mahadarbi
20.12.06, 14:43
Tak, jak 11 lat temu, znowu przed Świętami, znowu w Dubaju i Abu Dhabi. I
tak, jak przed laty, to samo zdumienie, ten sam zachwyt, te same ekscytacje.
A przecież znam to na pamięć, wiem, czego się spodziewać, czego unikać, a co
przyjmować z otwartymi ramionami. Wciąż mnie zachwycają. Wciąż tak samo
intensywnie. Moje Emiraty. Znowu jestem tu.
Gęste, lepkie powietrze nawet w grudniu, choć najstarsi nie pamiętają tak
kiepskiej pogody, właśnie od 11 lat. Trzy dni deszczu? To norma wykorzystana
na kolejne 11 lat! 28 stopni? To zima na całego! Kto to słyszał? Oj, zmienia
nam się klimat, mówią...
Wszystko nadal jest tu naj. Szejk Mohamed zna się na PR jak chyba nikt na
świecie. Dubajski Manhattan. Nawet nie jesteś w stanie zrobić zdjęcia budynku
w całości, bo szyja Cię boli... Tu Marina Towers, dzielnica luksusu i
przepychu, tam Jumeira Beach & Resort, dzielnica ociekająca złotem, a tam
Burij Towers - 95-piętrowy drapacz, który od zaraz bedzie do zamieszkania za
jedyne 80 tysięcy DRH za pokój. Burij Al Arab to już nic oszołamiającego, ot,
lepiący się do przepychu 7-gwiazdkowy hotel dla wybranych (Rosjan zwłaszcza).
Mall of Emirates - najbardziej ekskluzywne centrum handlowe, gdzie pachnie
najdroższymi perfumami świata, gdzie każdego dnia znudzone bogactwem Arabki
ucinają sobie pogawędki, a zmęczone życiem filipińskie gosposie stają na
głowie, by zabawić rozwydrzonego malucha. Potem objuczone jak wielbłądzice
taskają na parking do najnowszego modelu Lambiorgini masę firmowych toreb z
zakupami od Chanel, Nicholsa, Bossa, Damas... Dumne spojrzenia w oczach
spoglądających spod bureq, lejące czarne jedwabie, przesadzony make up w samo
południe... Zimny luksus, ciepły klimat, tak jak symbioza tego kraju z innymi
nacjami. Dwa światy żyjące obok siebie: luksusowy lokalny emiracki i ten
hindusko-filipiński, śmierdzący, brudny i nic z niego nie rozumiejący.
Moja Mekka. Chcę tam wracać. Zawsze.