Wygląda na to, że Czarnuszka wybrała nas, nie wolność.
W piątek, przed wyjazdem na działkę, kiedy wyciągnąłem swoją torbę podróżną, odbyło się katalogowe darcie mordy przez Dzidzię. Mała stała gdzieś z boku i tylko się przyglądała.
Wiadomo jak to przed wyjazdem..., a to pakowanie jedzenia, ciuchy, kocyki, dywaniki, jakaś kawka, sprawdzenie, czy na pewno wszystko wzięliśmy, a Dzidka cały czas nas pogania stojąc w przed drzwiami. Z premedytacją nie wziąłem aparatu fotograficznego, bo wiedziałem, że będę miał mnóstwo pracy, ale potem pożałowałem.
Powynosiłem wszystkie graty do auta i nareszcie...
- Dzidziu chodź się ubrać!
Dzidka pędzi wtedy do mnie cała szczęśliwa, bo wie, że to JUŻ.
Żona wzięła Dzidkę, ja zapakowałem Nusię do kontenerka i w końcu jedziemy. Dzidzia jak zwykle, pierwsze chwile stoi w otwartym oknie i rozkoszuje się wiatrem w uszach... Widok fajny wzbudzający uśmiech na twarzach kierowców i przechodniów

Nuszka cały czas leży w transporterku i ani piśnie. Nic a nic. Po prostu nie ma kota w samochodzie. Bardzo się obawialiśmy się, że podróże z dwoma kotkami mogą być co najmniej uciążliwe, aby nie powiedzieć koszmarne. A tu nic. Obie kicie zachowują się tak jakby w pierwszym wcieleniu były kierowcami autobusu. Podczas podróży Dzidzia porusza się wolno po samochodzie i jest absolutnie niekłopotliwa.
W końcu dojechaliśmy. Nusię zabraliśmy do domu, bo była jeszcze przed zdjęciem szwów, a Dzidzia przywitała się z Babcią (nosek do noska) i poleciała sprawdzić rejony. Nuszka wyszła z kontenerka i oczywiście zaczęła krążyć koło drzwi wejściowych, aby dać drapaka na dwór.
Do domu wtargnęła Babcia i bardzo mile i długo witała się z Nusią. Fajny widok, jak kotki się witają. Widać, że się cieszą

Piątek minął bez sensacji. No prawie, bez. Stało się to, czego się obawiałem. W końcu Nusia znalazła moment i z prędkością światła, a właściwie, z prędkością cienia dała drapaka na dwór. Nuszka jest czarna jak diabeł, więc nie zawsze ją widać, gdzie siedzi. No to lipa.
Za jakieś 15 minut jest. Przyszła do domu.
Noc minęła bez sensacji. Nuszka spała nad kaloryferem na parapecie okiennym, a Dzidzia jak zwykle, w narożniku łóżka okutana swoją czarną działkową derką.
Rano podróż do weta na zdjęcie szwów.
Po powrocie na działkę wypuściłem małą, bo widać było, że zew ją wzywa.
Za godzinkę... dwie, jest. Stoi oparta przednimi łapkami o krawędź okienka w drzwiach tarasowych, a oczy wołają - ja chcę do środka!
No to już chyba wiadomo co to znaczy

Pojadła trochę i znowu poleciała na dwór. Dzidzia melduje się w domu znacznie częściej, ale ona jest już starym wyjadaczem działkowych pobytów. Czarnuszka dopiero raczkuje w tym temacie.
W końcu obie grzecznie zameldowały się przed zmrokiem, coś tam pojadły i zajęły się swoimi sprawami tzn. łażeniem po domu, "wycieraniem" okienek i dogłębnym zwiedzaniem pomieszczeń z szafami włącznie.
Koegzystencja kotek, wydaje się, na działce szczególnie złagodniała. Nawet siedziały przez chwilę na jednym parapecie. Jednak Dzidzia schodząc nie omieszkała ofukać małej, ale już tak bardziej pro forma.
Babcia, jak to babcia, pcha się do domu cały czas. Ona kiedyś opiekowała się Dzidzią, kiedy ta była maleńka. Nie jej matka, a właśnie ona.
Archiwum
Niestety po wielotygodniowym pobycie Dzidki u nas w domu, kiedy po zimie przyjechaliśmy na działkę, nic z tamtego uczucia nie pozostało. Dwie obce sobie kotki.
W tym roku się tolerują, ale jakiejś zażyłości nie ma mowy, tak mi się do tej pory wydawało.
Nastała sobotnia noc. Ż położyła się normalnie spać, pooglądała telewizję i szybko zasnęła. Dzidzia nieopodal. Widać było tylko wzniesienie na czarnym kocyku. Celowo piszę czarnym, bo to ważne. Niewiele widać przy słabym oświetleniu lampki nocnej stojącej w odległym miejscu pokoju.
Ja w tym czasie siedziałem na górze zajęty pracą, którą musiałem wykonać w weekend.
Dobrze po północy schodzę na dół dołożyć węgla do pieca i chciał nie chciał (taki wewnętrzny obowiązek) idę pogłaskać Dzidzię przez kocyk.
Podchodzę, patrzę i im bardziej patrzę, tym mniej rozumiem. Zerkam na parapet. Czarnuszka wyciągnięta na parapecie okiennym grzecznie śpi, a tu co jest? Jakieś czarne uszy na czarnej głowie, a na szyi dzidkowe łapy. Przyświeciłem sobie latarką aby zrozumieć, co się tu dzieje.
Babinka wlazła do Dzidzi na posłanie, Dzidzia przeciągając się wywaliła swoje łapki Babce na głowę i tak spały. Co było robić, nakryłem Babcię kocykiem. Niech tak śpią, jak im tak pasuje. Spały tak grzecznie do rana.
Ale się narobiło
Całą niedzielę dzieciaki biegały wokół działki, jedynie Babcia grzecznie siedziała cały czas w zasięgu wzroku. Dzidzia co chwilę przybiegała, wołała - jestem! i dawała dyla w swoje rejony w sobie tylko znanym celu.
Czarnuszka, jak poszła, tak zginęła. No niezupełnie... jest. Śpi na drewnianym tarasie u sąsiada. Pospała i znowu gdzieś przepadła. Zameldowała się ok. szesnastej. Zaraz za nią przydreptała Dzidzia. Obie wspólnie zjadły obiad i poszły spać. Spały tak aż do naszego wyjazdu do godziny dziewiętnastej.
Powrót do domu odbył się jak zwykle bez ekscesów. Dzidzia spała na kolanach u Ż, a Czarnuszka w transporterku.
Wszystko wygląda na to, że Czarnuszka wybrała nasz dom.