pixie65
18.02.07, 21:42
Jak to się mówi: są ludzie i...parapety. Tydzień temu, w niedzielę, musiałam
"interwencyjnie" skorzystać z pomocy weterynaryjnej. To znaczy nie całkiem ja,
tylko mój dochodzący Pączek. Od kilku dni miał problem z łapą, ale wydawało mi
się, że dam radę mu pomóc, bo to już Pączkowa tradycja - tłucze się z innymi
kotami okropnie i dostaje bęcki.Teraz okazało się, że pod skóra zebrała się
ropa i trzeba było ciąć.Lekarz na którego trafiłam na dyżurze okazał się
super: spokojny, miły, uważny, delikatny.W poniedziałek odwiedziłam Pączka i
znowu: lekarz poświęcił mi ponad pół godziny, wypytałam, ustaliliśmy co dalej,
no drążąca bywam, a on cierpliwie odpowiadał na wszystkie pytania. We wtorek
pojechałam Pączka odebrać...I trafiłam na innego weta...No, nie będę się tutaj
rozwijać, ale kiedy pyrgnął transportówką o ścianę stawiając ją na stole,
kiedy Pączek mnie zobaczył - zaczął tak przeraźliwie krzyczeć(Pączek, nie
wet...), że w oczach stanęła mi historia Wiesiowego Uranka...
Powiem krótko:cham i buc. Wcześniej miałam okazję słyszć głupoty, jakie
opowiadał ludziom, którzy umawiali się z nim na sterylkę kotek. Mam nadzieję,
że nie zrobi im krzywdy.Dlatego czasem się dziwię, kiedy ktoś jako "koronny"
argument używa określenia: "bo wet powiedział...", albo "to przecież
weterynarz, on wie co robi"...Okazuje się, że nie każdy.