Dodaj do ulubionych

Śmierć Taty...

10.11.11, 09:29
Witam Wszystkich.

Z ogromną uwagą przeczytałam większość postów zamieszczonych na tym forum-płacząc, łkając i z ogromnym wzruszeniem. Dawały mi niesamowite wsparcie w chorobie Taty i w najcięższych momentach, a było ich sporo-ten rok zapamiątam jako najgorszy w moim życiu... Mój Tatuś po wielu perturbacjach i trzech operacjach na początku tego roku, w których by passami udrożniono mu tętnice udowe i podkolanowe zaatakowane miażdżycą wrócił do domu. Jakoś dawałyśmy radę z siostrą się Nim opiekować, nie było łatwo, ponieważ uszkodzili mu nerw udowy w lewej nodze i były momenty, że pełzał, a nie chodził. Wózek wypierał ze świadomości-zresztą ciężko jeździć na 36 metrach w bloku na IV piętrze...Na chodziku nie dawał rady chodzić, nie wspominając o kulach-ból, ból, ból...Po wielu moich staraniach udało się zorganizować pobyt w ZOL u zakonnic-tam lampami wyleczyli mu odleżynę na nodze, owrzodzenie spowodowane niedokrwieniem stopy też pomalutku znikało. W lipcu pojechałam zabrać do domu człowieka, który był już prawie w stanie chodzić na kulach. 19. 07. 2011 nie zapomnę do końca życia...Tatuś siedział na łóżku, taki bezradny, skurczony z bólu, a lewa noga była już martwa...Paznokcie sine, noga zaczerwieniona, bez reakcji na dotyk, bezwładna...Być może po wielu skargach na te zakonnice ta sprawa trafi do sądu-sama nie wiem czy udowodnię im zaniedbanie-nie wygram z nimi...Przewieziono Go szybko do szpitala, tam stabilizowali lekami, ale to niewiele dało...22. 07. 2011 roku wykonano amputację lewej nogi na wysokości uda. W sali na 7 pacjentów 5 było po amputacjach-pobyt w tym szpitalu to był jeden, wielki koszmar...Potem wdała się lewostronna martwica, rana się nie goiła jak powinna. 2 razy kładli Tatę na stół-niby to tylko czyścili, ale w rzeczywistości docinali po kawałku, i Tatuś bardzo cierpiał, a ja razem z Nim... Ostatecznie docięli tak wysoko, że dotarli do protezy, którą inny szpital wstawiał jeszcze w styczniu. Okazało się, że jest zakażona...Więc przewieziono Go do tego szpitala-tam były o wiele lepsze warunki, nie było tyle osób w sali i przede wszystkim pielęgniarki pracowały, a nie popijały kawę. W tym drugim szpitalu wyciągnęli tę protezę-potem wdrożyli antybiotykoterapię żeby zwalczyć to zakażenie, ale niewiele to dawało...Z posiewu wynikało, że kikut jest zakażony szczepem 5 różnych bakterii...Tatuś był już zacewnikowany, leżał w pampersie, potem po ósmej (od stycznia!) operacji był już karmiony za pomocą kroplówek. W czasie tej ósmej operacji docięli tę nogę do końca-wyłuszczyli w stawie biodrowym-usunęli, trzeci, ostatni staw i pan doktor powiedział, że teraz nie będzie mógł już nawet normalnie siedzieć na wózku...W połowie września zaczęły się problemy oddechowo-krążeniowe, musieli podłączać tlen. 18. 09. doszedł obrzęk płuc i z braku łóżek z respiratorem we Wrocławiu (brak mi słów, nie umiem tego zrozumieć)Tatę przewieziono do Milicza. Tam, 22. 09. 2011. kilka minut po północy zmarł...Ja mam 26 lat i jestem córką i nie umiem się z tym pogodzić. Tyle miałam planów, chciałam mu pokazać morze w lipcu, zabrać na grzyby, bo był zapalonym grzybiarzem...Najgorsze dla mnie jest to, ile musiał wycierpieć i ile bólu znieść codziennie-równo 2 miesiące po tej amputacji zmarł...Cały czas na wózku na szpitalnym dziedzińcu obserwował ludzi, ich reakcje na niego i ten brak nogi...Pytał, jak będzie wyglądać w trumnie bez nogi...Wiem jak to wszystko boli, cierpię na myśl o tym, ile bólu musiał znieść...
Postanowiłam z siostrą, że będziemy kremować-przy trumnie stałam ja, brat i siostra. Miał taki błogi uśmiech na tej udręczonej twarzy-to mi wystarczyło za wszystko... Chciałam żeby Tatę zapoamiętano takiego,jakim był za życia, a nie urządzano sobie "widowiska". Potem zresztą usłyszałam pokątne komentarze, że częśc rodziny jest zbulwersowana, że nie było pochówku tradycyjnego. Nie dbam o to-kiedy cierpieliśmy jakoś nikogo wtedy nie było. A teraz...zostałam sama w pustym mieszkaniu i nie umiem przeglądać rzeczy Taty bez łez, wiele wody upłynie nim się pozbieram, bo to On wykietrować mnie na ludzi, bo na mamę nie mogłam nigdy liczyć...Nie doczekał moich obron prac mgr, ale przyjdę po dyplomach do niego na cmentarz i pokażę mu dedykację na pierwszej stronie...
Obserwuj wątek
    • galaksy46 Re: Śmierć Taty... 10.11.11, 09:45
      Kochana to, co przeszłaś jest bardzo ciężkie. Rozumiem cię doskonale. Mój tato zmarł 9 lipca po ciężkiej chorobie, raku pęcherza moczowego. Ileż przeszedł operacji, ile się nacierpiał. Wiem też co to znaczy, kiedy oddajemy kogoś do ZOLu. Była tam moja mama po udarze mózgu. Po przejściach tam, zakażeniu E. coli z powodu niewymienianego cewnika, walce o każde posmarowanie odleżyn, wyłudzaniu przez nich pieniędzy 2 razy za to samo, postanowiłam, że taty nigdy nie oddam do takiego zakładu. Mama zmarła 3 lata temu po miesięcznym pobycie leczącym zaniedbania zakładu. Byłam z tatą w domu, brałam urlop i pielęgnowałam. Teraz jestem sama i nie potrafię zebrać jego rzeczy, żeby je oddać, czy wyrzucić. Wszystkiego mi szkoda, wszystko mi go przypomina. Ciągle słyszę jego głos w głowie, jak mi różne rzeczy mówi, jak mi daje rady. Czuję jego obecność. Dostałam od psychiatry środki antydepresyjne, bardzo mi pomogły, nie płacze już co chwila i spokojnie kładę się spać. Przytulam cie mocno i wierzę, że dasz radę. Trzeba się wypłakać, bez tego nie będzie ukojenia.
      • joanna_kamila26 Re: Śmierć Taty... 10.11.11, 09:56
        Bardzo mi przykro...Też nie chciałam Taty tam oddawać, ale nie chciałam Go tu uwięzić na tym IV piętrze bez windy. Byłam tam co 2 dzień, tak to właśnie wyglądało-patrzenie im na ręce, proszenie o wszystko-pomimo tego, ze dostawały po 3 tys. miesięcznie, to ciągle było im mało...Nie było mnie 3 dni- to wystarczyło żeby zatrzymało się krązenie w nodze. Do dziś nie wiem, czy podawały Mu leki przeciwzakrzepowe-nie pokazano mi ani jednego opakowania. To jest ogromny problem, w jaki sposób traktuje się u nas ludzi starszych i chorych(Tatuś miał 74 lata-więc był dla mnie i Tatą i dziadkiem w jednym... Ja też nie potrafię niczego oddać co do Niego należało-siatki ze szpitali leżą nierozpakowane, nie dam rady...Płaczę i płaczę-często już brakuje łez, ale to przynosi ukojenie...Ale tak mi przykro-nie doczekał tylu ważnych wydarzeń, które nadejdą w moim życiu...Ja też cię przytulam, dobrze, że jest to forum, bo człowiek by zwariował sam w tym pustym mieszkaniu...Dla Twojej Mamusi i dla Twojego Tatinki zapalam...[*]
        • margolka-and-more Re: Śmierć Taty... 10.11.11, 11:41
          Kochane,
          mój Tatko jest WOLNY od 21 września. Tak, jest wolny. Nic nie boli, nic nie grozi, nic nie musi. Wierzę, że jest szczęśliwy. Ja, tatusiowa córeczka klasyczna. Nic to. Rok po roku, po raz trzeci, trzymałam za rękę i doprowadzałam do bramy. Zanim zdążyłam się pozbierać po jednym, musiałam znaleźć siły na kolejne. Nauczyłam się trwać i - już nie pytać... Może coś we mnie się wypaliło, może wyrosło... W każdym razie - czuję spokój. Przede wszystkim. Przynajmniej na razie. Myślę, że Oni wszyscy tam - szczęśliwsi........
          Ostatnio taki tekst znalazłam: tygodnik.onet.pl/32,0,69809,4,artykul.html
    • kim-ja-jestem Re: Śmierć Taty... 11.11.11, 22:44
      Cześć Joasiu.
      Przyznam się, że nie czytałem całego Twojego wątku, zbyt drobiazgowo piszesz o ciele, a zapominasz o najważniejszym - ciało nie ma żadnego znaczenia, tym bardziej po śmierci.
      Twój przykład jest typowy dla ludzi, którzy uważają, iż nie ma życia wiecznego, że jesteśmy tylko ciałami fizycznymi a nie duszami zamieszkującymi takie ciała. Oj gdybyś tylko mogła sobie zdać sprawę z tego, że Twój tata żyje, że stara się zapewne byś nie smuciła się, że chciałby przekazać Tobie informację o tym, że jest u niego wszystko wporządku.
      Być może nie wiesz, że Twoje cierpienie jest głównie spowodowane zwykłym przywiązaniem się, lękiem przed stratą i zmianą, lękiem przed śmiercią i nieznanym.
      Otwórz umysł Joanno, jaki sens miałoby życie tylko tu na ziemi? Czy nie jest tak, że odsuwasz od siebie wszelkie informacje dot. życia wiecznego? Czy nie widzisz ile wokół Ciebie jest informacji i prawd o życiu wiecznym? Czy nie wiesz że pochówek ciała jest tylko formalnością, która niczemu nie służy?
      Być może to co napisałem jest dla Ciebie niezrozumiałe lub nie do zaakceptowania, ale tylko teraz i to się zmieni. Sam jeszcze rok temu bym tego nie zrozumiał, ale teraz wiem, że życie wieczne istnieje naprawdę - to nie jest mit, mrzonka, ułuda czy wymysł - to fakt, w który wielu osobom trudno w to uwierzyć. A wszyskiemu winien jest strach wpajany nam od dziecka - i tak żyjemy w ciągłym lęku, także przed tym czego nie znamy.
      Przeczytaj książkę Przeznaczenie dusz - Michaela Newtona, by się otworzyć na wartości duchowe. Jeśli trzeba to ją Tobie prześlę.
      Gdy się już otworzysz duchowo zaczniesz pojmować prawdziwy sens życia, a gdy go znajdziesz to przestaniesz się bać i zaczniesz żyć w Miłości.
      Pozdrawiam
      • galaksy46 Re: Śmierć Taty... 14.11.11, 14:14
        To co piszesz jest dla mnie nie do przyjęcia. Nie dlatego, że nie wierzę w życie wieczne, wierzę, ale dlatego, że bagatelizujesz cierpienie człowieka na tym świecie. Kochamy naszych bliskich i cierpimy, gdy oni cierpią. Według ciebie, skoro ciało to zwykła powłoka, to może najlepiej od razu rzucić się pod pociąg co? Nawet nie raczyłeś przeczytać całego postu, bo ci się nie chciało. Reklamujesz wszędzie jakąś książkę, która rzekomo ma czemuś służyć. Daj spokój.
      • joanna_kamila26 Re: Śmierć Taty... 14.11.11, 15:56
        Ja nie neguję tego, co jest po śmierci, natomiast odczuwam teraz niesamowity ból i pustkę po stracie mego Rodzica. Wierzę w to, że Tatuś jest teraz w miejscu, gdzie nie cierpi, gdzie jest spokojny, lecz nie umiem wymazać i nie wymażę pewnie z pamięci do końca życia chwil, gdy cierpiał i odchodził. Tego nie da się zapomnieć, gdy człowiek prowadzi wózek po szpitalnym dziedzińcu i Tato nagle mówi: "Stój, zatrzymaj się", po czym widzę, jak dostaje ataku bólu, kurczy się w sobie i po jego policzkach spływają łzy...A ja stoję i płaczę tak, żeby nie widział moich łez- łez bezsilności i strachu. Poczucia tego, że bardzo chcę, a nie mogę mu jakoś ulżyć w tym cierpieniu. Ja już nigdy nie będę sama- jeszcze w uszach dźwięczy mi krzyk dochodzący z Jego sali, gdy miał zmieniany opatrunek, a pielęgniarka stwierdziła, że: "Ja wiem, ja wiem, ale to musi boleć". Nie takiej chciałam starości dla Taty...Teraz, po Jego śmierci czuję, że Bóg się Nim zaopiekował-nie śni mi się, w mieszkaniu cisza, spokój, ja zaczęłam też normalnie sypiać, że to.Czuję w podświadomości i w sercu, że to co było złego na ziemi to On odkupił swym cierpieniem. To daje ulgę, ale...Nie zobaczy, nie będzie przy mnie podczas tylu ważnych momentów w mym życiu, w czasie kolacji wigilijnej będę patrzeć na puste krzesło i płakać, nie mam teraz komu upiec babki na Wielkanoc, nie mam z kim się pokłócić, nie mam komu sie pochwalić, nie mam komu się powściekać...
        • kim-ja-jestem Re: Śmierć Taty... 14.11.11, 20:53
          Joanno, to co poprzednio napisałem nie było napisane po to byś mnie polubiła, by spodobało się to co napiszę, byś przeczytała tylko że Ci współczuję - napisałem to co napisałem tylko po to by otworzyć Tobie oczy, byś obudziła się ze snu w który tak jak każdy z nas żyje.
          Zadaj sobie pytanie, czy ostatecznie wiecej zyskasz gdy każdy będzie Ciebie wspierał w żalu mówiąc o swoich smutnych przeżyciach i tylko wpółczując Tobie, czy raczej więcej zyskasz, gdy zdasz sobie sprawę, żę ta sytuacja musiała Cię czegoś nauczyć i dzięki niej stałaś się silniejsza?
          Tak jak osoby cierpiące różne nieuleczalne choroby osiągają różne cele, o których często mówi się w telewizji lub czyta się o nich - mogą być inspiracją do walki dla pozostałych osób podobnie cierpiących, tak Ty możesz być inspiracją dla innych, gdy pokażesz, że sytuacja z Twoim ojcem dała Tobie wielką siłę, którą inne doświadczenie w całym Twoim poprzednim życiu Tobie nie dało.
          Joanno, spokój możesz uzyskać tylko znadując go wewnątrz Ciebie, a nie na zewnątrz. Czyż nie czujesz się dobrze z myślą, że Twój tata jest teraz w świecie dusz, gdzie jest mu dobrze i gdzie czeka na spotkanie z Tobą po tym jak w sposób naturalny, śmierć również dotrze do Ciebie?
          Jeśli chodzi o książki, które polecam, to robię to dlatego, by każda osoba zaczęła szukać prawdy, gdyż nie wszystko można powiedzieć tu na forum. Mądrzejsze osoby pisały książki, dlatego do nich odsyłam.
          Pozdrawiam z miłością
          • joanna_kamila26 Re: Śmierć Taty... 15.11.11, 08:21
            Ja wiem, że po naszym ziemskim życiu jest to drugie- wieczne. Inaczej nasza egzystencja tu nie miałaby kompletnie sensu. Jednakże jakoś to życie ziemskie też trzeba przeżyć- i często jest to niesamowicie trudne, gdy umiera cząstka Ciebie. Często brakuje już sił, motywacji, żeby to dłużej ciągnąć- pytanie: Po co> ciśnie mi się na usta bardzo często. Mam 26 lat, nie mam już dziadków od dawna, teraz straciłam Tatę, matka jest alkoholiczką, młodsze siostry mają swoje życie-i ciężko w tym wszystkim patrzeć w przyszłość z optymizmem. Niby jestem fizycznie młoda, ale psychicznie czuję się jak osoba w podeszłym wieku. Często mam momenty, że chciałabym być tam gdzie Tato-nie czuć, nie cierpieć, nie martwić się...
            • zalamana1504 Re: Śmierć Taty... 16.11.11, 23:20
              Droga Joanno...
              Doskonale rozumię Twój ból,Twe obawy...Jestem zaledwie rok starsza od Ciebie i również straciłam chęci do dalszego życia. Zostałam właściwie sama na tym okrutnym świecie.Sześć lat temu straciłam Tatę, w sierpniu minął rok od odejścia Mamusi,9 miesięcy temu zmarł Dziadek, który zaledwie po dwóch miesiącach zabrał tam do Siebie moją jedyną najbliższą mi osobę- najukochańszą Babcię...Nie będę ponownie opowiadać tu na forum co przeszłam bo to za bardzo boli.Jeśli chciałabyś poznać moją historię to odsyłam do wątku: "to niesprawiedliwe".
              Wszyscy za wyjątkiem Babci przegrali walkę z okrutnym raczyskiem, umierali w strasznych męczarniach, byłam przy nich do samego końca właściwie.Jedyne co mnie trochę pociesza to fakt,że Oni uwolnili się już od ziemskiego cierpienia i Tam są zapewne szczęśliwi...Twój Tatko też wiele wycierpiał a Ty patrząc na Jego ból porównywalnie cierpiałaś równie mocno. Trzeba być naprawdę silnym i wytrwałym patrząc na cierpienie swych bliskich. Ja czasem nie dawałam już rady patrząc jak moi bliscy jęczeli z bólu...najgorsza była ta bezsilność...śmierć przyniosła Im ulgę, wyzwolenie od tego okropnego bólu. Wierzę,że i dla Twojego Taty śmierć była błogosławieństwem a teraz jest szczęśliwy i opiekuje się Tobą tam z Góry...nie męczy się już...
              Cieplutko pozdrawiam i życzę Ci wytrwałości...a dla Twojego Taty przesyłam[*]
              • joanna_kamila26 Re: Śmierć Taty... 17.11.11, 11:10
                Przykro mi bardzo...Przeczytałam Twój post i wiem, jak cierpiałaś...Nie mogłam czytać bez łez, serce mi się kraje, gdy czytam o takim bólu-nieważne, czy jest to znajoma osoba, czy nie. Tu na tym forum jesteśmy bliżsi sobie, niż niejednokrotnie ludzie, z którymi żyjemy na co dzień i którzy setki razy powtarzają słowa o współczuciu, o tym, że trzeba się podnieść i iść dalej...Nikt, kto tego nie przeżył nie zrozumie...Chyba muszę wynieść z mieszkania, oddać komuś chodzik, kule i wózek...Ten rak...moja babcia odeszła na raka wątroby i jak to w końcowym etapie tej ziemskiej drogi bólu nie umiała znieść nawet morfina....I człowiek miał 12 lat, stał przy tym łóżku i nie wiedział co ma ze sobą zrobić, łez już nie było, skończyły się...Siłę daje mi to, co obie-świadomość, że już NIE CIERPIĄ, że przenieśli się tam, gdzie ktoś Ich przytulił, zaopiekował się, że już nie muszą tak walczyć o każdy dzień, o każdy oddech, który sprawiał taki ból...Dla Twoich bliskich, którzy opiekują się Tobą tam z góry...[*]
                Trzymaj się cieplutko-życie musi się odmienić na lepsze, tak, jak po burzy przychodzi zawsze słońce:)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka