Forum Zdrowie DDA
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    Cofam się?

    24.07.08, 14:25
    Jestem DDA, dość oczywiste zważywszy na fakt gdzie piszę.

    Wyrzuciłem z siebie mnóstwo zła, zaakceptowałem kilka rzeczy i od jakiegoś czasu uważałem, że jestem "normalny". Oczywiście ciągle zdarzały się chwile, gdy wydawało mi się, że jestem beznadziejny, że nie zasługuję na nic dobrego, że zło, które mnie dotyka ZAWSZE wynika z tego, że nie jestem wystarczająco dobry.
    Jednak to były tylko chwile, a dobrzy ludzie wkoło potrafili mi pomóc. Stopniowo uwalniałem się nawet od tego. Coraz częściej słyszałem, że jestem silny psychicznie.
    I rzeczywiście tak jest, wygrzebałem się z bagna. Od dawna sam mieszkam (ojciec i tak nie żyje), pomogłem matce, która długo nie potrafiła przyznać nawet przed sobą ile zła wyrządił nałóg ojca. Mam własną firmę, małą, na etapie "zęby w ścianę" - ale mam. Mam znajomych, mam przyjaciela.

    Po co więc piszę? Czy chcę dodać otuchy innym? Nie.
    Piszę, bo ostatnie miesiące mocną mną nadszarpnęły. Wspominałem o ludziach, którzy mi pomogli - najbardziej pomogła mi kobieta, którą kocham. To niesamowite co z burzami w głowie robi uczucie, że jest ktoś, kto mi ufa. Ktoś, kto po prostu we mnie wierzy, wierzy, że sobie poradzę. Ktoś, kto powie "Jesteś wspaniały" tak, że ja wierzę. Nie wnikam, nie śmieję się w duchu, jestem wspaniały i już.

    Ona jednak odrzucała nas z różnych powodów. Miotała się, zmieniała zdanie, a ja stałem przy niej i odwdzięczałem się za to, co dostałem. Oczywiście jak na DDA przystało nie umiałem powiedzieć jak bardzo boli mnie jej zachowanie. Nie powiedziałem jej, że huśtawka, gdy jednego dnia jesteśmy razem i jesteśmy szczęśliwi, a następnego - wszystko jest złe, którą mi fundowała byłaby nie do zniesienia dla każdego, a dla mnie to już prawdziwa tortura. Przestałem jej ufać tak bardzo, zacząłem znów podważać jej słowa - znacie to doskonale, słyszycie komplement, ale w głowie już go sobie odpowiednio obrabiacie.

    Ale to się już skończyło. Ona wygrała sama ze sobą.

    Tylko że ja zacząłem czuć jakbym się cofał. Stąd temat. Choćby wczorajsza rozmowa - zachowywałem się dokładnie tak, jak kilka lat temu. Mimo uzyskania jasnej odpowiedzi na zadane pytanie ciągnąłem temat, drążyłem, w efekcie pokłóciliśmy się. Dokładnie to robiłem gdy jeszcze nie wiedziałem, co oznacza skrót DDA. Nie chcę się znów stoczyć w to, czym byłem jeszcze sześć/siedem lat temu.

    Przestraszyłem się. Chcę znów ufać jej tak, jak przedtem. Udało się wam odzyskać zaufanie? A co jeśli to ona nie wytrzyma mojego zachowania? Byłem dla niej oparciem, znajdzie siłę, żeby trochę mi pomóc teraz? Sytuacja nie ułatwia nam zadania, mamy do siebie ponad 200 km.

    Jutro idę na spotkanie grupy DDA. Pierwszy raz. Do tej pory radziłem sobie sam, uważałem, że powinienem takie rzeczy samemu przepracowywać - zresztą udawało mi się to całkiem nieźle.

    Wypisałem się, spokojniej teraz. Napiszcie czy odbudowaliście nadwyrężone zaufanie, czy tak nieufne bestie, jak DDA są do tego zdolne? I trzymajcie kciuki za anonimka z sieci i jego jutrzejsze spotkanie DDA :)

    Obserwuj wątek
      • megg2003 Re: Cofam się? 24.07.08, 14:59
        Nie wiem, czy jestem wyjątkiem, ale ja ufam mimo wszystko. Nie raz zostałam
        skrzywdzona przez osobę, którą kochałam, ani nie dwa. Mam na myśli oczywiście
        tzw. zawód miłosny. Wierzę, bo gdybym się zamknęła na uczucie, wiele bym
        straciła. Straciłabym np. wspaniałego mężczyznę, którego teraz mam u swego boku.
        Gdybym nie ufała, nie czekało by mnie juz nic. A teraz staram się cieszyć z
        tego, co mam. Nie zawsze jest kolorowo. Nie raz płakałam w tym związku. Jednak
        mocno wierzę, że gdy obydwie strony walczą, robią wszystko, co w ich mocy, musi
        się udać.
      • megg2003 Re: Cofam się? 24.07.08, 15:00
        To dobrze, że idziesz na spotkanie grupy DDA. Praca w tym kierunku to dla mnie
        podstawa zadowolenia z obecnego życia.
      • ladynemeyeth Re: Cofam się? 24.07.08, 15:02
        Nie cofasz się!
        Ja mam czasami tak, że wpadam w euforię po każdym rozpracowanym
        temacie o ciężkim kalibrze, "jak to wspaniale, jak cudownie, udało
        mi się dobrnąć aż tutaj" i nagle JEB! A to jakaś kłotnia, jakieś
        nieporozumienie, znowu pretensje niewiadomo skąd i za co ...
        No coż ... zdążyłam przywyknąć do tego, że ciągle mam nad czym
        pracować, bez względu na to, co już udało mi się osiągnąć. I mimo
        wszystko jestem z siebie zadowolona.
        Ja też mam kochanego i kochającego męża, sama bardzo go kocham,
        najabrdziej na świecie. Takie momenty się zdarzają - kłotnie. Chwilę
        jest ciężko, a potem przechodzi się do dnia codziennego - czyli
        pracy nad sobą. Trzeba wyciągnąć z tego wnioski, rozpracować, skąd
        się to wzięłom, czemu mam pretensje, zmieniać się w miarę możliwości
        i iść dalej naprzód. Nie wiem, jak jest z Twoją kobietą, ale z moim
        mężem jest tak, że wybaczamy sobie: on mi wybacza, bo oprócz tego,
        że mnie kocha, widzi progres, widzi moja pracę nad sobą. Tak mi się
        wydaje przynajmniej. Na pewno może ufać w to, że cokolwiek się
        między nami zdarzy, ja będę nad sobą pracować i nigdy tego tak po
        prostu nie odpuszczę. Nie odpuszczę moich wad. Chcę mu zapewnić
        przynajmniej ten komfort, jeśli nie mogę mu zapewnić na zawsze
        spokoju i braku pretensji z mojej strony.
        Nie cofasz się - wręcz przeciwnie: sam fakt, że Cie to zastanawia,
        już dobrze o Tobie świadczy. No i najważniejsze - decyzja o terapii -
        trzymam kciuki i nie zadręczaj się. Po prostu idź do przodu z tym,
        co już zacząłeś!
      • pielgrzym_dnia_wczorajszego Re: Cofam się? 06.10.08, 16:36
        Dzięki za miłe słowa. Na spotkaniu byłem, chodzę nieregularnie, w miarę potrzeby.

        Jeśli ktoś się zastanawia - warto spróbować.

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


    Nakarm Pajacyka