tilia7
04.07.10, 21:05
Wczoraj rano zmarł mój ukochany dziadek.Widocznie jeszcze za mało mi jak dotąd
bólu...Ale tez jednak ten ból jest inny,mimo,że to człowiek dla mnie bardzo
ważny,wielki autorytet,ktoś kto uczył mnie świata,pokazywał jego
piękno,pomagał ten świat poznawać,nazywać.Ta śmierć boli,ale pozwala
oddychać,wywołuje smutek i wielki żal,ale takie "do uniesienia",wywołuje
zadumę,ale nie każe wyć pod niebiosa i złorzeczyć całemu światu.Bo to jest
inna śmierć-to jest śmierć "po kolei".Trudno się z nią pogodzić,oczywiście,ale
kiedy stary człowiek odchodzi spokojnie we własnym łóżku to można obiektywnie
powiedzieć,że to jest śmierć dobra-w każdym razie chyba najlepsza z
możliwych:spokojna,we własnym domu,we własnym łóżku,wśród kochających
bliskich.To jednak jest coś zupełnie innego niż potworna gwałtowna śmierć
młodego człowieku,któremu oddało się serce a nie zdołało się Go uratować.Niby
to śmierć i to śmierć,a jednak inna.Śmierć dziadka wywołuje smutek,będzie na
pewno wywoływała tęsknotę i poczucie pustki,żal,refleksje,łzy-na pewno.Ale nie
ma tego poczucia,że zawalił się świat,że świat zniknął i wokół mnie jest tylko
ciemność-te wrażenia przypisane są do tamtej śmierci.I ciągle tamten ból jest
bardziej przytłaczający i trudniejszy do zniesienia.I ciągle to w związku z
tamtą śmiercią pytam:"Jak to nie żyje?"