aelle
25.02.06, 12:12
Dziś na Onecie przczytałam że Gminna Spóldzielnia ma jeszcze 9.000 sklepów
GS!! Nie wiedziałam !!Pamiętam z tamtych czasów gdy bywałam na wsi na
wakacjach, specyficzny zapach wnętrza tkaich sklepów, byl swojski, przyjazny,
pomieszany zapach chleba, mydła i powidła bo było tam wswzystko an codzien
potrzebne do zycia.Pamiętam 50 kg wory papierowe z cukrem i maka i pani
sklepowa, która z takiej duzej , plastikowej szufli sypała ten towar do
szarych torebek.Musze koniecznie pojechac gdzies an prowincję i odwiedzić
tkai skansen))).Podobno sa tam nadal towary takie jak oranżada!!
Przeczytajcie artykuł: Mamy wszystko, pani, tylko kupować - zachwala pani
Zosia z GS-u w Pilawie, przy przejeździe kolejowym. - Suwaki czy guziki
dostaniesz tylko u nas, cała okolica się tu zaopatruje. Menażki czy
prawdziwej oranżady to gdzie indziej ze świecą szukać. A u nas? Proszę - w
stałym asortymencie!
Oto staje nas wolna gromada
Budowniczych tworzących swój świat,
W których złoty cielec już nie włada,
A nowego w nim życia tkwi ład
("Hymn spółdzielców", 1925)
Gminne Spółdzielnie "Samopomoc Chłopska" świętują swoje 60-lecie, choć idee
spółdzielczości sięgają XIX wieku. Dziś w sklepach ukrytych pod tą marką
kwitnie prężny skansen PRL-u. Firanki w oknach, kwiaty na parapetach
("kaktusowate, bo kto by to wszystko codziennie podlewał"), ceny odbite
specjalnymi pieczątkami, piece kaflowe w kącie, księga wniosków i zażaleń
("obecnie już raczej przykurzona"), wagi odważnikowe z nieistniejącej już
Lubelskiej Fabryki Wag ("jak się nie daj Boże zepsuje, to kiła-mogiła") i
spis inwentarza wiszący na zapleczu.
- Nie ma sensu niczego zmieniać - mówi pani Zosia ze spożywczego w Pilawie. -
Nowości ludzie nie lubią. Odkąd pracuję, przekonałam się, że kupią to, co
znają.
Prywaciarzy, co dookoła sklepy postawiali, nie znosi, bo klientów zabierają i
tylko czekają, aż wszystkich dookoła zrujnują. Nie znosi też
nazwy "ekspedientka", bo kojarzy jej się z kobietami z dużych supermarketów,
które na sklepie góra trzy miesiące popracują, bo wywiewa je rotacja. Co
innego "sklepowa" - nazwa z tradycjami, zawód też, nawet fartuch ma ten sam.
W GS-ie pracuje ponad 30 lat, wielu klientów zna od dziecka, tym bardziej jej
przykro, że przychodzą coraz rzadziej. - Kiedyś to całe dnie w kolejce stali,
nocami koczowali pod sklepem, a teraz szkoda gadać - martwi się pani Zosia. -
Dzienny obrót to średnio 500 złotych, mimo że weszliśmy do sieci Groszek i
dajemy ceny z ich gazetki.
Niektóre spożywcze GS-y dzielą bowiem szyld - działając na zasadzie
franszyzy - z popularnymi w mniejszych miejscowościach sklepami Żabka,
Groszek, Lewiatan. Ale GS-y na głowę biją te sieci liczbą sklepów: Żabka,
Lewiatan, Groszek nie mają w sumie czterech tysięcy sklepów, gminne
spółdzielnie prowadzą ich ponad dziewięć tysięcy. Głównie wielobranżowych,
AGD, rolniczych i odzieżowych. Tym ostatnim powodzi się najgorzej. A jednak
wszystkie sklepy GS, które się ostały, przynoszą zyski lub wychodzą na zero. -
Te, które były deficytowe, już upadły, bo skończyły się czasy dokładania -
mówi Alfred Domagalski, prezes Krajowej Rady Spółdzielczej.
- Sklepy GS mają szansę na sukces gospodarczy, jeśli zjednoczą się pod jedną
marką, na przykład na zasadzie franszyzy - ocenia Ireneusz Jabłoński, ekspert
z Centrum im. Adama Smitha.