > Jasne, stało się ZA CZYMŚ ale już nie kupowało się a DOSTAWAŁO: ......

                        Popatrz, jak to sie zmienilo: Wtedy RZUCANO produkty, a my konsumenci je DOSTAWALISMY!
                        Teraz sprzedawca martwi sie tylko o to by mu ....towar dobrze SCHODZIL.
                        Pozdrawiam
                        • a_weasley Re: Tu by trzeba mistrza gry 16.11.11, 12:34
                          Artjomka pisze:

                          > Wtedy RZUCANO produkty, a my konsumenci je DOSTAWALISMY!
                          > Teraz sprzedawca martwi sie tylko o to by mu ....towar dobrze SCHODZIL.

                          Na tym właśnie polega różnica między gospodarką niedoboru a gospodarką nadmiaru.
                          Dlatego też wyginęli wędrujący po Polsce zaopatrzeniowcy, a na ich miejsce pojawiła się armia dumniej lub skromniej utytułowanych handełesów.
                      • luccio1 Re: Tu by trzeba mistrza gry 16.11.11, 14:13
                        Wiesz - takie np. mieszkania "zakładowe" rzeczywiście DAWALI - przynajmniej na początku PRL. Oczywiście wtedy obowiązywała zasada: odchodzisz z zakładu - opróżniasz mieszkanie.
                        Dopiero za Gierka umożliwiono ich wykup.
                        • luccio1 Re: Tu by trzeba mistrza gry 16.11.11, 14:27
                          I w sklepie też DAWALI. Wyrażenie było pochodną samorzutnej "małej reglamentacji" zarządzanej nader często przez kierownika/kierowniczkę sklepu - np. jeden człowiek najwyżej 10 jajek za jednym razem...
                          • a_weasley Re: Tu by trzeba mistrza gry 16.11.11, 16:13
                            Luccio1 napisał:

                            > I w sklepie też DAWALI. Wyrażenie było pochodną samorzutnej "małej reglamentacj
                            > i" zarządzanej nader często przez kierownika/kierowniczkę sklepu - np. jeden cz
                            > łowiek najwyżej 10 jajek za jednym razem...

                            Przećwiczyłem to, wystaw sobie, najdalej miesiąc temu w Carrefour Express. Była jakaś promocja, rewelacyjnie tanie banany, i można bylo kupić na 1 raz góra 3 kg. Przypuszczam, że chodziło o to, żeby jakiś drobny handel nie potraktował Carrefoura jak hurtowni.
    • a_weasley Kisiel, Passent, wanna i różne drobiazgi 24.11.11, 18:57
      To, co Ziemkiewicz w "Czasie wrzeszczących staruszków" pisze o III RP, równie (a nawet lepiej, biorąc pod uwagę gęstość substancji) pasowało do PRL:

      [Żyć tutaj, to jakby pływać w basenie napełnionym kisielem. Niby w zasadzie pływa się tak, jak w basenie ze zwykłą wodą, tylko każdy ruch kosztuje więcej wysiłku. Jeśli człowiek nie ma innego wyboru, przywyka. Do tego stopnia, że przestaje w ogóle zwracać uwagę na ciągły opór i nie dziwi się własnemu zmęczeniu - do chwili, gdy na chwilę znajdzie się w wodzie albo choć tylko popatrzy, jak sobie radzą ludzie, którzy po prostu pływają i nie muszą się bezustannie zmagać.]

      O tym kisielu opowiada m.in. cytowana już przeze mnie anegdota o wannie (["Człowiek z kartką", "Polityka", 31.III.1984). Raz ta substancja, w której pływał obywatel Prylu, była gęstsza, raz rzadsza (zawsze jednak gęstsza niż obecnie), czasem bardziej przypominała zapachem kisiel, czasem, jak by to powiedzieć, kisiel po przepuszczeniu przez przewód pokarmowy, ale była zawsze. Bez niej rekonstrukcja Prylu ma się do życia tamże mniej więcej tak jak udział w rekonstrukcji historycznej do udziału w wojnie.

      Dalej pisze Ziemkiewicz:

      [Taką chwilą olśnienia jest dla Polaka zetknięcie się z Zachodem. Nagle uświadamia sobie, ile czasu, nerwów i wysiłku traci każdego dnia na rzeczy, które dla ludzi żyjących w kraju cywilizowanym są tak oczywiste, że w ogóle ich nie zauważają - podobnie jak człowiek zdrowy nie zauważa, że oddycha.]

      I znowu Passent ("Zostawmy pompę strażakom", "Polityka", 9.VI.1984) - opis mnóstwa rzeczy, które wtedy były udziałem mieszkańców wolnego świata, a myśmy mogli sobie pomarzyć, a teraz je mamy i nie cenimy, równie jak w rozważaniach nad swoją kondycją nie myślimy o tym, że mamy komplet kończyn:

      [Kiedy ogląda się detale w niektórych wyrobach z importu, człowiek nie może się nadziwić właśnie szczegółom: jak te owoce są ułożone, żeby jeden drugiego nie uciskał (ucisk owoca przez owoc bywa okrutny), jak to wieczko jest umocowane, żeby je można było oderwać bez obcążków, jak te części pasują, że je można złożyć bez młotka, jak to jest umocowane, żeby stało zamiast się chwiać i wisiało zamiast spadać, jak ten guzik jest dobrany do pętelki, jak to zapięcie odpina się i zapina bez trudności, jak ten kołnierz pasuje do rękawa, a tapicerka do lakieru, jak ta puszka otwiera się bez klucza, jak gwint na nakrętce pasuje do gwintu na śrubie, jak każdy czopek jest zapakowany hermetycznie i oddzielnie, a pigułki wszystkie razem w pudełku, które otwiera się łatwo dla dorosłych i trudno dla dzieci, jakie cienkie deseczki w pudełkach do chevre'a i camemberta, jak równo w biało-różową kratkę "pod babunię" malowane jest wieczko słoika konfitur, jak elegancko potrafi być wykończony i zapakowany zwyczajny długopis, który z banalnego szczegółu staje się ogółem.]

      Tak. Mnóstwo takich szczegółów łączyło się w ogół. We wszechobecną bylejakość. W konieczność liczenia się przy każdym zakupie w handlu uspołecznionym z perspektywą, że wyrób okaże się jakościowo porównywalny z dzisiejszymi towarami ze sklepu "wszystko po 5 zł", a dochodzenie uprawnień gwarancyjnych będzie wymagało stoczenia pojedynku ze wzmiankowanym kisielem.
      Zepsuła mi się pralka, naprawa była nieuzasadniona ekonomicznie, więc pojechałem do sklepu i kupiłem pralkę. Nie czekałem, aż ojciec ją wylosuje na zebraniu ZBoWiD-u.
      • meduza7 Re: Kisiel, Passent, wanna i różne drobiazgi 07.01.12, 19:29
        To mi przypomina z kolei "Delicje ciotki Dee" Teresy Hołówki - reportaż ze Stanów, do których autorka wyjechała w latach 70 czy 80 i to jej totalne zdumienie właśnie łatwością i gładkością życia codziennego, załatwiania różnych spraw, przygotowywania posiłków, zupełnie inną kulturą pracy itp.

        "Zrozum, w tym kraju nie jest możliwe, żeby coś było zepsute, źle wymyślone, skomplikowane w obsłudze, nie zorganizowane. Tak dzieje się gdzie indziej - gdzie ludzie nie wytworzyli jeszcze tylu rzeczy lub też gdzie nie przywiązują do nich takiej wagi. Tu wszystko musi być gładkie, wygodne, niekłopotliwe. Tu żyje się po to, żeby było coraz przyjemniej, coraz łatwiej, coraz bezpieczniej. To jest motor napędowy tego społeczeństwa, jego imperatyw - komfort. "


        "Okazuje się nagle, że wszystkie nasze dotychczasowe umiejętności są kompletnie bezużyteczne. Nie trzeba nigdzie kłusować: transport miejski kursuje z dokładnością do trzydziestu sekund. Nie trzeba do niczego się przepychać: kolejki nie istnieją, bo są błyskawicznie rozładowywane. Jest rzeczą nie do pomyślenie, by urzędniczka czy sprzedawczyni siedziała bezczynnie, gdy tuż obok tworzy się ogon; zwolnienie z pracy murowane. Jeżeli gdziekolwiek zdarzy się krótkotrwały "korek", stojący wykazują anglosaskie zdyscyplinowanie, nie wyłączając starców, inwalidów i kobiet w ciąży (upośledzenie fizyczne nie stanowi w tym społeczeństwie podstawy do jakichkolwiek roszczeń). Nie trzeba "główkować", "wydeptywać", "załatwiać", "zabezpieczać", "wytargować" - wszelkie przepisy, zarządzenia, pragmatyki służbowe są precyzyjne i przez tubylców rygorystycznie przestrzegane. Nie trzeba też przedstawiać żadnych "papierów", "podkładek" - w większości spraw wystarcza podpis lub ustne oświadczenie. Co więcej, nie jest się odsyłanym od Annasza do Kajfasza - osoby niekompetentne nie zagrzewają stołków. Jeśli więc na przykład kantyna na terenie instytutu wydaje zniżkowe posiłki pracownikom, to wykluczone, by "podczepiła się" pod nie siostra kucharki lub żona dyrektora. (korupcja zawsze dotyczy przedsięwzięć na znacznie większą skalę i nigdy nie przybiera form półjawnych), wątpliwości zaś - jest czy nie uprawniona do takich posiłków zatrudniona dorywczo cudzoziemka - rozstrzyga się od ręki, i to na szczeblu kelnera. Nie jest się również narażonym na "całowanie klamki" i straty czasu wywołane czyjąś niesolidnością. Dentysta sam przypomina o terminie wizyty, a pacjentów przyjmuje dokładnie tylu, ilu może obsłużyć bez kolizji. Biblioteka zawiadamia telefonicznie, że, niestety, zamówiona książka jeszcze nie nadeszła; skontaktują się z nami za tydzień.(...) Drugie śniadanie, zwane tu lunchem, spożywa się w czasie godzinnej południowej przerwy w pracy, a panienkę, której przyszłoby do głowy użyć służbowego telefonu do rozmów prywatnych, koleżanki same odwiozłyby do psychiatry - instytucja, do której nie sposób się dodzwonić, przestaje być instytucją, i wszystkie, kochana, możemy znaleźć się na bruku. "
            • embepe Re: Kisiel, Passent, wanna i różne drobiazgi 13.01.12, 22:33
              meduza7 napisała:

              > No, dość stara - jak wspominałam, wyjazd autorki to lata 70 lub 80 (ha! Właśnie
              > sobie przypomniałam, że pisze ona o pikietach pod kinami wyświetlającymi "Głęb
              > okie gardło", czyli musiały być to wczesne 70-te).

              Książka rzeczywiście opisuje rzeczywistość z lat 70-tych lub 80-tych, ale wydana w 1988 była dla mnie niczym s-f. A teraz nasza rzeczywistość robi się coraz bardziej podobna do tej opisanej w książce, a to nie zawsze jest fajne, niestety.
    • gazeta_mi_placi Re: Eksperyment z PRLem 20.10.12, 22:10
      A ta Pani faktycznie stosowała przez owe pół roku szmatki i ligninę zamiast wygodnych tamponów? Jednorazowo może bym uwierzyła, ale miesiąc w miesiąc coś nie bardzo wierzę.
      I tak nikt jej tego nie sprawdzi :P
      • aqua48 Zabawa w skansen. 21.10.12, 15:06
        Eksperyment ma jakiś cel, a w tym pomyśle nie widzę absolutnie nic konstruktywnego. Nie da się odtworzyć tamtych czasów (i bogu dzięki) jedynie używając zgrzebnych produktów podobnych do stosowanych przez nas wtedy. Bez dentysty, który borował i leczył kanałowo bez znieczulenia, a łatał zęby szarym amalgamatem. Bez szklanych, wielorazowych strzykawek z igłą grubą jak ołówek.
        Bez tamtejszej propagandy, cenzury, ogólnej wewnętrznej świadomości co wolno mówić na głos i do kogo a co może się źle skończyć. Bez tego poczucia beznadziejności, uwikłania i przyjęcia nienormalnych warunków życia za normalne. Zagłuszanych w radiu audycji i satysfakcji kiedy udało się "złapać" falę. Tamtejszych kawałów, udawanych zarobków, pustych półek i polowania na kawałek solonego masła i jakiś ochłap mięsny. Bez "baby" z mięsem i kiełbasą ze wsi, chodzącej po wybranych domach lub biurach. Bez komisów i peweksu, w których jedynie był powiew luksusu i zapach "Soir de Paris". Lub paczek z zagranicy, które się rozsprzedawało po sąsiadach i znajomych, dzięki czemu emeryci mieli zastrzyk finansowy, a "produkcyjni" jakiś fajny ciuch, czy buty...
        Bez niesamowitych kolejek do księgarni, prawie tak samo długich jak te po alkohol ..
        Bez tego nie ma PRL-u, To se ne wrati, na szczęście!!!

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka