Dodaj do ulubionych

Moje dylematy...

12.12.08, 09:50
Witam Was wszystkich-smile
Od pewnego czasu podczytuje forum.
Moze zaczne od poczatku- mam 28 lat, prawie 3 letnia coreczke, sama
od 2.5 roku nie z wyboru tylko okrutny los tak zadecydowal-sad
i "rozsypane" zycie ktore probuje nieudolnie poskladac.
Od jakiegos czasu jestem w zwiazku z czlowiekiem ktory jest w takiej
samej sytuacji jak ja, ktory ma 6 letniego syna. Dodam jeszcze ze
on mieszka na jednym koncu Polski a ja na drugim, nie mieszkamy
razem, on ma tam parce ja tutaj, z tym ze b. często jak na ta
odległość się sptykamy, to ja do niego przyjeżdżam to on do mnie, w
zależności od możliwośći raz jest to kilka dni…niekiedy kilkanaście
d. Inna historia to poczatki naszej znajomosci...ale teraz nie o
tym.
Sprawa u nas skomplikowana nieco. Wydaje mnie się ze po prostu jest
to dla mnei za trudny związek i nie uciągnę tego…wiem ze może być
tak ze to ja widze problemy których naprawde nie ma albo
wyolbrzymiam…jedno jest pewne…nie radze sobie z tym.
Chcacy być razem z takich a nie innych przyczyn- musiałabym
przeprowadzic się do niego- zostawic wszystko co mam : znajomych,
przyjaciol, rodzicow, siostry, rzucic prace jednym slowem przewrocic
swoje zycie do gory nogami. Boje się tak bardzo tego kroku, boje się
najbardziej o corke- która jest bardzo zwiazana z moimi rodzicami,
sa jeszcze rodzice mojego meza. Boje się ze jej cos cennego odbiore.
Mialaby wtedy rzadki kontakt z jednymi jak i z drugimi dziadkami.
No i dla mnei nei ukrywam pomocne ze mam pod reka dziadkow i to
wspaniałych dziadkow dla mojej młodej. To naprawde prawdziwy skarb.
Boje się tez ze będę tam sama poczatkowo zdana tylko na niego.
Jak o tym mysle to czasami jestem pewna ze zrezygnuje z tego
związku. Jego syn będzie miał na miejscu babcie, ciociei które go
korzy go kochaja nad Zycie. Wiem ze czułabym się tak dziwnie i
szkoda byloby mi ze syn D. idzie do babci, do ciotek ze wychładza
gdzies razem…maja pprostu normalny kontakt a moja mloda tez by tak
mogla i tak by było tylko wiadomo odległość to uniemożliwiałaby.
Dwa to ze D. ma niezbyt prosta sytuacje z tesciowa swoja i siostrami
jego zony- one nigdy nei zaakceptuja innej kobiety u jego boku. JA
nie mam tego problemu –moja tesciowa akceptuje i jest za tym choc
wiem ze na pewno nie jest jej prosto. Nie wyobrazam sobie jakby to
mialo wyglądać- wiadomo ze sa takie uroczystości ja komunia i inne
kt wymagaja takiego kontaktu.

Nastepny problem mój tkwi w moje psychice- ciagle meczy mnie i
dreczy ze moja corka nigdy nie będzie miala swojego tatusia który
kochal ja nad zycie a mojego meza który był dla mnie calym swiatem
człowiekiem którego pokochalam ponad wszystko. . Nigdy nie pogodze
się z tym co się stalo ze stracilysmy Go!!!! Kiedy patrzy D. na
swojego syna, kiedy go przytula itp…itd czuje taka straszna
zazdrość, nie potrafie opisac slowami tego co czuje w druga strone
powinno być podobnie bo jego syn nigdy nie będzie miał swojej mamusi
Wiem ze D. nigdy by nei skrzywdzil mojej corki, bylby dla niej dobry
nigdy nie wątpiłam w to i mam ta pewność ze tak będzie…ale to nie
będzie nigdy to samo. Tak jak ja nie będę patrzyla na jego syna tak
jak patrze na moja corke tak on nie będzie patrzyl na moja mloda
jak na swojego syna.
Poza tym wydaje mnie się ze zawsze będzie taki „podzial” choćbyśmy
się starali by było jak najlepiej.
Np. snadanie czy obiad - on pottyka swojemu synowi a ja biegam za
moja mloda, podobnie z wiekszoascia rzeczy…
Zawsze marzylam żeby mieć dwojke wlasnych dzieci bedac w tym
związku wiem ze jest to niemożliwe z wielu przyczyn choc wiem ze
wskazane byloby dla nas mieć wspolne dziecko.
Ostatni powiedział D. ze będzie wymagal ode mnie tego co on może sam
dac. Przestraszyllo mni to nieco. Boje się ze nei będę w stanie do
takich normalnych odruchow w stosunku do jego dziecka- jak
przytulanie …itp…itd ze nie będę potrafila tego dac a jeśli tak- ze
to będzie sztuczne i na sile. Być może się mysle i to by się
zmienilo z czasem…poki co nie wiem i jest inaczej….

Jeszcze wiele innych rzeczy…troszku chaotycznie napisala Mo tym
wszystkim…być może zrozumiecie mimo wszystko co staralam się
przekazac.


Pozdrawiam.
Obserwuj wątek
    • kicia031 Re: Moje dylematy... 12.12.08, 10:27
      Nie przeprowadzakj sie do niego. A juz na pewno nie przed slubem.

      Jesli cie naprawde kocha, to on przeprowadzi sie do ciebie. Moj
      partner tak wlasnie zrobil.
      • braktalentu Re: Moje dylematy... 12.12.08, 11:50
        "Jesli cie naprawde kocha, to on przeprowadzi sie do ciebie".

        To tak jakbyś napisała, że jeżeli kocha, to w imię tego związku
        odbierze kontakty rodzinne swojemu dziecku".

        "Moj partner tak wlasnie zrobil".

        Z całym szacunkiem, ale sytuacja dziecka Twojego partnera jest nieco
        inna. Przede wszystkim nie jest półsierotą, nie musiało być wyrywane
        ze swojego środowiska, bo zostało tam z MAMĄ. Czy dobrze byś się
        czuła wiedząc, że w imię Waszego szczęścia Twój wspaniały partner
        podrzucił dziecko dalszej rodzinie na wychowanie?
        • nineczka30 Re: Moje dylematy... 12.12.08, 12:08
          cyt "...nie musiało być wyrywane
          ze swojego środowiska, bo zostało tam z MAMĄ. Czy dobrze byś się
          czuła wiedząc, że w imię Waszego szczęścia Twój wspaniały partner
          podrzucił dziecko dalszej rodzinie na wychowanie?"

          Wlasnie o to mi chodzi, tego "wyrwania" ze srodowiska mojego w
          ktorym czuje sie naprawde bardzo dobrze bo ma morze milosci ze
          strony dziadkow i najblizszej rodziny i ona to doskonale czuje. Tu
          moje obawy ze pozbawia ja w pewnym sensie- tego co ma i "rzuce" w
          zupelnie nowe obce otoczenie, srodowisko.
          • jayin Re: Moje dylematy... 12.12.08, 15:03
            Po pierwsze - mam alergię na słowa "wymagam" ze strony facetów smile
            Jeśli on oczekuje od ciebie konkretnych zachowań - to moze najpierw ustalcie jak to widzicie, na co możesz się bez problemu zgodzić, na co nie - i wtedy decydujcie dopiero o przeprowadzkach ewentualnych.

            A co do przeprowadzek - może przemyślcie (jeśli już ustalicie "zasady w zwiazku" smile - kto będzie się bardziej i intensywniej zajmował domem i dziećmi? Zakładam, że ty. Więc myślę, że to tobie powinien pozostawić wybór miejsca zamieszkania. "U siebie" będziesz miała do pomocy swoją rodzinę. Tam, "u niego", będziesz skazana tylko na siebie i na własne siły, z tego co czytam. To w przypadku "nowej rodziny" i problemów z nią związanych jakichś, zajmowaniu się dziećmi i domem, no i partnerem - może się okazać nie do udźwignięcia chwilami.

            W końcu nic nie stoi na przeszkodzie, żebyście po pewnym czasie mieszkania "u ciebie" pomyśleli nad ewentualną zmianą miejsca zamieszkania.
      • marusia1 Re: Moje dylematy... 12.12.08, 20:53
        Mój już narzeczony też przeprowadził się do mnie (400 km), znalazł pracę, po pół
        roku jego exiara oddała mu syna. I tak we trójkę wylądowaliśmy w moim panieńskim
        mieszkaniu, a on tam w Polsce ma dom. Ale tak się składa, że teraz nikt nie chce
        w nim mieszkać (choć obok są jego rodzice, ukochani dziadkowie) ze względu na
        bliskość ex (matki). Ja nie wyobrażam sobie wyjazdu w jego strony biorąc pod
        uwagę okoliczności.
      • khaldum Re: Moje dylematy... 13.12.08, 09:53
        mój też, 300 km

        pierwotna decyzja była taka, że to ja przeprowadzam się do jego miejscowości,
        jednak to on zmienił zdanie - ze względu na więzi jakie moja córka miała z
        babcią, moje więzi z rodzina... i piętrzące się utrudnienia fundowane przez jego
        by byłą..

        zajęło mu to 2 lata
        i pokochał nowe miejsce - przynajmniej tak mówi wink
    • kicia031 Re: Moje dylematy... 12.12.08, 15:22
      Przeczytaj tu:

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=898&w=88306230
      i tu:

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=898&w=87431423
    • luna67 Re: Moje dylematy... 12.12.08, 17:20
      Nineczka30,
      zadaj sobie pytanie; czy poswiecilabys szczescie wlasnego dziecka w gronie
      kochajacych je osob, uiszczajac swoje? Cholernie twardy orzech do zgryzienia........

      Mam pytanie; czy istnieje mozliwosc przeprowadzki na probe paru miesiecy do
      twojego partnera?
      Powiem tobie z doswiadczenia, ze intuicja kobieca jest niezawodna: "Wydaje mnie
      się ze po prostu jest
      > to dla mnei za trudny związek i nie uciągnę tego…"
      • jayin Re: Moje dylematy... 12.12.08, 17:54
        luna67 napisała:

        > Powiem tobie z doswiadczenia, ze intuicja kobieca jest niezawodna

        Oj, święta prawda.
        Intuicja wrzeszczy jedno - a my tłumaczymy sobie i idealizujemy nierzadko rzeczywistość, wręcz na siłę, żeby ją sobie dopasować do własnych marzeń i wyobrażeń. A potem... Bywa różnie.

        Warto słuchać intuicji. Nawet jak cichutko się odzywa. Wtedy warto się poważniej zastanowić "na zimno" nad sytuacją.
      • nineczka30 Re: Moje dylematy... 12.12.08, 22:44
        "...Mam pytanie; czy istnieje mozliwosc przeprowadzki na probe paru
        miesiecy do twojego partnera?"

        Jesli chodzi o przeprowadzke na probe to raczej nie mam takich
        mozliwosci- mam kredyt mieszkaniowy kt musze splacac, oplaty
        zwiazane z utrzymaniem mieszkania. On sam ze swojej wyplaty nie
        bylby w stanie pokryc wszystkich wydatkow ktore mielibysmy. Wiec
        wszystko na jedna karte musialabym postawic.

        ...i dalej ja mam za male stanowczo mieszkanko dla naszej 4 on za to
        ma mieszkanie wystarczajaco duze dla nas wszystkich, przeprowadzajac
        sie do mnei na wstepie napewno by nie mialby tak dobrze platnej
        pracy jak ma u siebie a ja nie mialabym napewno gorszej pracy
        przeprowadzajac sie tam jak mam tu.


        "...zadaj sobie pytanie; czy poswiecilabys szczescie wlasnego
        dziecka w gronie kochajacych je osob, uiszczajac swoje? Cholernie
        twardy orzech do zgryzienia...

        D. twierdzi ze do szczescia naszych dzieci potrzeba im stworzenia
        pelnej normalnej rodziny.
        Nie wiem co byloby lepsze, nie wiem czy mimo checi- my razem
        bedziemy potrafili stworzyc taka "polatana" normalna rodzine?
        Najbardziej bym chciala zebysmy zmienili zupelnie miejsce
        zamieszkania- ani jego miasto ani moje ale to zupelnie poki co nie
        wchodzi w gre. Nie wiem czy bedac tam nie bedzie gorzej ze mna jak
        jest teraz a jestem juz naprawde zmeczona psychicznie takim zyciem.

        Z drugiej strony patrzac na moja mloda choc mimo wszystko jest
        naprawde bezproblemowym dzieckiem widze i zdaje sobie sprawe ze nie
        jest to takie normalne i tak jak nalezy- dziadki rozpieszczaja i sa
        glusi na to co ja im mowie czy na co zwracam uwage, ja mowie jej-
        tak a oni- nie, oni- nie a ja- tak.
        TAk zle i tak niedobrze doslownie.
        Mam coraz mniej sil...codziennie to samo, praca dom dziecko i tak w
        kolko juz nawet przestalam spotykac sie ze znajomymi wychodzic i
        tak krok po kroku zamykam sie w sobie. Jest mi strasznie zle bo
        takie to wszystko trudne nie wiem jaka podjac decyzje. Czas biegnie
        i ucieka tak naprawde na niczym...
        Zostac tu gdzie jestem rozstac sie z D. i probowac ukladac sobie
        zycie tutaj czy jechac tam zostawic rodzicow jednym slowem wszystko
        to co mam i liczyc ze sie uda jakos poukladac. D. powiedzial ze nie
        przeprowadzi sie do mnie bo uwaza ze ja chcacy normalnie zyc musze
        sie uwolnic od tego co sie ciagnie za mna (chodzi o wspomnienia, o
        mojego M.)


        Wewnatrz podpowida mi intuicja ze ja moglabym zaryzykowac,
        sprobowac ale myslac o moim dziecku majac swiadomosc co ono traci
        i o tym co ona bedzie miala bedac tam a co bedzie mial syn D. to
        jest we mnie takie dziwne uczucie. Owszem rodzina rodzina nawet
        jesli by nam sie udala ja stworzyc ale syn D. bedzie mial
        KOCHAJACYCH DZIADKOW na miejscu I CIOCIE KT SA NA KAZDE SKINIENIE a
        nadia bedzie tego pozbawiona i wg mnie w jakis sposob poszkodowana.
        Dam przykal - tesciowa D. zabiera mlodego na jakies dajmy na to
        zajecia na ktore chodzi w tygodniu poprostu ma kontakt z nia i to
        sie nei zmieni a nie ukrywam ze zawsze by mnei uwieralo ze moja
        mloda moglaby podobnie ale nie moze bo ja poodjelam taka decyzje a
        nie inna.


        Znowu chaotycznie pisze...ale identycznie sie czuje...
        • chalsia Re: Moje dylematy... 12.12.08, 22:51
          > D. twierdzi ze do szczescia naszych dzieci potrzeba im stworzenia
          > pelnej normalnej rodziny.

          fiu bździu ma w głowie czyli nieralistyczne oczekiwania. Wasza
          rodzina będzie pełna ale nie będzie normalna - para dorosłych i
          dwie półsieroty nie spokrewnione ze sobą.
          Twoja intuicja dobrze Ci podpowiada.
          • nineczka30 Re: Moje dylematy... 12.12.08, 23:00
            Tak wlasnie, tak mysle- ze nierealistyczne.
        • luna67 Re: Moje dylematy... 13.12.08, 00:51
          Nineczka30, przeczytaj swoj post i zauwaz, ze jest naszpikowany negatywnymi
          slowami (uczuciami);

          - za trudny zwiazek
          - nie uciagne tego
          - nie radze sobie z tym
          - boje sie
          - czuje taka straszna zazdrość

          Jezeli teraz jestes naladowana negtywnymi uczuciami i myslami, to wiesz mi, po
          przeprowadzce bedzie jeszcze ciezej.

          "> Ostatni powiedział D. ze będzie wymagal ode mnie tego co on może sam dac."
          ...... no dal tobie juz przyklad jak masz sie zachowywac, np. przy sniadaniu i
          objedzie, wiec zajmuj sie tez wylacznie swoja corka i wylacznie jej podstawiaj
          pod nos.

          "D. powiedzial ze nie
          > przeprowadzi sie do mnie bo uwaza ze ja chcacy normalnie zyc musze
          > sie uwolnic od tego co sie ciagnie za mna (chodzi o wspomnienia, o
          > mojego M.)

          No widzisz jeszcze nie mieszkacie razem, a twoj partner juz wie co jest dla
          ciebie dobre, a co zlesmile)))) i ty chcesz sie doszczetnie uzaleznic od takiego
          partnera????? zastanow sie porzadnie.

          Pamietaj jeszcze jedno, twoj partner nigdy nie zastapi twojej corce wlasnego
          ojca, nawet jakby sie staral wiecej niz rodzony. Nowego partnera nalezy ogladac
          przez inny pryzmat, obnizyc poprzeczke oczekiwan. I tak samo jest w druga
          (twoja) strone.

          Mozna z dwuch rodzin stworzyc jedna, ale ona zawsze bedzie polatana, bedzie
          zawsze wymagala wiekszej pielegnacji niz ta normalna.
      • chalsia Re: Moje dylematy... 12.12.08, 22:46
        > zadaj sobie pytanie; czy poswiecilabys szczescie wlasnego dziecka
        w gronie
        > kochajacych je osob, uiszczajac swoje?

        jak dla mnie - związek bez przyszłości. Ktokolwiek by się
        gdziekolwiek nie przeprowadzał, to któreś z dzieci straci bliski i
        czesty kontakt z całą swoją rodziną (prócz rodzica). Nie wyobrażam
        sobie by budować swoje osobiste szczęście kosztem dalszej
        deprywacji kontaktów rodzinnych półsieroty.
    • elakuz Re: Moje dylematy... 13.12.08, 09:26
      a ja nie zgodze sie z dziewczynami. 1)Mam w rodzinie przyklad
      dobrej, pelnej milosci do dzieci i do siebie rodziny stworzonej
      przez wdowe i rozwiedzonego Pana. To bliscy mi ludzie i wiem, ze
      potrafili sie porozumiec, on przeprowadzil sie do niej 500 km.
      2) czemu twierdzicie, ze facet juz probuje nia kierowac? Moze on
      wiedzi wiecej np. to, ze dziewczyna nie otrzasnela sie jejszcze po
      tragedii, ze nie potrafi jeszcze zamknac za saba przyslowiowych
      drzwi, ze ma problem z podjeciem decyzji. 3) To, co wy odbieracie
      jako intuicje ja odbieram wlasnie jako brak zdecydowania, bo skoro
      ma takie wadpliwosci, to po co rozwaza przeprowadzke, czy w ogole
      zwiazek. Nie widzi tego wiec szuka czegos innego w swoim miescie,
      gdzie bedzie miec rodzine i wsparcie.

      Moze nie mam racji, ale brak mi w tym wszystkim obgadania wielu
      spraw, poczawszy od tego, kto ma zajmowac sie domem i dziecmi a
      skonczywszy na uczuciach.
      • yuka66 Re: Moje dylematy... 13.12.08, 17:42
        A ja bym Ci radzila jeszcze poczekac z decyzja - wyjedzcie gdzies
        razem w czworke na wakacje, spedzcie razem swieta u Twojej albo u
        jego rodziny, zobacz jak to jest byc razem, pojedz do niego z corka
        na tydzien, niech on z synem przyjedzie do Ciebie.Zobaczysz jak wam
        jest razem. Na pewno bym Ci odradzala rzucania wszystkiego najedna
        karte - w gre wchodzi nie tylko Twoja przyszlosc, ale i Twojej corki.
      • kicia031 zasadnicza roznica 15.12.08, 16:03
        potrafili sie porozumiec, on przeprowadzil sie do niej 500 km.

        Ja nie mowie, zeby nineczka sie nie wiazala z tym panem. Ja mowie,
        zeby sie do niego nie przeprowadzala. Ta strona, ktora sie decyduje
        na przeprowadzka, najwiecej ryzykuje i ma najwiecej do stracenia -
        jesli to ryzyko podejmuje mezczyzna, to daje dowod swojego
        zaangazowania, i sytuacja jest duzo latwiejsza, wbrew pozorom dla
        wszystkich.
    • cleopa Re: Moje dylematy... 14.12.08, 18:02
      ja bym sie przeprowadzila do niego ale nie pozbywalabym sie swojego
      mieszkania.Swoje mieszkanie bym wynajeła np.Do polki bym nie byla
      pewna ze to jest to na cależ zycie to tak bym trzymala bo zawsze by
      bylo gdzie wrócic. Pozatym moje mieszkanie to jakby majątek dla
      mojej corki a sprZedając je i inwestując ta kase we wspolne juz
      musialałaby sie dzielic też z pasierbem smile jak bym np umarla ..
      • 333a13 Re: Moje dylematy... 15.12.08, 09:13
        Powiem szczerze, że nie zdecydowałabym się na taki krok jaki
        rozważasz z kilku powodów:
        1. Masz dziecko i musisz myśleć również o jego dobru.
        2. Uzależnisz siebie i dziecko (finansowo)od "obcego" faceta i tak
        do końca nie masz pewności co z tego wyniknie.
        3. Co z Twoim mieszkaniem??? Przecież musisz mieć jakieś
        zabezpieczenie dla siebie i córki w razie W.
        4. Wtrącanie się jego rodziny w Wasze sprawy napewno nie pozostanie
        bez echa w Waszym związku.
        Nic nie piszesz o tym ile ze sobą jesteście, jak się dogadują
        dzieci, jak dogadujecie się z dziećmi, co one o tym sądzą itd.
        Życie i pomieszkiwanie z męszczyzną raz na jakiś czas może się
        zdecydowanie różnić od życia z nim na codzień... Dlatego nie wiem
        czy w razie porażki i niespełnionych oczekiwań chciałabyś być na
        jego gruncie czy swoim... Nie twierdzę, że jest to związek skazany
        na przegraną, jednakże uważam że wspólne święta, wyjazdy itd.
        mogłyby Wam pomóc poznać się bardziej i sprawdzić jakie macie
        oczekiwania w związku. Poza tym uważam, że facet który kocha swoją
        kobietę zrobi dla niej "wszystko"... łącznie z przeprowadzką do
        innego miasta... Życzę wszystkiego najlepszego

        • luna67 Re: Moje dylematy... 15.12.08, 18:33
          333a13 napisała:
          Poza tym uważam, że facet który kocha swoją
          > kobietę zrobi dla niej "wszystko"... łącznie z przeprowadzką do
          > innego miasta...

          Moim zdaniem nie masz racji, tylko bezdzietny facet, ktory nie ma nic do
          stracenia. A mezczynzna z obowiazkami jezeli tak by postapil, to taki u ktorego
          na drugim miejscu jest dzieckosmile. Ale czy to realne????? Moj napewno by tego
          nie zrobil, pomimo, ze mnie kocha.....(no teraz mam dylematsmile)))))

          Z postu wynika, ze partner autorki nigdy sie nie przeprowadzi, bo wie, ze
          zabierze synowi przychylne mu srodowisko, no i do tego jego praca, ktorej nie
          znajdzie w miescie partnerki (tak zrozumialam).

          Dla kazdego rodzica najwazniejsze jest swoje wlasne dziecko (normalne), a ten z
          partnerow, ktory popusci, bedzie zyl troche w strachu i bedzie nieswiadomie
          zgadzal sie na wiele rzeczy, na ktore by sie nie zgodzil bedac "zabezpieczonym"
          w razie czego (praca, wlasne mieszkanie, rodzina, znajomi).

          • kicia031 Re: Moje dylematy... 15.12.08, 20:54
            Moim zdaniem nie masz racji, tylko bezdzietny facet, ktory nie ma nic do
            > stracenia. A mezczynzna z obowiazkami jezeli tak by postapil, to taki u ktorego
            > na drugim miejscu jest dzieckosmile. Ale czy to realne????? Moj napewno by tego
            > nie zrobil, pomimo, ze mnie kocha.....(no teraz mam dylematsmile)))))

            A moj chlop. mimo ze jest dobrym i odpowiedzialnym ojcem, jednak sie przeprowadzil.
            • liz-beauty Re: Moje dylematy... 15.12.08, 21:56
              Ale weekendowym. A partner Autorki watku jest (jesli dobrze zrozumialam)
              wdowcem, ktory sam wychowuje syna. A to chyba co innego. Mozna byc dobrym ojcem,
              przeprowadzic sie i co jakis czas dojezdzac 300, 500 czy 1000 km do swojego
              dziecka, ale co innego wyrwac to dziecko z przyjaznego mu srodowiska i
              przeprowadzic sie z nim. Dlatego obydwoje maja dylemat. U nas to wyglada tak, ze
              ja nie mam dzieci i mam wieksze zdolnosci adaptacyjne, wiec to ja sie wprowadzam
              do chlopakow. I tez nie wiem jak to sie skonczy, a gdybym miala swoje dziecko,
              to chyba bym nie zaryzykowala...
              • kicia031 Re: Moje dylematy... 16.12.08, 10:00
                Ale weekendowym.

                No to wlasnie u nas byla glowna trudnosc. Mieszkajac w tym samym
                miescie, widywal sie z corka 3 razy w tygodniu. po przeprowadzce to
                jest gora raz - 2 razy w tygodniu, i oznacza to powazne dodatkowe
                koszty podrozy i czas, ktorego my - nasza rodzina - nie mozemy
                spedzic razem. Ale jest to cena za nasze bycie razem i tyle - a Mala
                jest juz nastolatka i tez nie kreci jej ciagle przebywanie z tata ;-
                ))
        • nsc23 Re: Moje dylematy... 16.12.08, 01:23
          Poza tym uważam, że facet który kocha swoją
          > kobietę zrobi dla niej "wszystko"... łącznie z przeprowadzką do
          > innego miasta... Życzę wszystkiego najlepszego

          A mi sie wydaje, ze jak dwoje ludzi sie kocha, to beda probowali szukac kompromisu.

          Moj W zgodzil sie na przeprowadzke do na poludnie UK (pewnie z 500km od mlodej),
          bo tylko tam mam w zasadzie mozliwosc dalszego rozwoju i edukacji. Poniewaz
          wiem, ze go to boli i martwi sie, ze nie bedzie sie z nia mogl widywac,
          obiecalam, ze bede partycypowac w kosztach wypraw 'na polnoc', mam nadzieje, ze
          uda sie 2 razy w miesiacu na 3 dni (pt wieczor-pon rano), ale pewnie bedzie trudno.
    • 333a13 Re: Moje dylematy... 16.12.08, 08:22
      Rozpoczynając rozmowę na tematy przeprowadzek ciągle wspomina się
      o "stracie"... Zastanawiam się dlaczego nie można na to spojrzeć
      przez pryzmat zyskania czegoś... Dzieci zyskują "pełną" rodzinę a
      partnerzy siebie nawzajem. Jeśli więc w obecnym układzie wszyscy
      (również dzieci) więcej "tracicie" niż zyskujecie, to nie ma sensu
      się "poświęcać". Jednakże z Twojej wypowiedzi wynika, że odległość
      nie jest obecnie problemem w miarę częstym widywaniu się, więc
      dzieci nie zostaną odcięte od babć, cioć itd... W wypowiedziach
      ciągle przewijają się sprawy dorosłych... i nie bardzo widzę gdzie
      tu jest miejsce na dzieci i ich podejście do całej sprawy... Bo
      jeśli one się dobrze dogadują i odnajdują się w nowym układzie
      czerpiąc z niego radość, to nie widzę problemu w Waszym byciu
      razem... Wracając do kwestii zrobienia przez faceta "wszystkiego",
      to nie należy tego traktować dosłownie (bo przecież nie ma nikogo
      zabijać, krzywdzić najbliższych itd.), ale kobiecy instynkt
      samozachowawczy podpowiada mi, że pewne "poświęcenia" męszczyzny
      mogą być próbką jego zaangażowania oraz że należy swoje gniazdko
      chronić przed ewentualnym zagrożeniem i problemami (oczywiście w
      ramach zdrowego rozsądku)... Może jestem egosistyczna i wredna
      zdaniem niektórych, ale uważam, że nineczka 30 powinna w pierwszej
      kolejności patrzeć na dobro swoje i swojej Kruszyny...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka