Dodaj do ulubionych

och, te macochy...

08.03.04, 01:01
Witam! Jestem macochą, mającą coraz większe problemy nie tylko z dzieckiem
(dla którego jestem macochą), ale i z jego ojcem. Mam coraz większą pewnosć,
że wiele złego dzieje sie nie przez te dzieci, ale przez ich rodziców (bądź
rodzica). Jak tu już ktoś pisał dzieci są tylko dziećmi. Ja na samym początku
wspólnego mieszkania bylam super kumpelka, co to i na lody dała i wszędzie
zabierała, naiwnie sądzac, ze jak dziecko mówi, ze ma odrobione lekcje to
jest to prawda. Później byłam od pytania i tłumaczenia. Nastepnie doszlam do
wniosku (po rożnych tam ...), ze najlepiej wychowaniem swojego badź co badź
dziecka zajmnie się jego tata (a moj mąż). Przez jakiś czas sie nie wtrącałam
w nic (chyba ze bardzo mi przeszkadzało). No, ale dałam sie przekonac, ze
jednak dziecko powinno być wychowywane rownież przeze mnie, więc zajełam się
m.in jego nauką. I coż-oto repertuar 12 latka, któremu kazałam się uczyć
(ojca nie było w domu). Najpierw krzyki...a ja i tak nie będę (tym sie nie
przejęłam , bo częste, nawet w obecnosci ojca), później zrzucenie wszystkich
ksiażek z biurka, a na koniec...a ja chcę do mamy (która nie żyje od kilku
lat). Spokojnie wutlumaczylam dziecku, że tak czy siak lekcje mają byc
zrobione, a jak nie to tatuś wkroczy do akcji (jak wroci). Po powrocie wyżej
wymienionego została mu przedstawiona wersja - ona na mnie sie darła i nie
powiedziala, co mam robić, a potem się czepiała.(wtedy mnie chwilowo nie było
w domu) I...tatuś uwierzył synowi, nie pytając mnie o nic. Dostalam łagodnie
mówiąc burę i zostalam skrytykowana (zresztą w obecności dziecka). Nic
dodac , nic ująć... Dodam, ze od samego początku byłam akceptowana (a nawet
bardzo lubiana). Pozdrawiam wszystkie macochy. Chyba teraz przejdę do
kolejnego etapu pt. nie zwracam na Ciebie uwagi...
Obserwuj wątek
    • m-m-m Re: och, te macochy... 08.03.04, 16:53
      Hmm...źle , że dałaś się przekonać do wychowywania pasierba. To obowiązek
      Twojego męża, a nie Twój i niepotrzebnie go z tego obowiążku zwalniasz, stąd
      konflikty Twoje z dzieckiem. Niestety, jako macocha nie jesteś autorytetem dla
      dziecka męża i biorąc pod uwagę, że jest ono półsierotą dodatkowo wzmaga jego
      idealizowanie zmarłej matki.
      Napisałaś : kazałam mu się uczyć...a po co mu kazałaś? Mogłaś poprosić, a
      jeśli się nie stosowało, to przekazać to ojcu, bo to ten ojciec sprawuje władzę
      rodzicielską , a nie TY i to on ma obowiazek kazać się uczyć jego dziecku, bo
      to on poniesie w przyszłości wszelkie konsekwencje nieuctwa tegoż dziecka, a
      nie Ty.
      Wiesz jako obecnie macocha, a była pasierbica wiem, że jedyna skuteczna
      metoda wychowawcza wobec pasierba, to rady skierowane do jego rodzica, a nie
      bezpośrednie pretensje do tego dziecka. Nie ważne, że mówisz do dziecka
      spokojnym tonem, ważne, że to nie jest odpowiedni adresat, swoje uwagi powinnaś
      skierować do ojca dziecka i to on powinien SAM coś z tym zrobić, a nie stawiać
      Cię w sytuacji "egzekutora", bo to jego rola. Stąd problem innej
      wersji...dziecko się broni przed Tobą i jedyna metoda, więcej do takiej
      sytuacji nie dopuścić i naprawdę uświadomić mężowi, że pomimo pozytywnych
      odczuć Twoich do jego dziecka, to on jako ojciec za nie odpowiada, a nie Ty.
      Nie daj sie w tę grę wciągnąć, a zmobilizuj męża, zawsze mów co Ci w dziecku
      nie odpowiada , ale nie jemu samemu, tylko mężowi i to od niego oczekuj
      konkretnych działań wychowawczych.
      Etap nie zwracam na Ciebie uwagi też jest zły, bo w sumie widzisz jak się
      ono zachowuje i masz prawo do wszelkich uwag do jego ojca na ten temat.
      Powodzenia smile
    • onionka Re: och, te macochy... 08.03.04, 17:15
      Nigdy, ale to przenidgdy straszenie ojcem nie przynioslo dobrych rtezultatow.
      Dzieci zawsze wyczuja fausz i niesprawiedliwpsc.
      Zona ojca to nie jest ktos od nakazow i zakazow, tak jak maz matki nie jest
      egzekutorem powinnosci wobec rodzicieliki.
      Jestem matka doroslej corki, ktora zawsze miala prawo wyrazania opini wobec
      moich sympatii.Z reguly mowila wprost, ze wizyty "tego pana" nie sa przez nia
      mile widziane. Kiedy spotkalm mojego meza najpierw swoja opnie wyrazila nasza
      Psica, obwachala, potem wetknela nos do poglaskania , a pozniej wpakowala swje
      pol psa na kolna. Nigdy wczesniej tak nie regowala na obcego czlowieka w domu.
      Teraz maz jest jej najlepszym przyjacielem. Corka tez przez jakis czs sie
      droczyla. Pierwszy wspolny obiad to bylo pole bitwy.
      Obecnie ona i moj maz to dwoje wspanialych kumpli. Czasem jestem zazdrosna, ze
      to do Niego pisze e-maile.
      On jest jej wzorem osobowosci meskiej i ja sie z tego ciesze. Wiele razem
      przeszlysmy i teraz potrafimy docenic szlachetnosc w drugim czlowieku. To
      bardzo cenne.
    • bsl Re: och, te macochy... 08.03.04, 17:28
      a mi się wydaje że faceci swoje dzieci z poprzednich związków traktują inaczej
      bo mają wyżuty sumienia że ich z nimi nie ma i pozwalają na wszystko na co w
      normalnych warunkach nigdy by nie pozwolili , u mnie było podobnie jak córka
      mojego męża coś przeskrobała to matka dzwoniła do M żeby jakoś zareagował , na
      wybryki dziewczyny wtedy jeszcze w sz. podstawowej , a mój szanowny wogóle nie
      reagował , jak jego ex karała to on ją z tej kary zwalniał , myślałam że z
      siebie wyjdę , a teraz robi z moimi dziećmi to samo wyprowadził się więc
      stosuje znane juz sobie praktyki ,, czyli jestem niedzielnym tatusiem wszystko
      wam wolno , wracają do domu a ja nie moge z nimi dojść do ładu
    • alfa36 Re: och, te macochy... 08.03.04, 22:06
      Dzięki dziewczyny. Najgorsze jest to, że często zastaję z dzieckiem sama i silą
      rzeczy coś tam zawsze dziecku nakazuję. Zacznę tak, jak jedna z Was radzi,
      poproszę.... Mam tylko wrażenie, że nie odniesie to pożądanego rezultatu. No i
      będę te prośby skladać pisemnie. Dziś bowiem, kiedy wychodziłam nakazalam
      nauczenie się czegoś tam, po czym przed chwilą wróciłam i usłyszałam, że tego
      wcale nie mówiłam. (chyba stara sklerotyczka się robię ha, ha.) I co przekazać
      szanownemu tatusiowi, ktorego znów nie ma???? Pozdrawiam i jeszcze raz dzięki
      za rady.
      • m-m-m Re: och, te macochy... 09.03.04, 08:41
        Tak, oczywiscie, przekaz to tatusiowi zaraz po jego powrocie...Myślę, ze
        musisz kompleksowo sprawę rozwiązać, a nie gasić poszczególne pozary. Powiedz
        mężowi, że Twoje działania są nieskuteczne i niestety nie może on sobie tak
        funkcjonować jakbyś Ty była biologiczną matką dziecka, czyli zrzucać części
        odpowiedzialności na Ciebie, bo niestety jest on "samotnym" rodzicem (to
        znaczy, że tylko on ma władzę rodzicielską) i tylko on może stosowac kary i
        nagrody...wiesz, jest coś w mężczyznach by tę odpowiedzialność z siebie
        zrzucić, to jest po prostu wygodne dla nich...ja też musiałam trochę powalczyć
        o to, by to on (i tylko on) wziął odpowiedzialnośc za swoje dziecko (chłopak ma
        teraz 14 lat , więc dojrzewanie jest w pełni). Jesteś jak sąsiadka, albo
        wychowawczyni w szkole, masz prawo powiedzieć wszystko co myślisz o zachowaniu
        dziecka do jego ojca i od niego oczekuj reakcji inaczej Twoje stosunki z
        pasierbem będą fatalne... Jeszcze raz życzęę Ci powodzenia smile))
    • joola_edziecko Re: och, te macochy... 09.03.04, 09:47

      Jeśli będziesz już rozmawiała z mężem, koniecznie podejmij także temat
      krytykowania Ciebie, Twoich decyzji w obecności dziecka. To bardzo ważne.
      Lepiej przedyskutować sobie wszystko we dwójkę, niż toczyć spory przy dziecku.
      Ta zasada powinna działać w obie strony. Mam nadzieję, że dojdziesz do
      porozumienia z mężem.
      U nas taka zasada obowiązuje. Dzięki temu dzieci nie mogą podważyć mojej
      decyzji. A kiedy dzieci zostawały tylko ze mną, albo wychodziłam z nimi np na
      specer, tata zawsze powtarzał, że teraz ja się nimi opiekuję, jestem za nie
      odpowiedzialna i moje słowo jest święte.
      Tak, jak pisały tu dziewczyny, współpraca ojca jest berdzo ważna. Sama nie dasz
      rady.
      Pozdrawiam serdecznie.
      Jola
    • dona29 Re: och, te macochy... 09.03.04, 12:41
      witajwink
      przeczytałam twój post i z trwoga pomyslałam - ze i mnie dotknie kiedyś to
      samo;-(
      Równiez jestem macochą,chciaz matka biologiczna ma się prawdopodobnie zupełnie
      nieźle - jestem od pewnego czasu zobligowana do zajmowania się córką mojego
      męża.To póki co - 7-latka - ale jest również trudnym i zaniedbanym
      dzieckiem.Wymaga wiele uwagi i pomocy dosłownie we wszystkim.Jak na razie -
      jest w stosunku do mnie w miarę posłuszna - chociaz całe dnie spędzam tylko na
      pouczaniu,wyjaśnianiu i pomału tracę cierpliwość.Z trwoga myślę,co mnie
      czeka,kiedy mała przestanie być "tak mała" i wkroczy w ten nieszczęsny wiek
      buntownika.Jestem absolutną zwolenniczką załatwiania wszelakich
      problematycznych spraw za pośrednictwem taty - ale podobnie jak i ty,często
      bywam sama.Są jednak sytuacje - kiedy nie mam wyjścia - i muszę zagonić do
      znienawidzonych lekcji czy poporosić o sprzątnięcie pokoju.
      Póki co - jakoś sobie radzę -ale z olbrzymim niepokojem myślę o tym,jak sobie
      poradzę już niedługo.Również jestem akceptowana przez dziecko - na swoja własną
      prośbę,zwraca się do mnie "mamo" i co raz częsciej mam wrażenie,że słucha mnie
      tylko dlatego - że bardzo jej zależy na posiadaniu tej swojej mamy.A co
      będzie,jesli ta sprawa przestanie być już dla niej istotna?Kiedy poprostu
      machnie ręka - i zacznie wybierać inne priorytetowe sprawy?Pozdrawiam
      • m-m-m Re: och, te macochy... 09.03.04, 13:16
        Są jednak sytuacje - kiedy nie mam wyjścia - i muszę zagonić do
        > znienawidzonych lekcji czy poporosić o sprzątnięcie pokoju.

        Nie jest tak, ze nie masz wyjścia: prosisz , by spełnila to lub tamto, jeśli
        prośby nie słucha - zwracasz się z tym do jej ojca.
        Też bywam sama z pasierbem, ale wtedy nie gonię go do lekcji czy do
        sprzątania, proszę i obserwuję, czy sam czuje ten obowiązek. Jak nie, to
        przekazuję tę informacje ojcu, nie widzę żadnego powodu, dla którego miałabym
        wchodzić w rolę wychowawcy syna mojego partnera, natomiast nie widzę też
        powodu, by ojcu nie przekazywać wszystkich obserwacji. I tak na marginesie: nie
        uważam, aby wszystko załatwiać ZA POSREDNICTWEM OJCA. To nie jest
        pośrednictwo, to obowiązek wychowawczy tegoż ojca i mówienie mu o wszelkich
        zachowaniach jego syna uważam za oczywiste.
        Tak samo oczywiste jest, że to ten ojciec ma zajmować się dzieckiem:
        tłumaczyć mu wszystko, nakazywać, stawiać warunki i ograniczenia, a moja rola
        jest jedynie rolą doradcy ojca, a wychowanie do jego zadanie.
        • konkubinka Re: och, te macochy... 09.03.04, 14:41
          a ja postanowilam sobie juz dawno ze moge doradzac M , wyreczac go w pewnych
          sprawach ale zwracac uwagi jego corce nie bede.I to nie tylko dlatego ze ona ma
          oboje rodzicow ale dlatego ze jest to dla mnie stres.Poprostu kazda sytuacja
          gdzie powinnam cos jej powiedziec jest dla mnie trudna , nie umiem sie w niej
          odnalezc.Choc jego corka powinna miec zwracana uwage na kazdym kroku
          wlasciwie.Najbardziej boli to ze M nigdy nie odczuwa stresu zwracajac uwage
          memu synowi - wrecz przeciwnie to dla niego jak oddech.Jest przez to cholernie
          niesprawiedliwy bo zauwaza u mojego syna wiele rzeczy , ktore jego corka robi
          rowniez ale przechodza bez echa.
          Wiesz Burza u mnie chyba podobnie.W sobote Gosia przyjechala z plecakiem pelnym
          ksiazek.Na pytanie czy ma lekcje do odrobienia twardo odpowiadala ze nie , coz
          jak tu sie cos dowiedziec skoro matka nie chce rozmawiac.
          W niedzielne poludnie powiedzialam do M zeby moze zadzwonil do eks
          zapytac.Zwrocil sie do Gosi "ja dzwonie do mamy spytac czy rzeczywiscie nie
          masz lekcji"i coz za zdziwienie , przerazenie.Nagle okazalo sie ze jest matma
          do zrobienia.No i kolejny etap - wyszlam do drugiego pokoju i usiadlam do
          komputera bo moglabym tego nie wytrzymac.Kolejny etap czyli odrabianie
          lekcji.Boze , makabra.Zero umiejetnosci poslugiwania sie mozgiem - poprostu
          nieumiejetnosc myslenia , co w efekcie skonczylo sie placzem , kilogramem
          zasmarkanych chustek i pretensja do zlego ojca co zada aby odjela od 300 ,
          240.Jej wychodzi 150 a on sie czepia....Nie brnac w szczegoly:
          konkluzja byla taka ze powiedzialam (nie przy niej) ze Bartka czepia si o
          bzdury a przed soba ma histeryka , nieuka i pyskacza.
          A on co na to?"no coz sie dziwic przeciez widac ze matka nie odrabia z nia
          lekcji choc tak twierdzi , dziecko jest zaniedbane"
          Tak sobie wyjasnil skubany- nie jego wina bo matka zaniedbala
          a na Bartka krzyczy bo wszyscy o niego dbaja to powinien byc bez skazy.

          W efekcie obrzucania sie blotem z eks i jej oszczednosci i lenistwa do dzis
          dnia nikt z tym dzieckiem nie poszedl do ortopedy dowiedziec sie jak podjac
          rehabilitacje krzywego biodra.Zaraz , przepraszam.Ja bylam w Instytucie matki i
          dziecka dowiedziec sie jak przebiega procedura pojscia do ortopedy , kto
          przyjmuje i kiedy.No niestety wiecej nie moge, bo nie mam takiego prawa choc
          gdybym miala wolalabym sama o to zadbac niz patrzec na ta patologie , która
          mnie otacza
        • dona29 Re: och, te macochy... 09.03.04, 17:31
          Pamiętaj m-m-m,ze ja mieszkam z tym dzieckiem.Jesli czekałabym na jej ojca z
          lekcjami (bo jest oczywiste,że sama z siebie ich nie zrobi) - nie miałabym
          jednego spokojnego wieczoru,bo M siedziałby znad lekcjami do nocy.Czyli -
          poniekąd w moim interesie jest zadbanie o to,żeby mała te lekcje zrobiła.Chcę
          móc wieczorem pogadać czy przytulić się do mężczyzny a nie oglądać jego plecy w
          pokoju dziecięcym.Inna sprawa (ale też godna poruszenia) - to łatwość,z jaka
          samotnie wychowujący dziecko męzczyzna,obdarowuje swoimi obowiązkami wszystkich
          dookoła (u mnie - łącznie z sasiadką)Pozdrawiam
          • m-m-m Re: och, te macochy... 09.03.04, 18:49
            Też mieszkam z pasierbem pod jednym dachem od kilku lat. Moje doswiadczenie
            wskazuje, że jeżeli kilka takich wieczorów poswięciłabyś i mąż posiedziałby do
            nocy, to po niedługim czasie dziecko powinno samo do lekcji siadać, mąż może
            np. kontrolnie dzwonić z pracy (jeśli ma taką możliwość) i pytać dziecko, czy
            lekcje są zrobione, a pokój posprzątany, bo jak nie to...(arsenał zakazów to
            już domena ojca).
            Próbę wrobienia mnie w takie wychowawcze obowiązki mam za sobą, nie dałam
            się, gdyż wiem, że mężczyznom jest to wygodne...przyjęłam zasadę,że mam też
            swoją pracę i zainteresowania i nie zamierzam z nich rezygnować, bo mój pan
            nie ma czasu na swoje dziecko. Powiedziałam mu wyraźnie: Ty musisz mieć czas,
            ja nic nie muszę.
            Bycie rodzicem to przywileje i obowiązki. Na starość dobrowolnie lub poprzez
            alimenty Twój mąż może uzyskać zabezpieczenie od dziecka, Ty jako
            macocha...musisz udowadniać przed sądem, że też Ci się takie zabezpieczenie
            należy. Konkluzja: ponosząc ciężar wychowania potomstwa męża, na starość nie
            możesz liczyć na automatyczną pomoc ze strony tego potomstwa. Jak zechce dać
            macosze to da, a jak nie to nie. To może drastyczny przykład, mało w Polsce
            popularny, by żądać od potomstwa zabezpieczenia swego bytu poprzez owe
            alimenty, ale tak to w prawie wygląda.
            Sama byłam pasierbicą i choć moje stosunki z ojczymem były pozytywne, nie
            poczuwam się do obowiązku zabezpieczania mu dziś starości. Natomist mój ojciec,
            gdyby dziś żył, taką pomoc by otrzymał i nie wiem, co złego musiałby mi zrobić,
            abym się nim nie opiekowała.
            • dona29 Re: och, te macochy... 10.03.04, 10:17
              Droga m-m-m - masz niestety duuuuzo racji - spojzałaś jednak na sprawę z
              zupełnie innej strony.Byc może dlatego,że rzadko spotyka się tak zaniedbane i
              niedojrzałe dziecko w wieku lat prawie 8.Oczywiście - ojciec mógłby dzwonić i
              sprawę nadzorować - wtedy rozlega się wycie,krzyk i histeria...a na końcu bunt!
              On przez telefon tego nie okiełzna - ja na miejscu "cos" musze zrobić,cos
              postanowić itd.
              Wiesz,najgorsze jest to,że ja nie umiem tak precyzyjnie jak Ty,znaleźć swojej
              pozycji,która byłaby ściśle określona - to moge,tego nie muszę.Ja się w tym
              poprostu gubię.Mój stosunek do córki M jest nienazwany i
              niejednoznaczny.Dlatego jednego dnia przejmuję się tymi jej nagannymi ocenami(w
              przeciwieństwie do jej taty)a drugiego - próbuję się do tego nie
              mieszać.Problem polega na tym,że widzę że dziecko z którym mieszkam - jest
              rozleniwione,niechętne do jakiegokolwiek wysiłku,mało abbitne i przede
              wszystkm - absolutnie pozbawione odpowiedzialności.To długi temat - na tę
              sytuacje mieli wpływ - zarówno nieobecna od 10 miesięcy mama,jak i M przecież -
              jako bądź co bądź -ojciec i wychowaca.Tyle tylko - że w pewnym sensie - oni
              oboje się tym nie przejmują(no szczególnie matka) - a ja nie umiem biernie się
              przygladac na hodowanie a nie wychowywanie dziecka.Pozdrawiam
              • m-m-m Re: och, te macochy... 10.03.04, 12:21
                .Problem polega na tym,że widzę że dziecko z którym mieszkam - jest
                rozleniwione,niechętne do jakiegokolwiek wysiłku,mało abbitne i przede
                wszystkm - absolutnie pozbawione odpowiedzialności


                Witaj w domu, Dona, mój pasierb jest taki sam, a lat ma 14... pisząc do Ciebie
                chciałam Ci tylko przekazać mój punkt widzenia, który umożliwia mi zachowanie
                dystansu do zachowania pasierba. Uważam po prostu, ze jasne określenie granic
                jest konieczne, aby zachować właściwe proporcje, kto i jakie ma obowiązki w tym
                układzie. Możliwe, iż w sukurs mojemu myśleniu przychodzą lata pracy z
                młodzieżą, jestem byłą nauczycielką i wierz mi, że na swej drodze pedagogicznej
                miałam do czynienia z bardzo wieloma potwornie zaniedbanymi emocjonalnie
                dziećmi. To, że miałam kontakt z ich rodzicami nie oznaczało, iż równolegle
                zwalniałam tych rodziców z obowiązków wychowawczych i choć rezultaty były
                różne, nie mogłam pozwolić sobie na to, by ktokolwiek z tych rodziców wzbudzał
                we mnie poczucie winy, iż ich własne dziecko jest jakie jest.
                Wiem ,że jest Ci trudno odnaleźć się w tym, ale nawet prawnie nie masz
                możliwości sprawować tej władzy rodzicielskiej, chyba , że matka małej jest
                pozbawiona praw rodzicielskich, a Ty wystąpisz do sądu z wnioskiem o
                przysposobienie.
                Toteż nie przyglądaj się biernie pasierbicy, ale mobilizuj męża...dlaczego z
                góry zakładasz, że mąż nie okiełzna swego dziecka?
                Przewagą człowieka dorosłego jest stabilnośc emocjonalna i każdy dorosły ,
                jeśli tylko chce, może na dziecko wpłynąć. No właśnie : jeśli chce...a panowie
                często nie chcą, bo im to wygodne...bo to właśnie są te krzyki, histerie i
                bunty, a oni najczęśćiej chcą mieć świety spokój, dlatego problem opieki
                próbują zrzucać na innych. Pisałam tu gdzieś wyżej o niegaszeniu
                poszczególnych pożarów, tylko o kompleksowych rozwiązaniach...
                Pozdrawiam Cię i życzę Ci, aby udało Ci się znaleźć w tej sytuacji bez szkód
                emocjonalnych, to na pewno nie będzie szybko, ale jest to możliwe...
                • dona29 Re: och, te macochy... 11.03.04, 11:50

                  Witaj...i pozwól,że zadam ci kilka pytań a może raczej poprostu sie wyżalę -
                  jesteś nie tylko doświadczona w temacie ale i odpowiednio przygotowana,jako
                  pedagog.
                  Poruszyłas ważny temat - a mianowicie - niechęc ojca na wpływanie na córkę.To
                  tak ogólnie - jego wygodnictwo - ponieważ" ktos cos zawsze za niego zrobi".Mam
                  wrażenie,że mój M czeka na jakiś cud z nieba - że dziecko "samo" się
                  zmieni,zmotywuje,wyciszy itd.-ewentualnie - zrobi to za niego
                  szkoła,koleżanki,sąsiadka czy w końcu - ja.
                  Domyślam się,że portret dziecka,o którym opowidam,ci nie straszny - skoro
                  jesteś nauczycielka masz zapewne bogate doświadczenie w nakreśleniu portretu
                  psychologicznego dziecka zaniedbanego emocjonalnie.
                  Otóż to - ja nie umiem biernie przyglądać się ,jak on ją wykrzywia,lekceważy
                  dośc ważne sygnały i ogólnie ma wszystko mniej więcej w jednym miejscu.Dziwię
                  się szkole,w której mała sobie w ogóle nie radzi(że nie alarmuje,nie budzi ze
                  śpiączki ojca),dziwię się pani psycholog,która stqwierdziła ponoć"nie jest
                  jeszcze tak źle" - i na tym skończyła....bo ja sama nie mam siły przebicia!
                  Jestem według M - uprzedzona i mam małą za średnio inteligentną...a więc finał
                  jest taki,że hodowla dziecka kwitnie w najlepsze!
                  O ile rozumiem - podział obowiązków i mam identyczne podejście,jak Ty - o tyle
                  czasami trudno mi patrzeć na zerowe kompetencje wychowacze M.
                  Pozdrawiam


                  Dona
                  • m-m-m Re: och, te macochy... 11.03.04, 13:19
                    Droga Dono!
                    Brutalna prawda jest taka, że szkoła wyraża zainteresowanie uczniem
                    jeżeli ...jego rodzic też takowe zainteresowanie objawia, poza drastycznymi
                    przypadkami takimi jak: rodzinne patologie, alkoholizm rodziców, skrajna bieda,
                    przemoc itp.
                    Sytuacja Twojej pasierbicy mieści się w tzw. normie, czyli: dziecko nie jest
                    bite, głodne, rodzice co prawda rozwiedzeni, ale ojciec założył nową rodzinę,
                    która z psychologicznego punktu widzenia daje dziecku pełne oparcie, tak więc
                    problemu nie ma sad( A to, że się nie uczy, to już problem rodzica i braku
                    nadzoru z jego strony.
                    Widzisz, pomimo wszystkich moich kompetencji pedagogicznych i kilku lat bycia
                    z pasierbem, kilka razy w tygodniu muszę przypominać mojemu panu o jego
                    obowiązkach wychowawczych. Też potrafi powiedzieć, że...nic go to nie obchodzi,
                    bo pasierb sam sobie "ściele" życie, wtedy ja mu odpowiadam, że to nie jest
                    tak, bo gdy młody skończy lat 18-e, ja będę czuła się zwolniona z ... dawania
                    mu rad. Każdy kij ma dwa końce: koniec moich rad, koniec też...mojego
                    współudziału w utrzymywaniu pasierba, bo nie zamierzam utrzymywać dorosłego
                    faceta, bo kiedyś jego tatusiowi nie chciało się go zagonić do nauki, jest
                    robotnikiem wykwalifikowanym rozpoczynającym karierę zawodową od bezrobocia.
                    Wierz mi, to działa, mój pan od razu zmienia ton i...potulnie rusza do działań
                    wychowawczych wink
                    Jak widzisz, znalazłam jakiś sposób na mojego pana i jego wrodzone
                    wygodnictwo, myślę więc, że i Tobie to się uda...trudno mi podpowiedzieć Ci
                    coś konkretnego, ponieważ jest to sprawa indywidualna, no i nie ukrywam wymaga
                    konsekwencji.

                    POZDRAWIAM SERDECZNIE smile)))))))))))))))))
                    • alfa36 Re: och, te macochy... 11.03.04, 20:14
                      Jak widzę problem nie dotyczy tylko mnie. Kiedy czytałam ostatni post dony, to
                      jakbym słyszalam słowa męża-on też uważa, ze jestem do jego syna uprzedzona,
                      poza tym go nie lubię, a kiedyś jeszcze uzyl gorszych slów. I od tego czasu
                      właśnie przestałam ingerowaćw wiele spraw, uznałam, ze nie warto. Nie zawsze
                      jednak mi się to udawało. Synal potrafił mnie wyprowadzić z rownowagi drobnymi
                      zupełnie rzeczami np. wiecznym gadaniem pod nosem. Ale uczę się. Myślę, że
                      zacznę się stosować do rad Twoich m-m-m-. Po pierwsze prosić, a ojciec niech
                      wymaga. Nie wiem jednak jak rozwiazac sprawę pt. tata ma popołudniówki. A poza
                      tym mójemu M zależy na edukacji syna, ale niestety temu ostatniemu wcale. Kiedy
                      tatus poszedł do szkoły, aby dowiedzieć sie o postepy synala, ten był obrażony,
                      choć okazało się , że maly znow w dzienniczku mial tylko dobre oceny, a w
                      dzienniku te gorsze. Czuję, że M sytuacja wymyka się spod kontroli i sam nie
                      wie co robić. Dziecko bowiem kłamie notorycznie w sprawach szkolnych już od
                      dluższego czasu. Ja wiem, ze mogłabym się za to zabrać i siedzieć z nim ,
                      odrabiać lekcje i na pewno efekty by były. Robiłam tak w zeszłym roku i były.
                      Tyle,że wtedy dziecko było mlodsze i słuchało mnie tyle o ile. Teraz słucha
                      mnie mniej a ja się zwyczajnie zniechęciłam, tym bardziej, że mojemu M od czasu
                      do czasu sie odmieniało i kiedy np. kazałam dziecku w niedzielę ćwiczyć
                      czytanie- mówił, że "znów przesadzasz" i pozwalał oglądać telewizję. No więc
                      przestalam przesadzać. Efekty widać teraz, kiedy mały mnie krótko mówiąc -
                      olewa. Mimo wszystko często mi szkoda dzieciaka, los go skrzywdził, jest
                      półsierotą, a ja niestety nie potrafię być dla niego prawdziwą mamą. Pozdrawiam
                      wszystkie macochy.
                      • m-m-m Re: och, te macochy... 12.03.04, 07:37
                        Drogie dziewczyny, Dona i alfa36!
                        Popołudniówki taty? Mój pan tez ma takie popołudniówki, ale ja się nie
                        poddaję...i dalej proszę o kontrolę, np. osobiście zapisuję w kalendarzu mojego
                        pana terminy wszystkich dni otwartych i zebrań w szkole, pouczam, aby sprawdzał
                        zeszyty syna, kontrolował co w nich jest, sprawdzał czego i na kiedy ma się
                        nauczyć. Nie ukrywam, że jest to męczące, ale leży w moim interesie, aby
                        później mój m. nie był zaskoczony, że nie będę finansowała dorosłego lenia.
                        Mojemu pasierbowi też nie zależy specjalnie na edukacji: byle przejść z
                        klasy do klasy, teżkłamie i kręci jak moze, ale moim adaniem jest kłamstwa
                        wychwycić i zmusić m. do działania.
                        Mój m. też uważa, że pasierb nie jest więźniem , nie musi siedzieć stale w
                        pokoju...nie, nie musi, tylko niech sie nauczy raz a porządnie, to wtedy i
                        przyjemności się znajdą. Pasierb uważa, że jemu przyjemności się ...należą bez
                        wzgledu na to jaki jest, to tak jakby domagał się zapłaty nie za pracę, tylko
                        za to, że jw ogóle do tej pracy poszedł smile)) Oczywiście ja torpeduję tego typu
                        gadki na osobności z moim m. i ...mam na koncie drobne sukcesy, np. takie, że
                        pasierb ma odcięty dostęp do kompa ( hasło założone, więc nawet go nie uruchomi
                        pod nieobecność ojca)i TV, zamawiane są bilingi z rozmów telefonicznych i...hi,
                        hi, pasierb parę razy już zapłacił z kieszonkowego za swoje dłuuuuugie
                        rozmowy...Tak więc jest to do ustawienia wszystko, POZDRAWIAM SERDECZNIE
                        WSZYSTKIE MACOCHY !!!!!
    • bsl Re: och, te macochy... 09.03.04, 16:33
      konkubinka smile skąd ja to znam , teraz pewnie ta trzecia mojego M będzie miała
      podobne problemy bo on zrzuci cały ciężar na nią i na wymyślanie jaka to ja
      jestem niedobra i nie dbam o dzieci sad
    • mumin_ek Re: och, te macochy... 11.03.04, 09:11
      Moim zdaniem to normalny etap. Najpierw fascynacja, a potem szara
      rzeczywistosc, kiedy dziecko musi zaakceptowac, ze nie tylko od przyjemnosci
      jestes. Strasznie trudne dla dziecka. Sprobuj porozmawiac z ojcem dziecka.
      Wszakoz Ty tez je wychowujesz.

      Oprocz tego proponuje rozmowe z dzieckiem. wytlumaczenie, ze poniewaz Ci na nim
      zalezy, to stawiasz wymagania. I jesli macie sie szanowac, to musicie sie
      liczyc ze soba nawzajem i nie jest metoda kablowanie na Ciebie do ojca.
      Zaproponuj zalatwianie spraw miedzy Wami w 4 oczy. I tlumacz, tlumacz, tlumacz,
      ze wymagasz, bo Ci zalezy, a jak przestaniesz zwracac uwage, to znaczy brak
      zainteresowania. A moze Maly walczy o zainteresowanie ojca? Moze ten za malo z
      nim przebywa? Tlumacz i rozmawiaj, ale nie odpuszczaj.

      To ciezka sytuacja, mysle, ze po fazie buntu, bedzie lepiej.

      3mam kciuki,
      Kasia
      • alfa36 Re: och, te macochy... 25.03.04, 20:49
        Mam wrażenie , że nie będzie lepiej. A co do rozmów... już to przerobiłam.
        Trafiłam na taki uparty charakterek (ma go po tatusiu), że szkoda gadać.
        Pewnie, gdyby mu dano wybór stać na baczność przez tydzień albo odpowiedzieć na
        banalnie proste pytanie, na które nie ma ochoty odpowiedzieć, to wybrałby to
        pierwsze. Tłumaczenie jak na razie nie skutkują i to nie tylko moje, nie
        skutkują nawet te wypowiadane przez tatę.
        • m-m-m Re: och, te macochy... 26.03.04, 07:40
          Jezeli nie skutkują tłumaczenia ojca, to Twoje nie będą tym bardziej...już
          wspomniałam tu, na tym forum, iż jako macocha niestety nie masz autorytetu,
          szczególnie jeśli dziecko widzi, ze nawet jego ojciec nie zgadza się z Twoimi
          uwagami.
          Pozwól, że wrócę znowu do sedna: WYCHOWANIE TO PROBLEM TWOJEGO M. i niestety
          wszystko musisz z nim załatwiać.
          Cały czas mam wrażenie, ze Twój partner nie ma ochoty na na ten obowiązek i
          tu jest problem główny.
          Wierz mi, byłam pasierbicą i kluczowe znaczenie ma rodzic. Trudno tu, na tym
          forum udzielić kompleksowego rozwiązania, bo zawsze są jakies niuanse i
          niuansiki, których nie da się opisać słowami.
          Skoro się ścierasz ze swoim M. co do metod wychowawczych to nie licz, ze
          Twoje odniosą jakikolwiek skutek. Dzieciak doskonale to wyczuwa, tu nie ma
          równości: nie jesteś jego matką, ono może Cię lubić mniej lub bardziej, ale
          autorytetu równego rodzicowi nie masz i mieć nie bedziesz, bo jego własny
          ojciec jest przeciwko Tobie.

          POZDRAWIAM
          • paprykova Re: och, te macochy... 26.03.04, 15:22
            Kochane Macochy
            Macochą taką jak Wy nigdy nie byłam. Zajmowałam sie córką byłego męża przez
            część wakacji i wekendy. Teraz kiedy nie jestesmy razem a jego córka od kilku
            lat nie chce sie z nim widywać. Nie dziwi mnie to. Czekam tyko kiedy mija córka
            powie: "mamo wymysl cos zebym nie musiała jechac do taty".
            Natomiast problemy, które macie z pasierbami ja mam z rodzoną córunią. Uparte
            to jak osiołek, madrzejsze od telewizora, wygadane tylko nie na temat. I juz
            sama nie wiem czy to dobrze ze nie moge nikogo wiecej obciązyc
            odpowiedzialnoscia i obowiązkami czy może źle. Sama musze wkraczac do akcji i
            słac gromy.A tak na marginesie pomysłowość dzieci jest bezgraniczna (wtyczka
            do telefonu....) Ja mojej córce odinstalowałam GG. A tu wczoraj patrze
            (zakradajac sie na paluszkach w skarpetkach) a ona siedzi i gada. Co sie
            okazało , odinstalowałam ale ona "przypadkowo znalazła" w koszu.
            Rodzone dzieciatka tez bywaja okropne.
            Z wiosennym pozdrowieniem
            PS Chetnie bym zobaczyła sie z Wmi na własne oczy, organizujecie spotkania
            wzajemnego wsparcia i uzupełnienia kawy w krwioobiegu??
            • alfa36 Re: och, te macochy... 27.03.04, 11:08
              A u mnie dziś była taka akcja: wczaraj dziecko nam zapowiedziało, że jurto o
              10.00 jest spotkanie w szkole w sprawie sprawdzianu (jest w 6 klasie. No
              dobrze. Przyjęliśmy z m. do wiadomości. Dziś mój m rano wyszedł do przcy.
              Zostałam z dzieckiem. I tak się zaczęłam zastanawiać, dlaczego w szkole robią
              organizacyjne spotkania w sobotę. Uznalam, że maly coś kombinuje. Zapytałam czy
              coś więcej wie na temat tego spotkania i zapowiedziałam, ze już ja się dowiem,
              czy wszyscy musieli się zjawić w szkole. Wtedy...dziecko stwierdziło, że to
              tylko kilka osób i będą rozmawiali na temat ustawiania ławek. Na to ja, że z
              przyjemnością się wybiorę razem z nim. No i zastałam lekko
              ustawiona ..."Zrobisz mi siarę!!!" Nie zraziłam się jednak tym okrzykiem.
              Wtedy usłyszałam "No dobra idę na chór" Czemu kłamiesz? zapytalam . Uslyszalam,
              że "na chor byście nie pozwolili mi iść". No bo jest to prawda. M. zabrnił
              synalowi dodatkowych zajęć typu śpiew, występy itp. dopóki nie poprawi stopni.
              No i co... dziecko sprytnie te przeszkody omija, czy to kłamstwem, czy
              wmawianiem, że musi i już. Ja dziś nie wiedzialam za bardzo , co robić.
              Teoretycznie mogłam mu zabronić iść na ten chor, ale tego nie zrobilam, bo nie
              chcialam wiedzić jego obrażonej miny. Przy czym wiem, że m w takiej sytuacji by
              mu zabronił. Wygadałam się . Teraz czekam na synala, który jak zwykle się
              spóźnia.
              Jeszcze z innej beczki: czy Wasze dzieci pomagają Wam w kuchni? Zastanawiam
              się, czy 13- latek nie mogłby obrać ziemniaków?
              • m-m-m Obieranie ziemniaków w kuchni.... 29.03.04, 07:48
                Droga alfo!
                Jak najbardziej dziecko powinno pomagać Ci w kuchni...niestety nie obędzie
                się to bez poczatkowych zgrzytów: tę sprawę też przerobiłam, zajęło mi to sporo
                czasu i nie obyło sie bez walki. Układ jest taki : ponieważ ja pracuję b. duzo,
                nie mam czasu na kuchnię...w tygodniu pasierb i jego ojciec jedzš w...stołówce,
                natomiast we wszelkie ferie, gdy pasierb nie chodzi do szkoly, ma obowišzek
                rano zrobić ?niadanie sobie i ojcu (ja wychodzę b. rano) i wła?nie przygotować
                się do obiadu : zrobić zakupy (kartka + pienišdze), obrać ziemnaki w wymaganej
                ilo?ci....ZAWSZE ZMYWA PO SOBIE TO, CO ZUŻYJE W CIĽGU DNIA: SZKLANKI, TALERZE,
                KUBKI...
                Nie było łatwo zaprowadzić taki system, matka mojego m. nauczyła syna i wnuka,
                że ona wszystko za nich robiła i oni uważali, że jest to należna i wręcz
                obowišzkowa dla nich danina z jej strony... Przez dwa lata stopniowo
                wprowadziłam swoje zasady, oczywi?cie przy ogólnej dezaprobacie, ale nie
                przejęłam sie tym i kontynuowałam swoje...No, ale widzisz tu bardzo waznie jest
                na ile mężczy?nie na Tobie zależy: je?li zależy bardzo, to da się to jako?
                ustawić, je?li nie i egoistycznie widzi tylko swój koniec nosa to nic z tego
                nie będzie...Pamietaj też o zasadzie wprowadzania tych zmian przy Twoim M. i za
                jego pomocš u pasierba, inaczej nic z tego nie będzie. Daleko jeszcze do ideału
                w moim układzie, ale rezultatem jest współudział w obowišzkach domowych moich
                panów i...wiekszy szacunek dla mnie i mojej pracy zawodowej.

                POZDRAWIAM
    • m-m-m Re: och, te macochy... 12.03.04, 13:17
      Co do hasła dostępu do komputera, nie wiem jaki masz sprzęt i jakie tam
      założone blokady , w domowym kompie nie ma blokad , zwyczajnie nie istnieje
      możliwość uruchomienia z poziomu systemu, bez hasła z poziomu biosu smile)))))))
      Nie ma też możliwości wprowadzenia kodów, bo bios działa tylko na ten
      jeden...Hasło to nie jest tzw. konto użytkownika windows...
      Co do trudnego wieku: przypuszczam ,że raczej tu nie chodzi o to, że wszystkie
      dzieci dojrzewając maja takie "humory", tylko o problem, kto i jakie
      wychowawcze obowiązki ma. Jest głównie problem mobilizacji ojców tych dzieci do
      wychowywania swego potomstawa, a nie zrzucania obowiązków wychowawczych na
      macochy, bo to ci ojcowie ponoszą wyłączną odpowiedzialność za te dzieci, gdyżi
      mają władzę rodzicielską, a nie macochy.
      A panowie , jak widać na załączonych obrazkach nie bardzo się garną do swej
      roli i tyle.
      Chodzi też o to, że macocha nie powinna mieć poczucia winy, iż dziecko jej
      partnera jest jakie jest, może wspierać tego partnera, ale nie brać na siebie
      odpowiedzialności biologicznej matki.
      Miałam ojczyma, byłam pasierbicą, ale główny ciężar wychowania mojej osoby
      spoczywał na mojej matce, a moje relacje z ojczymem zależały przede wszystkim
      od jej działań wychowawczych.
      To samo jest teraz, ja jestem macochą, ale wychowanie to obowiązek ojca
      dziecka , a nie mój.



      ALE DZIŚ PIEKNY JEST DZIEŃ smile))))))))))))))
    • alfa36 Re: och, te macochy... 25.03.04, 20:42
      Wciąż się ścieram z moim m na temat jego syna. A moje z nim relacje są coraz
      gorsze. A już był moment, kiedy przestałam się wtrącać- m w domu, miał
      moz;liwosć zajęcia się dzieckiem. No i trach... dostalam rachunek za telefon
      (przy tym, kiedy wychodzilam z domu wyjmowalam wtyczkę, więc pewnie kupił sobie
      swoją). I tak już chodzę wściekła prawie od tygodnia. Najgorszy jest brak
      skruchy ze strony dziecka, co sądzi mi przypuszczać, że prośby i groźby na nic
      się zdadzą. Kieszonkowego nie da się odebrać, bo dziecko jest czasem
      obdarowywane przez dziadków pieniędzmi i brak kieszonkowego go nie wzrusza. A
      ja znów jestem bezsilna. A babcia mi powtarzała, że trudno jest wychować cudze
      dziecko.... Pozdrawiam wszystkie macochy.
    • marco2002 Re: och, te macochy... 28.03.04, 20:50
      Witam!
      Zaglądam na to forum i z dużą ciekawością czytam posty. Po rozstaniu się z moją
      partnerką dzieci zostały ze mną. Obecnie są to nastolatki 15 i 16 lat córka i
      syn. Powiem szczeże że wychowanie takich dzieci przez mężczyznę to nie jest
      łatwa sprawa. Mają one kontakt z matką ostatnio nawet częsty ale ja czuję że ta
      główna odpowiedzialność spoczywa na mnie.
      I tu moje pytanie. Z postów wynika że większość badź wszyscy mężczyźni
      rozmówczyń unikają raczej odpowiedzialności zwiazanej z wychowaniem dzieci czy
      to swoich czy przybranych i jak tylko mogą przerzucają ją na barki kobiet.
      Z czego ta postawa wynika waszym zdaniem?
      Pozdrawiam ciepło
      M
      • lideczka_27 Re: och, te macochy... 29.03.04, 03:23
        marco2002 napisał:
        "Z postów wynika że większość badź wszyscy mężczyźni
        rozmówczyń unikają raczej odpowiedzialności zwiazanej z wychowaniem dzieci czy
        to swoich czy przybranych i jak tylko mogą przerzucają ją na barki kobiet.
        Z czego ta postawa wynika waszym zdaniem?"

        Hej smile
        Myślę, że wielu mężczyzn myśli stereotypowo, po prostu wierzą, że pewne rzeczy
        warunkuje płeć. A konsekwencja tego jest taka, że panowie myślą iż starym
        zwyczajem - są odpowiedzialni za utrzymanie rodziny (praca), a gdy pan z łowów
        wraca to odpocząć musi - paputki, pilot do telewizora, obiad, poklepanie żony
        po pupie i to wsio. No a kobietka? Oczywiście strzeże domowego ogniska, poza
        tym wiadomo: baby zawsze od garów były, reszta domowych zajęć jest też
        czysto "babska". A ponieważ kobiety to są takie dobre i cierpliwe, to lepiej
        się nadają do wychowywania dzieci - mężczyzna zafrasowany problemami tego
        świata nie rozdrabnia się; a jeśli tak jest, że żona też pracuje? No cóż, tego
        zdaje się nie zauważać żaden mężczyzna...
        Może troszkę kąśliwie, ale ogólnie tak to wygląda (piszę na przykładzie własnym
        i koleżanek, choć u mnie nie jest tak źle, bo trzymam sie dzielnie i nie daję
        zbyt często wykorzystywać wink ).
        Pozdrawiam sennie
        lida
        • paprykova Re: och, te macochy... 29.03.04, 09:03
          Lideczka witaj
          Zastanawia mnie tylko ta godzina... 3 z minutami.smile)))))))))))))
          • lideczka_27 Re: och, te macochy... 29.03.04, 18:26
            hihi smile)
            jestem nocnym markiem - dopiero gdy pokładę dzieciarnię spać, mam czas dla
            siebie. Wtedy ogarniam całą chałupę i jak się tak opiję kawy, to mnie trzyma że
            i czas na net znajduję wink A ponieważ M ma kretyńską pracę, że ZAWSZE tłucze
            nocki - jestem jak słomiana wdowa wink))
            pozdrawiam
            (fajnie tu u Was - na macoszkach smile )
    • marco2002 Re: och, te macochy... 30.03.04, 11:18
      Tak prawdę mówiąc to podstawową kwestią jest umiejętność rozmowy.
      Ja mieszkam w Warszawie w dzielnicy Ursynów liczącej 120 tyś ludzi.
      Od września zorganizowano tam 2 kursy dla rodziców każdy po jakieś 10 osób.
      Dlaczego?
      Bo nie ma większego zainteresowania.
      Pozdrawiam ciepło
      P.S. Kursy są darmowe offcourse
    • marco2002 a ja się dziwię 31.03.04, 10:37
      dziwię się bardzo że kurs organizowany przez poradnię przyszkolną i prowadzony
      przez psychologów z tej poradni można traktować jak ingerencję w prywatne
      sprawy.Co do wychowania to wystarczy się przejść po Ursynowie aby zobaczyć na
      ulicach dużo ciekawych obrazków.
      Stąd chyba blisko do uświadomienia sobie że jak wychowywać dzieci nie wysysa
      się z mlekiem matki.
      Pozdrawiam ciepło
      M
      Przychodnia na Małcużyńskiego tel 6486837
    • domali Re: och, te macochy... 31.03.04, 10:40
      Moja osobista mama prowadzi kursy, tak zwaną 'szkołę dla rodziców'. Pracuje w
      Poradni Psychologiczno - Pedagogicznej. I zainteresowanie jest ogromne.
      Z jej opowiadań wynika, że jest to bardzo dobra rzecz i dużo ludziom daje (to
      wychodzi w trakcie późniejszych rozmów i spotkań).
      • paprykova Re: och, te macochy... 31.03.04, 14:50
        W szkole moich córek jest organizowana "szkoła dla rodziców" co semestr, a
        oprócz tego w razie kłopotów watpliwości czy zwykłych zapytań Pani psycholog,
        pedagog, psycholog szkolny sa osiągalne na dyżurach i indywidualnie. Sama
        latałam indywidualnie i nigdy sie nie zbywały mnie głupawymi sloganami "trudny
        wiek..." Osobniczki te prowadza z dzieciakami rózne zajęcia (np kuchnia
        terapeutyczna - gotowanie i coś jeszcze jak zwykła rozmowa) Natomiast w
        poradni psychologiczno pedagogicznej trafiłam na kobiete anioła. Nie dość, że
        pamietała mnie moją córke i mój problem po roku (tylko sie przedstawiłam) to
        jeszcze poświecała mi (tak myslę) swój prywatny czas.

        Domali w której przychodni Mama pracuje?
    • marco2002 adresy 01.04.04, 11:52
      drugi ciekawy adres ma nazwę MOP i mieści się przy ul. Boryszewskiej
      tel 8486166
      Mam parę przemyśleń co do zainteresowania rozwijaniem swoich talentów przez
      rodziców. Faber i Mazlish podają że prowadzą w USA kursy dla około 30.000
      rodziców rocznie.
      Daje to dziennie więcej zainteresowanych rodziców niż jest takich w całej
      Warszawie rocznie.
      Ciekawe o czym te dane mówią
      Pozdrawiam ciepło
      M
      • kkokos Re: adresy 01.04.04, 13:19
        o czym te dane mówią, pyta marco... ano o tym, że amerykanie mają manię
        korzystania z porad/poradników/manuali/konsultacji itp., że tam się przez całe
        życie kładzie nacisk na kształcenie fachowców, a u nas na wiedze ogólną
        (ostatnio to się zmienia - tyle, że różni "fachowcy" nie są wciąż fachowcami
        pełną gębą, ale czują się zwolnieni z wiedy ogólnej, bo przecież jako "ludzie
        przyszłości" kształcą się w wąskiej dziedzinie smile)). Oraz o tym, że tam jest
        duża tradycja korzystania z porad psychologicznych w każdej formie, a u nas
        jest wciąż wielki wstyd korzystania z porad psychologicznych w każdej formie
        (to też się ostatnio zmienia). I tyle - takie mamy my i oni obciążenia od paru
        pokoleń.
        • alfa36 problem 22.04.04, 10:18
          Witam! znów mam problem. Dziecko M nie bardzo chce się uczyc i w związku z tym
          kłamie. Warunkiem pojechania naw\ wycieczkę było poprawienie stopni z matmy. I
          przyniósł- 5 w zeszycie. Ale ponieważ M do konca w takie cuda nie uwierzył,
          poprosił, zebym to sprawdziła w szkole (sam nie mógł). I już miałam wychodzić,
          kiedy dziecko mi powiedziało, ze samo wstawiło tę ocenę( przy czym dzień
          wcześniej się zarzekał, że jest oryginalna). Oczywiście powiem o tym M, mimo że
          dziecko mnie prosiło o tajemnicę ale nie wiem sama , czy w takiej sytuacji mam
          się za nim wstawić, czy sobie odpuścić. Synal mnie delikatnie mówiąc "olewa",
          często oszukuje, ale ja też często te oszustwa wykrywam- no i zdarzyło mu się,
          ze powiedzial że coś tam jest przeze mnie (i teoretycznie miał rację, bo to ja
          w końcu znalazłam podrobione usprawiedliwienie itp.). Dlatego też do tej pory
          wstawiałam się za nim. Poza tym, tak sobie myślę, ze prawdziwa mama broniłaby
          swoje dziecko. Ale nie wiem, czy to właściwa droga do porozumienia z
          dzieckiem. macocha
          • mikawi Re: problem 22.04.04, 10:48
            a ja nie wiem czy to właściwa droga do wychowania dziecka; nie możesz myśleć
            kategoriami "prawdziwa mama broniłaby", jeśli dziecko zrobiło źle to nie ma go
            co bronic przed tatą dla zasady, bo nie wyciagnie z tego żadnych konsekwencji.
            Zrobiło źle. Powinno to wiedzieć. Nie rób mętliku broniąc go, gdy ojcie będzie
            go karcił. Musi mieć jasny komunikat że nie aprobujecie kłamstwa i oszustwa.
          • m-m-m Re: problem 22.04.04, 12:00
            Broniła? Przed czym?
            Nie jest dobrą droga porozumienia z pasierbem na zasadzie krycia jego złych
            zachowań przed ojcem, sczególnie, że Cię jak to nazwałaś "olewa" i powiem
            wprost: traktuje instrumentalnie.W ten sposób nie uzyskasz u niego akceptacji.
            Wiem, bo z moim pasierbem przerabiałm to samo, próbował wielkorotnie wymusić na
            mnie tajemnice, ale to do niczego nie prowadzi dobrego.
            Ja też wykrywam cały czas jakieś próby krętactwa ze strony pasierba , ale
            zawsze przekazuję to jego ojcu, bo to on ma obowiązek swoje dziecko wychowywać.

            Pozdrawiam Ciepło smile))
          • majka1970 Re: problem 22.04.04, 14:27
            poza tym, jak młody wyczuje, że prezentujecie dwa przeciwne stanowiska ( surowy
            tata i wyrozumiałą macoszka ) bedzie to wykorzystywał bez opamietania. Oboje
            musicie mu dać do zrozumienia, ze to był bład i poniesie tego wszelkie
            konsekwencje. Sprawa drażliwa, ale do załatwienia.
            Pozdrawiam bardzo.
          • mag_p Re: problem 22.04.04, 14:45
            A ja powiem tak. I to nie chodzi o to czy mama czy macocha. Zadam dwa pytania ,
            czy umowilas sie z Nim w tej kwsti
            chodzi mi o to czy :1
            a poporsilm, ze sie do czegos przyzna , ale zebys nie moila tacie i ty sie
            zgodzilas
            b przyznal sie i dopiro wtedy poprosil , zebys nie mowila tacie i tu pytanie
            zgodzilas sie czy nie?

            Bo nie jestem za ukrywaniem, ale jesli ustalilas z Nim ,ze nie powiesz to
            problem jest wiekszy.
            Jesli nie, to dziewczyny juz odpowiedzialy.. Ja bym tylko staratl sie
            zorganizowac to tak, aby bykla to ostra rozmowa nie krzyk...
            Mag
            • alfa36 Re: problem 22.04.04, 16:18
              mag i dziewczyny- nie umawialam się z dzieckiem na nic. On po prostu widząc, ze
              nie mam zamiaru odpuścić sobie wizyty w szkole powiedział "powiem co coś, ale
              nie powiesz tacie?" a ja na to- wiedząc już o co chodzi- powiem tacie, nie
              mozesz mnie prosić, żebym okłamywała swojego męża i zwyczajnie sama mu
              powiedzialam, że w takim razie nie mam po co isć do szkoły, bo dokładnie wiemy
              co chcial mi powiedzieć. No i on oczywiście się ze mną zgodził- nie mial już
              wyjscia. Dziecko jest bardzo uparte. Boję się tylko, żeby ten zakaz nie
              podziałał w przeciwną stronę - boję się zeby synal nie zaczął robić na złość
              (bo już usłyszałam jak sam do siebie mowił, ze teraz już cały czas będzie kłamał
              • mag_p Re: problem 22.04.04, 16:31
                Problem jest i to DUZY..
                Widac dziecko Wam sie wymyka . Kalmie i jest duzy konflikt.
                Ty zrobilas OK. Nie zastanawiaj sie jak zrobila by matak bo, nie tatka Twoja
                rola. Ty nie masz zastpic mu matki.
                Masz robic tak , by jak najlepiej przysluzyc sie temu dziecku. Czyli zgodnie
                ze soba , swoimi przemysleniami. Jesli masz watpliwosci , gubisz sie w roli.
                Rozmawiaj z eks . Razem do poradni. Ja moze postaralabym sie cos
                podpowiedzedziec- ale wiesz boje sie by nie zagmatwac jewzcze bardziej. W koncu
                specjalista to specjalista.
                trudny okres Was czeka. A najgorsze za maly sie zamyka , przed ojcem rowniez...

                Nie czytalam calosci - czy On mial dobra wiez emocjonalan z ojcem i czy dobrze
                Ciebie przyja..
                Wiesz ja bym probowla zrobic z Ciebie ososbe neutralan. Tzn - zeby on nie
                wiazal tSwoich klopotow z taoba. Nie waz ne czy tata ma czas pujsc do szkoly -
                musi to zrobic ,rozmawiac , sprawdzac zalecenia... itd.
                Moze wtedy latwiej dojdzie do porozumienia

                Mag
                • alfa36 Re: problem 23.04.04, 18:40
                  Nigdy nie zrozumiem facetów. Właśnie mój m powiedzial, ze gdybym ja wbrew
                  zdaniu jego (ojca) pozwoliła synalowi na wycieczkę, to ten nigdy by mi tego nie
                  zapomniał. No i gdzie tu wspólne stanowisko?
                  skołowana macocha
                  • m-m-m Wycieczka 24.04.04, 10:46
                    Droga Alfo!
                    Przecież w świetle prawa nie możesz pasierbowi niczego zabraniać i niczego
                    kazać, nie masz PRAW RODZICIELSKICH, chyba, że wystąpiłeś o nie do sądu i
                    zostały Ci one przyznane. Bez zgody Twojego m. szkoła nie ma prawa zabrać
                    dziecka na wycieczkę. Jest wymagana zgoda rodzica (rodzica, a nie
                    macochy/ojczyma). Dlatego nie składaj dziecku takich obietnic. TY możesz TYLKO
                    doradzać ojcu dziecka i NIC więcej.
                    Mój pasierb chętnie by chciał , abym to ja podejmowała pewne decyzje wiedząć,
                    że jego ojciec np. się nie zgodzi, to się nazywa poszukiwaniem sojusznika. Ty
                    możesz być sojusznikiem TYLKO dla m. , mówić swoje zdanie, ale ostateczna
                    decyzja i tak należy wyłącznie do RODZICA.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka