Dodaj do ulubionych

Pożegnianie

25.08.09, 16:37
Chcialam Was zapytac, jak to bylo u Was z pozegnaniem... Czy udalo
sie Wam pozegnac z Waszymi Bliskimi, czy tez ich smierc Was
zaskoczyla? A jesli udalo Wam sie pozegnac, to czy wtedy latwiej
jest pogodzic sie z ich odejsciem?
Obserwuj wątek
    • klucze_123 Re: Pożegnianie 25.08.09, 23:36
      Ja z mama nie zdazylam sie pozegnac. Z drugiej strony w noc jej smierci nie moglam zasnac, czulam w pewnym momencie straszny chlod. Bylo mi tak zimno, ze zatykalam recznikiem okono. Krecac sie w lozku przyszla mi w pewnym momenice mysl - zeby tylko zdazyc sie pozegnac.

      Mama chorowala na raka, ale nikt nie spodziewal sie, ze odejdzie tak szybko.

      Czy ktos z tym zimnem i chlodem mial podobnie? Bylo to bardzo dziwne.
      Czy w taki sposob ta druga osoba moze sie zegnac?
      • osmiorniczka030 Re: Pożegnianie 26.08.09, 00:27
        Witaj!

        Nas smierc Taty troche zaskoczyla. Lekarze mowili, ze jest zle, ale
        ja nie dopuszczalam tej mysli do siebie. Nie potrafilam wejsc do
        tamtej sali... Stan byl krytyczny, ale taki stan powtarzal sie od
        kilku lat. Lekarze mowili, ale lekarze co jakis czas tak mowili, a
        jednak zawsze sie udawalo... W dodatku stan Taty nagle sie poprawil,
        odetchnelismy z ulga, poszlismy do domu...

        Tamtej nocy w ogole nie zmruzylam oka. Bardzo balam sie telefonu...
        Wiedzialam, ze zgony zazwyczaj zdarzaja sie okolo 3 w nocy. W pewnym
        momencie nagle "uderzyla mnie" mysl, ze Tatus umarl. Ale przeciez
        nie bylo zadnego telefonu ze szpitala, poza tym bylo juz po 3, wiec
        sie uspokoilam i jakies pol godziny pozniej polozylam sie do lozka.
        W tym momencie zadzwonil telefon z wiadomoscia, ze Tata zmarl pol
        godziny temu...

        Nie umiem powiedziec, skad nagle chlod. Czesto jest to wynik silnego
        stresu, goraczki, obnizonej odpornosci...

        Wiem tez jednak, ze Zmarli bardzo czesto zegnaja sie z nami w
        momencie smierci. Robia to na rozne sposoby. W momencie zgonu sa np.
        widywani w roznych innych miejscach. Czesto ludzie odczuwaja czyjas
        obecnosc w pomieszczeniu albo nagle budza sie w srodku nocy
        dokladnie w godzinie czyjejs smierci lub tez krotko przed tym naglym
        obudzeniem maja sen, w ktorym zmarly zegna sie z nimi.

        Chlod towarzyszy tez bardzo czesto doswiadczeniom tzw. "kontaktow
        posmiertnych" (ADC). Szczegolnie czesto towarzyszy zjawisku
        odczuwania obecnosci zmarlego. Nie mialas wtedy poczucia, ze jest
        ktos z Toba w pomieszczeniu?

        Pozdrawiam.

    • pam_71 Re: Pożegnianie 26.08.09, 11:22
      Ja pożegnałam się, jak zwykle "Do zobaczenia w niedzielę."
      ALe w niedzielę juz sie nie zobaczyliśmy, nie porozmawialiśmy ...
      dla Niego nie było juz niedzieli :-(
      I chociaż wiadomo było że choroba postepuje (rak trzustki) i że w
      zasadzie nie ma ratunku ... to jednak zaskoczenie było, że jak to,
      że już ?! Przecież jeszcze w środę rozmawiał z synem(moim mężem ;-
      )) ?!
      Wcześniej też były kryzysy, lepsze i gorsze dni. Chemii juz nie brał
      od 4mc(za słaby) ... Zawsze jednak "podnosił się" ...
      Nie czuliśmy "tej chwili". To był ranek. Dzień wolny. Młoda
      wpakowała się do naszego łóżka. Śmialiśmy się. Długi weekend -
      trochę luzu. Było ciepło i było miło ... i był telefon, że Tata
      odszedł ...
      Czy daje się pogodzić ... hm ... Ja akurat realistka jestem. Wiem,że
      Go już tu nie ma. Nie przyjedzie na urodziny wnuczki, nie
      porozmawia, nie pożartuje, nie rozpali grila ...
      To czego do teraz nie rozumiem to dlaczego On i dlaczego TAK. Czemu
      musiał tak cierpieć i w taki sposób umierać :-( nie widzę w tym
      sensu.
      Pozdr
      Pam
      Ps: Prosze mi oszczędzić wywodów nt. jak to cierpienie zbliża
      do "Boga" i uszlachetnia duszę, bo mnie akurat to "nie bierze" ;-)
      Dzięki za wyrozumiałość.
      • kasik2222 Re: Pożegnianie 26.08.09, 11:39
        mój mąż lerzał na OIOM-ie tydzień. I choć lekarz mówił ze stan jest
        beznadziejny, nie żegnałam sie. Byłam u niego codziennie w godzinach
        odwiedzin od 16 do 18 bo tylko wtedy można na OIOM wejść,
        ostatniego dnia, nagle na monitorze kreska i pisk, ale pielęgniarka
        podeszła, i powiedziała że plasterki się odkleiły. A teraz ja myślę,
        że to ON sie ze mną pożegnał, że to był jakiś znak. Umarł o 4.10 w
        nocy. W tym czasie nie spałam, ale w tym okresie to prawie wogóle
        nie spałam. Ze szpitala zadzwonili dopiero o 8 rano, mimo ze mieli
        pozwolenie o każdej porze. Czy myślicie ze to był znak od niego? że
        odchodzi? tylko ja nie zrozumiałam.
        • osmiorniczka030 Re: Pożegnianie 27.08.09, 00:20
          Witaj Kasik :-)

          Wiem, ze duzo ludzi doswiadcza takich dziwnych "zwiastunow"
          nadchodzacej smierci. Moja siostra miala sen w Swieto Zmarlych.
          Przysnila sie jej nasza zmarla Babcia, ktora powiedziala, ze Tatus
          nie dozyje konca roku. I rzeczywiscie - umarl w grudniu, kilka dni
          przed koncem roku...

          Duzo osob tu na forum pisalo rowniez o swoich proroczych snach,
          ktore pozniej niestety sie sprawdzily. Najnowszy przyklad - sytuacja
          Luny...

          Nie wiem, czy to Bog nas probuje przygotowac na smierc, czy
          uswiadomienie sobie tego faktu juz po smierci kogos bliskiego ma byc
          dla nas jakas wskazowka, naprawde nie wiem. Jednak gleboko w to
          wierze, ze o to wlasnie chodzi.

          Pozdrawiam.
    • inkara Re: Pożegnianie 26.08.09, 12:17
      ... to był piątek 11.30h.. ostatni dzień pracy przed weekendem!
      Planowałam w głowie nasz wolny czas. Przyjazd jeszcze w piątek jego
      siostry z mężem i wspaniałym synkiem. Odliczałam czas kiedy będę
      mogła juz wyjśc z pracy i pojechać do domu czekając na jadących
      gości! Nie pamiętam dokładnie czasu,ale było to krótko przed
      południem jak przyszła mi do głowy myśl o moim kochanym Jacku o
      naszym wsppolnym życiu. Podzieliłam się nawet głośno tą myślą z
      koleżanka.(nie mm pojęcia co to było?, czy jego dusza przyszła do
      mnie na pożegnaie? co to miało znaczyć??,))??? Krótko po godz 14-tej
      wysłałam jeszcze sms-a do Jacka, aby był w domku i wyczekiwał
      naszych kochanych gości! Status wiadomości dostarczona!! Tak więc
      spokojnie zajęłam sie końcem pracy.
      Powrót do domu. Nikogo! Brak bagażu gości, brak zabawek malucha...
      Jacek telefonu nie odbierał.-Dobry sygnał-. Dodzwoniłam do jego
      siostry, która z rodzinką czekała na Jacka w pobliskiej kawiarni,
      gdzie są?? Dlaczego nie w domu? Czy to mozliwe aby Jacek, mój
      najkochańszy mógł o nich zapomnieć??/ Nie, nie , nie to nie możliwe.
      Zaczęłam odczuwać wielki niepokój. Bezskutecznie dzwoniliśmy do
      Jacka! Jego telefon już był poza zasięgiem! Z maskami na twarzy
      udawliśmy,że zapewne coś mu wypadło i zaraz przyjedzie... (miał
      tylko pojechać wymienić oponę w motorze-ostatni tel.godz.10.30, i
      czekac będzie na jadącą rodzinkę)
      Niestety przyjechała policja... Nigdy nie przeżyłabym tej wiadomósci
      sama! Bogu dziękuję, że byli wtedy ze mną najbliżsi! Własnie w ten
      dzień zapalnowli nas odwiedzić! Przejchali prawie 600km, aby no
      właśnie być razem.... na jaki sposób??? A ja nadal czekam... tak
      bardzo Cię kocham Jacku!!
      • tilia7 Re: Pożegnianie 26.08.09, 12:29
        Przeżyłabyś Inkaro,świat wtedy znika, znika całkiem i czy chcemy czy
        nie chcemy, to okazuje się, że NIESTETY się przeżyło.
        Czy ja się pożegnałam?On pożegnał się ze mną.A ja nie wiedząc, że to
        pożegnanie, jednak powiedziałam wszystko, co powinno byc
        powiedziane.Oprócz jednego cholernego wyrazu:ZOSTAŃ
        • landrynka103 Re: Pożegnianie 26.08.09, 17:43
          Tilia7 ja tez dopiero teraz uświadomiłam sobie, że Tatuś się ze mną
          pożegnal juz wczesniej... Kilka dni przed tym wydarzeniem
          zadzwoniłam do niego pogadać, spytac się co słychać, on na to że
          wszystko dobrze, że własnie jest u siebie w firmie, że pracuje, że
          dobrze się czuje i na koniec rozmowy powiedział: " i przekaż Miśkowi
          (mojemu mężowi) aby dbal o Ciebie i maleństwo (moją małą córeczkę) a
          ja odpowiedziałam " Tatuś, no przecież wiesz, że on zawsze o nas dba
          bo nas kocha"... Boże! Gdybym ja wiedziała że on już wtedy to
          planował! A potem tuż przed dostałam pożegnalnego
          smsa: "przepraszam, tak musiało być...." Do dziś nie mogę się
          otrząsnąć, minął miesiąc a ja dalej mam serce rozerwane cierpieniem
          i bólem, nie potrafię zrozumieć jego wyboru, nie potrafię ... Łez
          już nie mam tylko ten potworny ból w sercu...
          • tilia7 Re: Pożegnianie 26.08.09, 19:46
            landrynka103 wiem, co czujesz.Okropne to jest i nie łatwo sobie z tym poradzić o
            ile w ogóle można.Dobrze, że masz męża, do którego możesz się
            przytulić.Rozmawiaj o tym i nie duś w sobie.Nic więcej nie umiem Ci doradzić, bo
            sama sobie z tym nie radzę.Ja NIBY rozumiem, w każdym razie prawie.W każdym
            razie z własnej rozpaczy coraz lepiej rozumiem, co On czuł i czemu.Ale zupełnie
            nie potrafię zaakceptować, pogodzić się z tym i żyć jakoś normalnie
            • kosia88 Re: Pożegnianie 26.08.09, 21:34
              Witam Was!
              Mój Tatuś odszedł 3 miesiące temu....a ja ciągle zadaję pytanie
              dlaczego? pewnie jak każdy kto starcił kogoś bliskiego...Mam w sobie
              dużo bólu i żalu....

              Cztery dni przed śmiercią - w dniu Komunii Św. mojej córki - kiedy
              nie czuł się juz najlepiej uważnie mi się przyglądał .... wiedziałam
              że wkrótce nastąpi koniec...czułam to Tego dnia przywiozłam moją
              ślicznie ubraną córeczkę do Niego aby zobaczył jak wygląda w pięknej
              białej sukni.....i nie zapomnę Jego szczęścia i radości do końca
              życia .....to było nasze pożegnanie... moje i małej...jeszcze tego
              dnia trafił do szpitala
              W dniu śmierci taty - wybierałysmy się z mamą do szpitala...Z
              opowiadań mamy wiem że w tym dniu raptownie poczuła na policzku
              ciepło - tak jakby ją "smagło" po twarzy aż się przeraziła takie
              było to nienaturalne Spojrzała na odruchowo na zegarek - 9.30 Coś ją
              tknęło...w drodze do szpitala dostałyśmu telefon że tatuś zmarł i
              właśnie o 9.30.....Myślicie że przyszedł się pożegnać?
              Pozdrawiam

              Dzisiaj mam okropny dzień
      • osmiorniczka030 Re: Pożegnianie 27.08.09, 00:40
        Czesc

        A ja odnosze wrazenie, ze czesto w naszym zyciu wydarza sie cos z
        pozoru blahego, co wydaje sie w tym konkretnym momencie nie miec
        zadnego znaczenia, jednak nabiera sensu, kiedy sie patrzy na to
        wydarzenie z perspektywy czasu.

        Ja mysle, ze zostalam przygotowana na smierc Taty. Wiem, ze gdyby
        nie to wydarzenie, chyba tez bym nie przezyla jego smierci. Dostalam
        na przygotowanie dokladnie rok, kiedy to w ciezkim stanie trafil do
        szpitala. Lekarze z pelnym przekonaniem mowili, ze Tatus umiera.
        Siedzialam wtedy przy jego lozku i trzymalam go za reke. Blagalam
        Boga o pomoc... I pomogl. Tatus wrocil do nas. Jednak od tamtej pory
        wiedzialam, ze musze wykorzystac kazda chwile... Niestety rok minal
        szybko i sytuacja sie powtorzyla. Tym razem Tatus juz do mnie nie
        wrocil... Jednak dzieki temu "ostrzezeniu" mam poczucie, ze
        powiedzialam mu o wszystkim, choc w tym ostatnim momencie mnie przy
        nim nie bylo.

        Pozdrawiam.
        • pam_71 Re: Pożegnianie 27.08.09, 11:13
          > A ja odnosze wrazenie, ze czesto w naszym zyciu wydarza sie cos z
          > pozoru blahego, co wydaje sie w tym konkretnym momencie nie miec
          > zadnego znaczenia, jednak nabiera sensu, kiedy sie patrzy na to
          > wydarzenie z perspektywy czasu.

          Hm... a według mnie to My próbujemy nadać tym wydarzeniom/gestom
          jakis większy sens. Tyle i tylko tyle. Takie jest moje zdanie (mogę
          je mieć prawda ?). Jeżeli Tobie Osmiorniczko to pomaga to i dobrze ;-
          ) Ja jestem realistką .. do bólu.
          • tilia7 Re: Pożegnianie 27.08.09, 16:06
            A ja jestem po środku.Czasem faktycznie zdarzają się dziwne
            przeczucia,odczucia i sny.Trudno dociec czy są znakami, czy naszą
            intuicją, czy faktycznie dopiero "po fakcie" wprowadzamy taką
            nadinterpretację
    • luna67 Re: Pożegnianie 26.08.09, 21:24
      Rozmawialam z moja kochana mamusia jeszcze dzien przed jej smiercia, i bylo to
      jak pozegnanie..., ale dopiero po jej smerci sobie to uswiadomilam....

      No dlaczego mialabym myslec inaczej? przeciez byla zdrowa i byla w ostatnim
      tygodniu zycia u dwoch lekarzy w tym u kardiologa w szpitalu (bo sie martwilam
      jej zaslabnieciem)!!!!!!!!!!!!!

      Zrobiono jej wszystkie badania w szpitalu 5 dni przed smiercia i wszystko bylo
      O.K!!!! A lekarz powiedzial jej, ze ma isc do psychiatry, bo
      wymysla!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!:-((((((((((((a ona wtedy miala juz
      zawal!!!!!!!!!!!!!!!!!!)

      Przeddzien jej smerci rozmawialismy dlugo (jak zawsze), uspakajala mnie jak sie
      pytalam o jej zdrowie i jak sie czuje, i w zarcie odpowiedziala, ze musi
      odwiedzic jeszcze psychiatre tak jak jej lekarz w szpitalu poradzil, smiala
      sie...., a ja w histeri powiedzialam jej zeby wieczorem zadzwonila po pogotowie
      i niech klamie, ze cos ja boli.....(ja cos czulam!!!!), ona mi to obiecala ale
      nie dotrzymala slowa..., ona sie martwila o mnie, bo mialam leciec w nastepny
      dzien samolotem, i ona miala jakies zle przeczucia.....

      Latalam samolotem tysiace razy, ale tym razem przy starcie zaczelam sie nagle
      czegos bac, dostalam histeri wbijajac paznokcie w reke mojej corki, plakalam (to
      byla godzina smerci mojej mamy).

      Moja corka nie wylaczyla telefonu komorkowego w samolocie, i przy ladowaniu
      zaczol dzwonic, a ja w panice zaczelam jak wariatka powtarzac: "nie odbieraj,
      nie odbieraj, cos sie strasznego stalo...)
      Film mi sie urwal, tylko z opowiadan mojej corki moglam odtworzyc scenariusz
      mojej rozpaczy na lotnisku......:-(((((( to bylo straszne......, a myslalam, ze
      jestem silna kobieta....:-((((

      W natychmiastowym locie powrotnym, po srodku uspakajajacym zaaplikowanym przez
      lekarzy na lotnisku, wyczerpana krociutko zasnelam i snila mi sie mama, z ktora
      stoje przytulona na jej grobie (jej cieplo w tym snie czuje do dzis)...Obudzilam
      sie nie swiadoma rzeczywistosci powiedzialam mojej corce, ze mialam koszmar
      senny..., ale jak zobaczylam ja cala zalana lzami odwracajaca sie do okna, i ze
      siedzimy na innych miejscach zrozumialam, ze prawsziwy koszmar sie dopiero
      zaczol.....i bedzie trwal do mojej smierci......

      Moja kochana mamusia, na drugi dzien po naszej rozmowie bagatelizujac moja
      panike (nie wzywajac karetke w nocy, ale dla mojego uspokojenia (tak mi tato
      opowiedzial)), poszla do przychodni sie zbadac (miala wczesniej isc na duze
      zakupy) i na oczach lekarzy zsunela sie z krzesla, nawet natychmiastowa
      reanimacja nie pomogla!!!!!!!

      Moje serce krwawi!!! nigdy w zyciu sie z tym nie pogodze, jestem zla, ze mnie
      raz w zyciu nie posluchala!!!!!!!! Ale dlaczego miala mnie posluchac? przeciez
      to ona byla bosem rodziny!, to ona miala zawsze najwiecej do powiedzenia
      (naturalnie z troska o innych), zcalala nasza duza rodzine, dbala o wszystkich,
      to ona zawsze doradzala, pocieszala..........

      Tesknie za nia przeogromnie, moje serce oplata drut kolczasty, ktory sie z
      kazdym uderzeniem mojego serca zaciska, czekam z uteskieniem na jej telefon z
      jej cieplymi slowami..., czekam na jej cieple rece wtulone w moje policzki,
      czekam i bede czekala do konca mojego zycia...

      Dzwonila ze swojej komorki 5 dni po smerci (ktora lezala w kuchni) do mojego
      brata. Ja z moim tata siedzielismy w tym czasie w kacie jadalnym ok. godziny i
      rozmawialismy (i nikt z nas nie ruszal jej telefonu!!!!!!!wiem na 100%!!!!).

      Byla godzina 9:35 jak zadzwonil do mnie brat z pytaniem, kto do niego dzwonil z
      mamy komorki przed piecioma minutami? (godzina smierci mojej mamy), a ja mu
      odpowiedzialam oslupiona, ze to napewno mama, gdyz nikt nie dotknal jej
      telefonu, ktory byl widoczny dla nas wszystkich.....Jak przyszedl sprawdzilam, i
      rzeczywiscie mama dzwonila z telefonu, ktorego nikt nie ruszal o 9:30, jak
      dopijalismy ostatnie resztki kawy z tata, a jej telefon lezal na blacie
      kuchennym.......(sprawdzilam nawet ustawienie zegarka na komorce mojego brata i
      mamy),

      Kochana mamusiu czuje ciebie, wiem, ze jestes obok mnie, ze chcesz mnie utulic a
      nie mozesz...., nie szkodzi, nie martw sie, jeszcze mnie przytulisz i nadrobimy
      to wszystko co zostalo jeszcze otwarte w tym zywocie................ Kocham
      ciebie jak stad do wiecznosci i nieskonczonosci....., ty wiesz....



      • osmiorniczka030 Re: Pożegnianie 26.08.09, 23:58
        Czesc!

        To wszystko bardzo smutne, co piszesz. Jednak widac, ze laczyla Cie
        z mama ogromna wiez. I widac, ze nadal laczy... No i to, co
        wydarzylo sie po smierci swiadczy o tym, ze mama jest z Wami i
        bardzo Was kocha. Tylko jej nie widac i nie slychac, wiec musi
        przypomniec sie komorka... :-)

        Jak tak sobie czytam o tym telefonie, to przypomina mi sie, ze
        dokladnie to samo bylo u mnie jakis czas po smierci Taty. Jego
        komorka sama "zadzwonila" do kogos, chyba do mojej siostry, a
        przeciez nikt jej od smierci Taty nie uzywal. Wtedy to
        zlekcewazylam, wydawalo mi sie, ze to jakies zwarcie w komorce, ale
        wtedy jeszcze nie wiedzialam, ile rzeczy jest mozliwych...

        Dlatego wlasnie nie zanotowalam tego wydarzenia, a przeciez
        wszystkie "dziwne" wydarzenia notuje. Mysle, ze Ty rowniez powinnas,
        bo takich sytuacji moze byc jeszcze duzo. Latwo sie o nich zapomina,
        a one bardzo pomagaja w tych najtrudniejszych chwilach.

        Pozdrawiam i zycze z calego serca jeszcze duzo takich telefonow...
    • annubis74 Re: Pożegnianie 27.08.09, 00:20
      Nie udało się pożegnać... Bo mimo że stan był ciężki wszystko
      wskazywało na poprawę, tak zreszta zapewniali nas lekarze... Nie
      chcieliśmy też używać jakichś wielkich, wyjatkowych, ostatecznych
      słów, żeby Mamy nie straszyć... Śmierć przyszła znienacka,
      niespodziewanie... Minęły dwa miesiące a ja nadal nie wierzę...
      • xxxkarolinkax Re: Pożegnianie 27.08.09, 19:56
        u nas pożegnania nie było.. nie zdążyłam.
        już na 2 dni przed Jego śmiercią wszyscy dookoła (lekarze, pielęgniarki)
        powtarzały,że odchodzi..że się nie uda, że rak wygra..a ja nie wierzyłam.
        wychodząc od Niego z hospicjum wieczorem zapytał "a będziesz jutro?"
        odpowiedziałam "oczywiście kochanie".. i byłam. ale Jego już nie było :( w nocy
        Jego stan się pogarszał. nikt mnie nie powiadomił...
        odszedł cichutko, godnie, ze spokojem na buźce..po prostu wziął ostatni oddech i
        tak zgasło moje słońce... :( Zjawiłam się tam 6 minut później.

        cholerne 6 minut!
        • tilia7 Re: Pożegnianie 27.08.09, 22:44
          Karolinko może chciał Ci tego oszczędzić.Rozumiem, co czujesz.Ja byłam kilkaset
          metrów od Niego, kiedy odchodził,więc wiem doskonale, jakie to uczucie
          • w_malagosia Re: Pożegnianie 28.08.09, 09:27
            A ja się spóźniłam 10 minut i tego sobie nigdy nie wybaczę.
            Chciaż myślę, że nie chciał żebym przy nim była. Poczekał tylko, aż cała jego
            najbliższa rodzina przyjedzie i odszedl.
            Świadomość, że nie potrzebował mnie w takiej chwili czasami jest nie do zniesienia.
            • mocnakrysia Re: Pożegnianie 09.01.10, 09:16
              Moja mama była tak ciężka i pogarszajaca się z godziny na godzinę że żegnałam
              się z nią kilkakrotnie w myślach i fizycznie jak odchodziłam od jej łóżka. Ja
              też traciłam nadzieję z godziny na godzinę jak postępowała jej choroba. W
              poniedziałek wieczorem byliśmy z mężem i synem u niej. Patrzyła na nas mętnym
              wzrokiem ,była całkiem niewładna, nie rozmawiała już,oddech miała raz ciężki
              drugi raz płytki pojedynczy. Pożegnała ją wtedy jeszcze raz ,pocałowałam w buzię
              w rękę,przytuliłam się do niej ostatni raz. Potem myśmy odeszli ,powiadomiłam
              brata i drugiego syna. Oni też przyjechali ,byli z nią i się pożegnali. Rano
              miałam zamiar jechać do szpitala jak się obudziłam i pomyślałam sobie - mamo jak
              to cię tak męczy i cierpisz to odejdż i za chwilę był telefon że umarła.
              Wcześniej jak zachorowała powiedziałam jej że nie pozwolę jej umrzeć. Po tej
              koronorografii i krwawieniu jak trochę dochodziła do siebie , mieliśy obie
              nadzieję że do siebie dojdzie, obiecałam że będę się nią opiekować , znajdziemy
              gdzieś dalej dobrego lekarza który postawi ją na nogi. Niczego nie zrealizowałam
              oprócz tej krótkiej opieki nad mamą u mnie w domu. A potem jak lawina było już
              coraz gorzej z godziny na godzinę. Czy po tym wszystkim człowiek jest w stanie
              normalnie żyć i funkcjonować jak tego od nas oczekują.W kaplicy w trumnie cały
              czas trzymałam ją za ręce i pocałowałam w czoło na pożegnanie. Chciałam coś jej
              jeszcze od siebie dać i nie zdążyłam zrobić nic. Choroba i przeznaczenie czy Bóg
              byli silniejsi od miłości, itego co chcieliśmy dać sobie nawzajem. Mama ze mną
              nie mieszkała ale co dzień do siebie dzwoniliśmy i co tydzień albo częściej do
              niej jeżdziłam. A teraz pustka i rozpacz coraz silniejsza.

              "Rodzimy się i umieramy a życie toczy się dalej jakby nas tu wcale nie było" -
              M.Dąbrowska
            • agalt Re: Do w_malejgosi 09.01.10, 21:14
              Witaj Małgosiu!

              Przede wszystkim przeogromnie Ci współczuję. Wybacz mi, proszę, ale
              myslę, że powinnaś sobie wybaczyć. Bo chyba nie masz sobie nic do
              wybaczenia. My z cała pewnoscią wybieramy sobie ten moment. I to nie
              jest tak, ze Cię nie potrzebował. On wiedział, że Twoja obecność
              utrudni mu odejście. Dlatego musiał odejść zanim przyszłaś. Wtedy
              już sie patrzy w inną stronę. I to nie znaczy, że się przestaje
              kochać tych, którzy pozostają. Jeśli kogoś kochamy, to szanujemy
              jego wybory. Jeśli uwierzysz, że to był jego wybór i uszanujesz go,
              nie traktując go jako objaw porzucenia, bedzie Ci łatwiej żyć...
              Tatuś mojego J umarł, gdy J mial 13 lat. J był przy jego śmierci,
              słyszał ostatnie tchnienie swojego ojca. Ogromnie to przezył. W
              ostatnie dni życia J, była u nas jego najmłodsza córka. Gdybym była
              przy nim w TEJ OSTANIEJ chwili tutaj, ona tez by z nami byla. Myślę,
              że chciał jej tego zaoszczędzić. A może też bał sie, że ja bedę mu
              utrudniać odejście. Nie byłam na to przygotowana.
              Ja naprawdę wiem, co czujesz. Pamietam, jak J kiedys nie chcial
              wziąć leków. Serce mi się skuliło z bólu, bo wierzyłam święcie, że
              on wyzdrowieje jeśli tylko... Przerażona zapytałam głupio i
              naiwnie "Nie chcesz wyzdrowieć?". On już nie mówił. Pokręcił tylko
              głową. A ja prawie umarłam z bólu. On juz patrzył w tamtą stronę, a
              ja przez moment pomyślałam, że juz mnie nie kocha. Dopiero potem
              dotarło do mnie, jak egoistyczna była ta myśl...
              Przytulam Cię mocno
    • forever_sad Re: Pożegnianie 17.01.10, 22:54

      Mnie się nie udało ani razu pożegnać z Nikim Kto Umierał. Zawsze
      śmierć przychodziła po nich po cichu... bez zapowiedzi... Może to
      lepiej... bo zapamiętałam ich uśmiechniętych, pełnych radości...ale
      z drugiej strony - miałam dziwne uczucie, że Oni odchodzą by mnie
      ukarać za to, że może za mało ich kochałam lub zbyt mało czasu im
      poświęcałam...
      • agalt Re: Pożegnianie 18.01.10, 11:03
        Witaj Forever_sad
        Bardzo Ci współczuje. Mam jednak wrażenie, że wyciągasz zbyt daleko
        idące wnioski. Gdyby śmierć naszych bliskich była po to, żeby nas
        ukarać, to jak moglibyśmy mówić, że Bóg nas kocha? Albo o Jego
        mądrości? Przecież taka kara ani nie uczyłaby niczego na przyszłość,
        ani nie dawała szansy na poprawę. Gdyby natomiast był to wyłącznie
        wybór odchodzących, to taka "kara" dla nas świadczyłaby o ich
        wyjątkowym orucieństwie...
        Nie wspomninając o tym, że idac tym tropem, trzęsienie na Haiti, to
        pewnie tez Twoja wina... Odpuść sobie... Jeśli jesteś wierząca,
        znajdź mądrego księdza, wyspowiadaj się (łącznie z takim myślami) i
        niech Ci odpuści, jako i Bóg Ci pewnie dawno już odpuścił. Jeśli nie
        uwolnisz swojej przeszłości, masz małe szanse na przeżycie szczęścia
        w pełni. Spróbuj być chociaż sometimes_really_happy...
        Przytulam Cię mocno
        a/
        • forever_sad Re: Pożegnianie 21.01.10, 02:33
          agalt napisała:

          > Witaj Forever_sad
          > Bardzo Ci współczuje. Mam jednak wrażenie, że wyciągasz zbyt
          daleko
          > idące wnioski. Gdyby śmierć naszych bliskich była po to, żeby nas
          > ukarać, to jak moglibyśmy mówić, że Bóg nas kocha? Albo o Jego
          > mądrości? Przecież taka kara ani nie uczyłaby niczego na
          przyszłość,
          > ani nie dawała szansy na poprawę. Gdyby natomiast był to wyłącznie
          > wybór odchodzących, to taka "kara" dla nas świadczyłaby o ich
          > wyjątkowym orucieństwie...
          > Nie wspomninając o tym, że idac tym tropem, trzęsienie na Haiti,
          to
          > pewnie tez Twoja wina... Odpuść sobie... Jeśli jesteś wierząca,
          > znajdź mądrego księdza, wyspowiadaj się (łącznie z takim myślami)
          i
          > niech Ci odpuści, jako i Bóg Ci pewnie dawno już odpuścił. Jeśli
          nie
          > uwolnisz swojej przeszłości, masz małe szanse na przeżycie
          szczęścia
          > w pełni. Spróbuj być chociaż sometimes_really_happy...
          > Przytulam Cię mocno
          > a/

          przestałam wierzyć w Boga ... może dlatego tyle goryczy i takie a
          nie inne emocje we mnie są ... ale wiesz On tyle razy ze mnie
          zakpił, że ja też postanowiłam postawić w wątpliwość Jego
          Miłosierdzie czy Istnienie... pewnie te słowa sprawią niezadowolenie
          ale to tylko moje Ja


      • annubis74 Re: Pożegnianie 18.01.10, 13:18
        forever_sad, myślę że każdy z nas ma to uczucie Że spotkała nas
        najgorsza możliwa kara. Im bardziej kogoś kochamy tym bardziej
        uderza w nas ta strata. Myślę też że im wrażliwszymi jesteśmy
        osobami, im głębiej wierzymy w jakąś harmonię, im większe w nas
        poczucie sprawiedliwości-niesprawiedliwości tym trudniej nam
        zaakceptować stratę. Zawsze kochamy za mało, zawsze moglibyśmy dać
        więcej gdyby nie zabrakło czasu. I nigdy nie wiemy wcześniej kiedy
        jest już za późno
        • telepeters Re: Pożegnianie 18.01.10, 13:52
          annubis74 :
          Zawsze kochamy za mało, zawsze moglibyśmy dać więcej gdyby nie zabrakło czasu. I
          nigdy nie wiemy wcześniej kiedy jest już za późno

          Wiec dlatego, jak napisal ks. Twardowski
          SPIESZMY SIE KOCHAC LUDZI, TAK SZYBKO ODCHODZA
          Kochac tak w sam raz, nie za bardzo,nie za slabo, dlatego ze sa, nie za to jacy
          sa. Smierc mojej corki wiele mi uswiadomila, nauczyla, jestem jej wdzieczna, ze
          byla, a nie bylo nam latwo. Juz nie rozpamietuje tego co bylo, bo i tak
          przeszlosci nie zmienie, ale mam szanse w imie milosci do niej, teraz dac wiecej
          z siebie i na tym sie koncentruje, choc nie przychodzi to latwo, ale tego nikt
          nam na tym padole nie obiecywal.
          • telepeters Re: Pożegnianie 18.01.10, 14:09
            Za szybko wyslalam, a chce napisac o pozegnaniu. Wielu moich najblizszych
            odeszlo, przy nikim nie bylam jak przekraczali granice.
            Nie przeszkadzalo mi to, zostal mi zaoszczedzony szok, a moze nie bylam gotowa
            ich odprowadzic. Basia poddala sie operacji zmniejszenia zoladka. Nie przyszlo
            mi do glowy jakie moga byc konsekwencje spapranej operacji. Do konca nie
            wierzylam, ze ona odchodzi, choc lekarze stopniowali stan krytyczny coraz nizej.
            Mimo ze nie dopuszczalam do siebie mysli, ze ona odejdzie, to wezwalam ksiedza,
            pamietam jej polprzytomne spojrzenie, zdziwienie, opor. Potem obserwowalam je
            walke o zycie, o kazdy oddech i rozmawialam, prosilam o wybaczenie, zapewnialam,
            ze kocham bezgranicznie, tak sie z nia zegnalam, choc nie wiedzialam, ze to
            robie. Nie dopuscili nas do umierajacej, przez blisko 3 godz siedzielismy pod
            intensywna i obserwowalismy jak biegaja, nosza sprzet, wiedzielismy, ze dla
            niej. Wtedy dobry Bog znieczulil nas, bo czas sie zatrzymal, mysli ulecialy,
            trwalismy w zawieszeniu i w nim wlasnie uslyszalam glos Basi, gdzies daleko, a
            wyraznie : "Nie zatrzymujcie mnie". Wiedzialam, czulam, nie bylam w stanie
            rozpaczac, pogodzilam sie z jej wola.
            Ostatnio ogladalam wspanialy program o smierci w niemieckiej telewizji (BR Alpha
            - Tod, we fragmentach mozliwosc obejrzenia w youtob) i tam powiedziano, ze na
            pozegnanie nigdy nie jest za pozno, a ja sie pod tym podpisuje. Dla naszych
            najblizszych czas sie zatrzymal, ale my mamy pole do dzialania. Nie utrudniajmy
            im i sobie.
          • annubis74 Re: Pożegnianie 19.01.10, 13:10
            Myślę (to moje zdanie) że zawsze pozostaje w nas (po stracie
            bliskich) poczucie że mogliśmy więcej, inaczej, załujemy pewnych
            słów, pewnych zachowań kłótni. Myślimy że gdyby dano nam jeszcze
            jedną szansę byłoby lepiej. pewnie by nie było bo życie składa się
            nie tylko z blasków ale i cieni. Ja też staram się nie
            rozpamiętywać, bo wiem że przeszłości nie zmienię, ale pewne
            wspomnienia wracają. Bardzo kochałam a co chyba ważniejsze lubiłam
            moją Mamę (bo jedno nie zawsze łaczy się z drugim). Co nie znaczy że
            nigdy nie było między nami kłótni, gorzkich słów. Ostatnio miałam
            mniej czasu - własna rodzina, małe dziecko, praca, ale i moja Mama
            była mocno zajętą "emerytką'. Mimo że znałam bardzo dobrze słowa ks.
            Twardowskiego to jednak nigdy nie myślałam (moja Mama pewnie też
            nie) że nasz wspólny czas dobiega końca.
        • agalt Re: Pożegnianie 18.01.10, 16:59
          annubis74 napisała:

          > forever_sad, myślę że każdy z nas ma to uczucie Że spotkała nas
          > najgorsza możliwa kara.

          Pozwolę sobie nie zgodzić się z Tobą. Nie mam poczucia, że spotkała
          mnie kara. Kara byłaby łatwiejsza do zniesienia. Każdy z nas ma coś
          na sumieniu, więc... każdy teoretycznie zasługuje na jakąś tam karę.
          Mam, a właściwie miałam poczucie krzywdy. Długo nie mogłam się
          modlić. J był moim spokojem i radością. I nie kochałam za mało.
          Codziennie dziękowałam Bogu za to, że go spotkałam, że mnie kocha. I
          codziennie czułam się jakby ktoś mnie osłaniał. I nagle, kiedy
          najbardziej potrzebowałam tej opieki...
          Teraz mam tylko poczucie ogromnej straty. Zbyt mocno wierzę w
          Mądrość i Dobroć Boga, żeby to dało sie pogodzić z poczuciem, że
          chciał mnie skrzywdzić. W końcu, niecały rok przed chorobą J,
          uratował moje dziecko...
          Szkoda mi tylko, że tak bardzo wierzyłam, że J wyzdrowieje. Że
          prawie do końca nie dopuszczałam do siebie myśli, że on odchodzi.
          Myślę, że wtedy moja obecność przy nim w te ostatnie tygodnie byłaby
          inna... On wiedział, jak bardzo go kocham. Wydaje mi się, że ta moja
          szaleńcza wiara utrudniała mu odejście...
          • olaopolanka Re: Pożegnianie 18.01.10, 18:58
            Moja Mama lezala na OIM-ie trzy miesiace, w pierwszym miesiacu odchodzila 3
            razy,wtedy zegnalam sie z Nia za kazdym razem,nigdy nie wycalowalam Matczynych
            dloni jak wtedy,dziekowalam Jej za wszystko, przede wszystkim za Jej Milosc,
            cieplo, poczucie bezpieczenstwa i ustawiczna troske, niekiedy az meczaca/ ile
            dalabym teraz, aby ktos tak troszczyl sie o mnie jak Ona/.Rowniez prosilam Mame
            o wybaczenie,najstraszniejsze jest to,ze Mama dostala zawalu po klotni ze
            mna.Kochalysmy sie bardzo ale bylysmy rowniez dla siebie trudne, nawet nie macie
            pojecia z jakim ciezarem winy zyje teraz...
            • agalt Re: Do Oliopolanki 18.01.10, 21:20
              Witaj Oleńko,
              Wyobrażam sobie, jak strasznie Ci ciężko. Ogromnie Ci współczuję.
              Ale z pewnością wiesz, czym jest zawał. Jeśli miał sie zdarzyć,
              zdarzyłby się i tak. To wyjątkowo niefortunny zbieg okoliczności, że
              nastąpił akurat w takich okolicznościach. Ważne, że sie kochałyście
              i, że umiałyście to sobie okazać i powiedzieć. Stare porzekadło o
              tym, że kto się lubi ten się czubi, nie wzięło się z Księżyca. Z
              drugiej strony to bycie trudnym skądś się w Tobie wzięło, gdzieś je
              zaobserwowałaś, od kogoś się go nauczyłaś. I jak słusznie piszesz,
              OBIE byłyscie dla siebie trudne. Może ani Ty ani Twoja Mama nie
              umiałyście inaczej. Ale się o siebie nawzajem troszczyłyście,
              podziękowałaś Jej, wiedziała, jak jest dla Ciebie ważna.
              Mój Tato mawiał, że każde złe doświadczenie i każdy ból są nam dane
              po coś. I trzeba się dowiedzieć po co, żebyś - jak juz leżysz - nie
              leżała na darmo. Zastanów się, po co Ty dostałaś takie
              doświadczenie. Może masz się czegoś nauczyć? Cierpliwości...
              spokoju... panowania nad gniewem... Nie wiem, ale Ty pewnie do tego
              dojdziesz. Bo, że nie chodzi o to, abyś miała poczucie winy, tego
              jestem pewna...
              Przytulam Cię serdecznie
              • olaopolanka Re: Do Oliopolanki 18.01.10, 21:55
                Agalt bylysmy dla siebie takie ale jednoczesnie bardzo kochalysmy sie,Mama
                zawsze mowila,ze jestem Jej jedyna podpora.Moze bylysmy takie bo Tato mial
                zawsze problem z alkoholem i zawsze bylo w domu nerwowo.Jest mi teraz tak
                trudno, zyje z ogromna wina,kazdy dzien jest dla mnie ciezarem.
                • agalt Re: Do Oliopolanki 18.01.10, 23:02
                  Olu, mnie się wydaje, że czasem trzeba na pewne rzeczy popatrzeć
                  globalnie. Nie ma układów idealnych, ludzie się czasem kłócą. I co z
                  tego? Ty miałaś ciepłą kochającą Mamę, która dawała Ci ciepło i
                  poczucie bezpieczeństwa, a Twoja Mama miała córkę, która była jej
                  podporą. Czasem się kłóciłyście, ale z tego co piszesz, saldo było
                  chyba niezłe, prawda?
                  Śmierć jest elementem naszego życia. Rodząc się, mamy gwarancję, że
                  umrzemy. Mój Tato dostał zawału o piatej rano w poniedziałek. W
                  niedzielę był z wnukami na spacerze i w McDonaldzie, z Mamą w
                  Kościele. Rodzice się kochali, troszczyli się nawzajem o siebie. To
                  się po prostu zdarza. Nie jesteś winna śmierci swojej Mamy. Choć
                  może takie myślenie pozwala Ci mieć wrażenie, że masz nad czymś
                  kontrolę. Że jeśli się z nikim nie będziesz kłócić, to nic takiego
                  już Cię w życiu nie spotka.
                  Zanim zachorował J byliśmy bardzo szczęśliwi. Byłam z nim tylko
                  kilka lat, ale się nie kłóciliśmy. On miał do mnie świętą
                  cierpliwość. Gdyby miłość i brak kłótni gwarantowały zdrowie i
                  życie, byłby teraz przy mnie.
                  Bardzo chciałabym Ci pomóc. Wiem, że nie miałaś żadnego wpływu na
                  chorobę czy śmierć swojej Mamy. BO MY PO PROSTU NIE MAMY NA TO
                  WPŁYWU. A Twoje poczucie winy, ani nie jest odbiciem prawdziwej
                  winy, ani nie przysparza nic dobrego Tobie i Twojej Mamie. Jeśli
                  mówisz pacierz, to wymawiasz słowa "Odpuść nam nasze winy jako i my
                  odpuszczamy naszym winowajcom". Ja wiem, że najtrudniej jest
                  odpuścic sobie. Ale chciałabym Cię namówić, żebyś popatrzyła na
                  swoje życie, jak na impresjonistyczny obraz. Odejdź trochę i
                  przestań się przyglądać pojedynczym ciapkom. Pozwól sobie zobaczyć
                  dobrą, kochającą kobietę, której w trudnym życiu i w chorobie
                  wsparciem była kochająca córka.
                  • olaopolanka Re: Do Agalt 20.01.10, 21:43
                    Czytam drugi raz Twoj post i placze,moze to glupie co teraz napisze ale czuje
                    cieplo z Twojej strony,Ty jedna pochylilas sie nade mna.Pochylilas sie nad moim
                    poczuciem winy i rozpacza i tesknota za Nia.Tak naprawde to tak bardzo Ja
                    kochalam, tylko wszysko bylo takie trudne, ja tez nie wytrzymywalam.I nie chodzi
                    mi o rozgrzeszenie ale tak jak napisalam pochylilas sie nad moim
                    cierpieniem.Niekiedy czlowiek jest tak bliski obledu, otchlani.Dziekuje.
                    • agalt Re: Do Agalt 20.01.10, 21:59
                      Oleńko,
                      Tobie tez nie było łatwo z takimi problemami, o jakich pisałas.
                      Byłyście obydwie wspaniałe, że w takiej trudnej sytuacji umialyscie
                      nie tylko się kłócić, ale okazywać sobie miłość, serdeczność,
                      przywiązanie.
                      O ile nic mi się nie pokręciło, to Twoja Mamusia odeszła jakieś 4
                      tygodnie temu. To bardzo świeża rana i ogromny ból. I, jak czytam
                      Twoje posty, to widzę taką młodziutką osobę, bezradną wobec
                      przygniatającego ją doświadczenia. I przypominam sobie mojego syna,
                      gdy staliśmy razem po wyjściu z prosektorium. Był tak przygnieciony,
                      tak przytłoczony ciężarem ponad siły... I te łzy płynące po
                      zrozpaczonej twarzy. On tak bardzo wierzył, że J wyzdrowieje...
                      Wiem, jak straszliwie Ci ciężko i tak bardzo chciałabym móc Ci pomóc.
                      Przytulam Cie serdecznie
                      a/
                      • olaopolanka Re: Do Agalt 20.01.10, 22:10
                        26 stycznia minie 4 miesiace jak odeszla Mama,tak jest to bardzo swieza rana i
                        czuje sie calkowicie bezradna i zagubiona i winna,Choc dzieki Twoim postom
                        probuje inaczej na to wszysko spojrzec, bo jesli tak sie nie stanie to poczucie
                        winy mnie pochlonie.Niech to bedzie moj krzyz ale jesli mam zyc niech potrafie
                        zyc pomimo tego albo z tym.
                        • olaopolanka Re: Do Agalt 20.01.10, 22:21
                          Nie przepraszaj mnie bo to nie jest wazne. Dobranoc Agalt, cudownie,ze
                          doswiadczylas takiej Milosci z J.Bylas z Nim pare lat ale kochalas i bylas
                          kochana reszta nie jest wazna, sama wiesz, ze On jest...
                        • agalt Re: Do Agalt 20.01.10, 22:25
                          Poczucie winy to jedno z najbardziej destrukcyjnych uczuć, jeśli
                          jest nieuzasadnione. A Twoje takie jest. Olu, my prawie wszystkie
                          znamy ten potworny stres towarzyszenia w ostatniej drodze ciężko
                          chorej osobie. Tę wariacką huśtawkę cień nadziei - otchłań
                          przerażenia. Modlitwy i strach. To sa warunki, w których ciężko nie
                          ulec stresowi i jeszcze ciężej nie zareagowac czasem wyuczonym
                          schematem. Twoja Mama Cię kocha, wie o tym i nigdy Jej nawet przez
                          myśl nie przeszło, by mieć do Ciebie żal. Myślę, że była szczęśliwa,
                          że w chorobie jest przy niej ukochana córka i ją całuje, i dziękuje
                          jej. I pewnie była dumna z siebie, że masz za co Jej dziękować.
                          Gdybym była na Jej miejscu błagałabym Boga ze wszystkich sił, żeby
                          dał Ci taką łaskę, żebys to przyjęła i sobie wybaczyła. Ponieważ ona
                          chwilowo chyba nie może Cię o to poprosić, to ośmielę się poprosić
                          Ciebie w Jej imieniu. Bo jestem pewna, że tego właśnie chce.
      • edzia764 Re: Do Oliopolanki 21.01.10, 16:42
        Olu... w obliczu tragedii ... odejścia bliskiej, kochanej osoby
        każda z nas stawia sobie zarzuty .... ale niesłusznie. Nikt z nas
        nie jest doskonały, każdy popełnia błędy, jednak są pewne granice,
        których nie możemy przekraczać. W tym wszystkim najtrudniejsze jest
        przebaczenie samej sobie .... wiem z własnego doświadczenia, ze jest
        bradzo ciężko, ale cały czas żyję nadzieją, że nie jest
        niemożliwe ... niestety wszystko zależy od nas samych. W chwili
        cierpienia stawianie sobie zarzutów jest dalszym jego pogłębianiem a
        nam zależy, żeby przezyć żałobę w całości, nie maskować jej ... żeby
        wracać do normalnego myślenia ... życia ... tak jak ONI tego by
        chcieli .... pozdrawiam i życzę wytrwałości Irena
        • agni-123 Re: Pożegnanie 16.03.10, 23:24
          Mi nie było dane sie pożegnać,bo mąż zmarł nagle za granicą-
          wypadek.Patrząc z perspektywy czasu miałam sny,że stracę kogoś
          bliskiego,ale to okazało się po śmierci co oznaczały.Ale nawet
          jakbym wiedziała przed znaczenie to nigdy bym nie przypuszczała,że
          to o Niego chodzi.Miałam też wyrzuty,że mogłam Mu kazać wtedy
          przyjechać i że nie zadzwoniłam tego dnia,może by się nic nie
          stało.Ale przespałam ten moment.Obudził mnie dopiero rano telefon,że
          On nie żyje.Czasem miałam takie myśli,że jakby chorował to
          przynajmniej miałabym czas się na to przygotować,(nie zrozumcie mnie
          źle,że chciałabym cierpienia bliskiego)Ale analizując to wszystko i
          mając przykłady,to nigdy-nawet podczas choroby-nie jesteśmy
          przygotowani na ostatnie pożegnanie.Mimo,że w chorobie jest zawsze
          nadzieja i nie dopuszczamy myśli,że ten ktoś umrze.Więc sumując to
          wszystko nie ma znaczenia jak ktoś umarł.Nigdy nie jesteśmy gotowi.
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka