alfa36
08.03.04, 01:01
Witam! Jestem macochą, mającą coraz większe problemy nie tylko z dzieckiem
(dla którego jestem macochą), ale i z jego ojcem. Mam coraz większą pewnosć,
że wiele złego dzieje sie nie przez te dzieci, ale przez ich rodziców (bądź
rodzica). Jak tu już ktoś pisał dzieci są tylko dziećmi. Ja na samym początku
wspólnego mieszkania bylam super kumpelka, co to i na lody dała i wszędzie
zabierała, naiwnie sądzac, ze jak dziecko mówi, ze ma odrobione lekcje to
jest to prawda. Później byłam od pytania i tłumaczenia. Nastepnie doszlam do
wniosku (po rożnych tam ...), ze najlepiej wychowaniem swojego badź co badź
dziecka zajmnie się jego tata (a moj mąż). Przez jakiś czas sie nie wtrącałam
w nic (chyba ze bardzo mi przeszkadzało). No, ale dałam sie przekonac, ze
jednak dziecko powinno być wychowywane rownież przeze mnie, więc zajełam się
m.in jego nauką. I coż-oto repertuar 12 latka, któremu kazałam się uczyć
(ojca nie było w domu). Najpierw krzyki...a ja i tak nie będę (tym sie nie
przejęłam , bo częste, nawet w obecnosci ojca), później zrzucenie wszystkich
ksiażek z biurka, a na koniec...a ja chcę do mamy (która nie żyje od kilku
lat). Spokojnie wutlumaczylam dziecku, że tak czy siak lekcje mają byc
zrobione, a jak nie to tatuś wkroczy do akcji (jak wroci). Po powrocie wyżej
wymienionego została mu przedstawiona wersja - ona na mnie sie darła i nie
powiedziala, co mam robić, a potem się czepiała.(wtedy mnie chwilowo nie było
w domu) I...tatuś uwierzył synowi, nie pytając mnie o nic. Dostalam łagodnie
mówiąc burę i zostalam skrytykowana (zresztą w obecności dziecka). Nic
dodac , nic ująć... Dodam, ze od samego początku byłam akceptowana (a nawet
bardzo lubiana). Pozdrawiam wszystkie macochy. Chyba teraz przejdę do
kolejnego etapu pt. nie zwracam na Ciebie uwagi...