Cześć, Dziewczyny, dawno nie pisałam - nie było właściwe o czym.
Ale życie nie znosi próżni, wiadomo.
M ma dwóch synów, którzy nas odwiedzają co dwa tygodnie. Jeden jest w 3,
młodszy w 2 klasie.
Chodzi o młodszego - M ma w zwyczaju, w niedzielę odrabiać z nimi lekcje. No
i się zaczyna. Ślęczenie, pokazywanie co i gdzie trzeba zrobić... i nie
byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że młody, bardzo inteligenty
chłopiec (psycholog to potwierdza) "nie umie" sam odrabiać lekcji.
Najprostszych rzeczy.
No i mnie w drugim pokoju szlag trafia, jak słyszę zza ściany co się dzieje.
Żeby nie było, Młody w innych dziedzinach życia również jest jak ta sierota
boża, która albo coś wyleje, albo nie słyszy (i rzeczywiście nie słyszy) albo
buta nie zawiąże. Oczywiście jak mu na czymś zależy, robi się nad wyraz
kreatywny pomysłowy i zaradny. I potrafi!
Ale wracająć do tych nieszczęsnych lekcji. Powiedzcie, jak to jest, czy 9-
letni dżentelmen nie powinien przypadkiem SAM odrabiać lekcji a jedynie kiedy
mu coś trudność sprawia pytać ojca?
Dotyczy to też starszego. Obojgu za każdym razem są przeglądane zeszyty i
ślęczenie aż odrobią lekcje... Czy ja sie czepiam, czy dzisiejsze dzieci tak
mają?
Pytałam M, jak jest, kiedy dzieci są z matką. Nie wiedział! Opiórkowałam Go i
kazałam zapytać.
Boże, chłop dzieci pilnuje a sam jak dziecko!