Dodaj do ulubionych

Macochy calodobowe

26.10.09, 17:25
Witajcie,
zanim sie rozpisze, chcialabym spytac, czy sa tu macochy calodobowe?
Czytam Was od jakiedos czasu i zalozylam konto, zeby sie tu wyzalic.
Na wstepie powiem tylko, ze zarowno maz jak i ja mamy synow z poprzednich
zwiazkow i teraz mala coreczke. A wiec twoje, moje, nasze...
Niedobrze dzieje sie u nas w zwiazku i chcialam zapytac o porade mamy z
wiekszym doswiadczeniem, no i mamy, ktore tez mieszkaja ze swoimi pasierbami.
Rozwine temat jak corcia pojdzie spac.
Pozdrawiam.
Obserwuj wątek
    • iza38bp Re: Macochy calodobowe 26.10.09, 17:37
      hej! ja tu czesto zagladam ,czytam ,jestem macocha dla 2 dzieci mojego partnera
      i u nas tez nie jest słodko
      • betti_domino Re: Macochy calodobowe 26.10.09, 18:49
        u mnie podobnie,synowie (męża i mój) z poprzednich związków i
        wspólna córka...no i prawie same problemy z pasierbami sad i chociaż
        najstarszy pasierb już z nami nie mieszka,to pozostała dwójka
        (szczególnie 18 l)sprawia ,że coraz częściej myślę o "ucieczce"z
        tego domu,powstrzymuje mnie tylko mąż,który jest dobrym
        człowiekiem,ale słabym,nie daje sobie rady z wychowywaniem i
        wprowadzeniem jakiejkolwiek dyscypliny synów,którzy robią co chcą
        (koledzy,narkotyki,kradzieże,nie uczą się...)to się odbija na
        naszych wzajemnych stosunkach.
        • grubazyrafa Re: Macochy calodobowe 26.10.09, 22:19
          Zaczne od poczatku. Jestesmy malzenstwem prawie osiem lat. Mamy dwoch synow,
          kazdy z poprzedniego zwiazku i prawie w tym samym wieku-11 lat. No i malutka,
          9-cio miesieczna coreczke.

          Maz zaakceptowal i pokochal (tak mi sie wydawalo) mojego syna i odwrotnie. Moje
          dziecko nie zna innego taty. Syn meza przez pierwsze dwa lata mieszkal ze swoja
          matka, potem przeprowadzil sie do nas.
          Chlopcy od poczatku dobrze sie dogadywali.

          Dodam, ze z naszymi bylymi partnerami nie mamy zadnego kontaktu. Ani maz, ani ja
          nie bylismy zwiazani z nimi wiezem malzenskim. Ojciec mojego syna nidgy nie
          interesowal sie dzieckiem, nie posiada tez wladzy rodzicielskiej. Moje dziecko
          prawie go nie pamieta. Mial trzy latka, jak rozeszlismy sie.
          Rodzicielka mojego pasierba troche sie przez pierwszy okres interesowala, od
          ponad trzech lat nie daje znaku zycia.

          Pomyslicie, ze moze to i lepiej, ze nie musimy sie uzerac z EXami.
          Ale ja bym sobie naprawde czasami zyczyla, aby rowniez oni okazali dzieciom
          swoje zainteresowanie i milosc.

          Od okolo trzech lat nie dzieje sie dobrze w naszym zwiazku. Klocimy sie ciagle i
          TYLKO z powodu dzieci.Powinnam raczej powiedziec z powodu chlopcow, bo mala
          nigdy nie jest powodem klotni.

          Trudno to wszystko ujac w slowa. Jak P. (moj pasierb) przeprowadzil sie do nas
          bylam naprawde szczerze zachwycona, chcialam temu dziecku pomoc i dac milosc jak
          wlasnemu synowi. Bo wlasnie gigantyczne problemy u rodzonej matki spowodowaly,
          ze zdecydowalismy sie wziasc go do siebie. Na poczatku bylo naprawde wspaniale,
          rodzinna sielanka.
          Nigdy nie bylo zadnego wyrozniania, oboje dzieci byly traktowane pod kazdym
          wzgledem jednakowo.

          Nawet nie wiem, kiedy sie to zepsulo. Z biegiem czasu podzielismy sie na dwa
          obozy: ja i moj syn, maz i jego syn. Wiadomo, chlopaki rosna i zmieniaja sie. W
          sytuacjach konfliktowych kazdy obiera strone swojego dziecka i obstaje przy tym,
          ze ten drugi zawinil. Brakuje obiektywnosci.
          Ja widze tylko zle strony mojego pasierba, a maz zle strony mojego syna. Nie
          potrafimy juz nawet takich prostych rzeczy jak jakas gra rodzinna czy wspolna
          wycieczka. Zawsze znajdzie sie jakis powod do klotni.
          Zaczelam myslec o tym, ze wziecie syna meza do nas bylo najwiekszym bledem.
          Przeciez przedtem bylo dobrze.

          Nie potrafie sie otworzyc na mojego pasierba. Przeszkadza mi sama jego obecnosc.
          Nie lubie, kiedy caluje mnie na dobranoc, albo chce ze mna isc na spacer...
          W moich oczach jest on bardzo dwulicowy, klamie i przekreca wszystko tak, zeby
          wyszlo na jego korzysc. Chyba odkad zauwazylam te cechy zaczelam sie od niego
          oddalac. Maz tego nie widzi, albo stara sie na swoj sposob usprawiedliwic. W
          efekcie koncowym moj maly jest zawsze winny...
          Nie twierdze, ze moj syn jest aniolkiem, ale napewno nie jest zawsze wszystkiemu
          winien.
          Najgorsze w tym jest to, ze przez ta cala sytuacje zaniedbuje wlasnego syna.
          Dodam, ze meza nie piec dni w tygodniu, pracuje daleko, przyjezdza na weekend do
          domu. Wszystko spoczywa na mojej glowie. Czasami chcialabym wziasc Dominika
          (moj) i pojsc TYLKO z nim na basen, do kina czy poprostu na spacer. Ale to nie
          jest mozliwe...
          Odmawiam mu przytulenia, calusa czy wspolnej gry w karty, bo wiem, ze zaraz
          przyleci Piotrek (syn meza) i tez chce. A ja nie chce! Mam od jakiegos czasu
          blokade na niego. Denerwuje mnie juz jak sie do mnie zbliza.

          Z drugiej strony mam straszne wyrzuty sumienia. Przeciez to tylko 11-letnie
          dziecko. I on mowi do mnie "mama". Rowniez on potrzebuje czulosci i milosci. Ale
          ja w tej chwili nie potrafie mu jej dac.
          I co gorsza odmawiam jej mojemu rodzonemu dziecku. Maz nigdy nie byl mistrzem w
          okazywaniu czulosci dzieciom. Bo mnie ja okazuje.
          Jak przyjezdza na weekend do domu to chce odpoczac i nie ma czasu na zabawy z
          dziecmi. No i jest bardziej surowy niz ja.

          Nie siedze w jego glowie, ale widze, ze ma takie same opory i niechec do mojego
          syna, jak ja do jego Piotrka.

          To wszystko odbija sie oczywiscie na dzieciach. Juz nie sa tak zgodni i
          zaprzyjaznieni jak to bylo na poczatku. Czasem sa swiadkami(niestety) naszej
          klotni i kazdy obiera swoj front. Ciagle sie kloca, wyzywaja i zwalaja na siebie
          wine.

          To jest diabelski krag.

          To jest tylko czastka tych problemow i tego co naprawde czuje. Zbyt duzo by
          pisac. Kocham meza i wiem, ze on mnie tez kocha. Tak ze rozstanie nie wchodzi w
          gre. Choc musze przyznac, ze mialam momenty zwatpienia. Wtedy najchetniej
          zabralabym "moje" dzieci i uciekla.

          Niewiem czego od was oczekuje, chcialam sie troche wyzalic. Moze jets ktos w
          podobnej sytuacji i moze cos doradzic.

          Chcialabym to wszystko znowu naprawic. Problem w tym, ze nie tylko ja musialabym
          sie zmienic/otworzyc ale rowniez maz.
          Myslalam nawet o psychologu rodzinnym, bo ja czuje, ze sami z tego nie
          wyjdziemy, ale moj maz twierdzi, ze przesadzam.
          Niestety ja nie przesadzam. Mysle, ze jeszcze mamy szanse na normalne stosunki
          rodzinne, jeszcze troche i moze byc za pozno.

          Dziekuje wytrwalym za przeczytanie do konca i ciesze sie na porady, krytyke itd.
          Pozdrawiam.
          • chalsia Re: Macochy calodobowe 26.10.09, 23:33
            > Chcialabym to wszystko znowu naprawic. Problem w tym, ze nie tylko ja musialaby
            > m
            > sie zmienic/otworzyc ale rowniez maz.
            > Myslalam nawet o psychologu rodzinnym, bo ja czuje, ze sami z tego nie
            > wyjdziemy, ale moj maz twierdzi, ze przesadzam.
            > Niestety ja nie przesadzam. Mysle, ze jeszcze mamy szanse na normalne stosunki
            > rodzinne, jeszcze troche i moze byc za pozno.
            >
            > Dziekuje wytrwalym za przeczytanie do konca i ciesze sie na porady, krytyke itd

            najważniejsze, że widzisz tę przysłowiową belkę w swoim oku.
            Skoro mąż stoi na stanowisku, że przesadzasz, to idż (koniecznie jak
            najszybciej, naprawdę nie zwlekaj) na terapię sama.
            Bo krzywdzisz i swojego syna i pasierba - zresztą wiesz to przecież.
            Jesli uda Ci się zmienić swoje nastawienie i zachowanie wobec pasierba, to
            sądzę, że Twój mąż także zmieni zachowanie wobec Twojego syna (i zrobi to
            nieświadomie, ale zrobi).
            • konstancja16 off topic 27.10.09, 08:12

              trudna sytuacja, na temat nie umiem nic powiedziec. ale zaskoczylo
              mnie jedno: opisujesz swoje dosc intymne sprawy, ale podajesz sporo
              danych o swojej sytuacji: dwoch chlopcow, lat 11, mala coreczka,
              imiona chlopcow. nie boisz sie ze ktos Cie rozpozna za tym
              nickiem? nauczycielka ze szkoly chlopcow, pani z warzywniaka,
              sasiadka, kuzynka meza, twoje kolezanki?

              moze to ja mam jakas obsesje, ale piszac o sprawach osobistych
              (szczegolnie na poczatku, teraz juz mniej) staralam sie unikac
              identyfikujacych szczegolow. szczegolnie imiona dzieci wydaja mi
              sie... niepotrzebne chyba. przesadzam?
          • elakuz Re: Macochy calodobowe 27.10.09, 08:58
            powazna rozmowa z mezem (nie w obecnosci dzieci) i psycholog cala
            rodzina. Jesli maz bedzie sie upieral, ze przesadzasz idz sama.
            Szkoda ciebie, dzieci, waszego malzenstwa a bez pomocy mysle, ze nie
            uda sie wam ciagnac tego wozka. My zaczelismy od psychologa zanim
            jeszcze Mala u nas zamieszkala. Piszesz, ze wszystko na twojej
            glowie a co robia synowie? Czy maja swoje obowiazki, czy zasady w
            rodzinie sa ustalone i przestrzegane? Nie znam sie na tym, ale
            mysle, ze chlopcy sa zazdrosni o siebie wzajemnie i dodatkowo syn
            twojego meza ma tylko tate na weekend wiec moze czuje sie gorszy i
            dlatego tak sie zachowuje. Twoj pewnie nie pozostaje dluzny i kolo
            sie zamyka.
          • kicia031 Re: Macochy calodobowe 27.10.09, 10:09
            Mysle, ze powinnas isc na terapie. sama piszesz, ze wskutek waszych
            problemow zaniedbujesz nawet swojego wlasnego syna - by nie musiec
            tez dawac uczucia pasierbbowi. Sorry, ale dosiegnelas miejsca z
            ktorego sie chyba sama nie wykaraskasz.

            Szkoda tych dzieci, bo obaj cierpia.

            I jeszcze jedno - maz radosnie podjal sie opieki nad swoim synem -
            twoimi rekami. Wygodne, ale chyba nie sluzy uzdrowieniu sytuacji,
            zwlaszcza gdy drugi rodzic jest trwale nieobecny w zyciu dziecka.
            Rozmawialiscie o tym?
    • elakuz Re: Macochy calodobowe 26.10.09, 22:12
      ja jestem calodobowa macocha od maja tego roku. Wiekszych problemow nie ma, ale
      mimo to chetnie wrocilabym do poprzedniego zycia. Nie mam wlasnych dzieci i nie
      mam zadnego doswiadczenia. Malo tego, nawet nie lubie dzieciwink Oj biedna ta
      moja pasierbica. Pisz, moze cos poradze....
      • grubazyrafa Re: Macochy calodobowe 27.10.09, 08:49
        Do chalsia:
        Masz racje, czasami mam wrazenie, ze postepujemy wedlug powiedzenia: "Jak ty
        mnie, tak ja tobie". Jesli jedno dziecko jest karane za cos, bo zasluzylo, drugi
        rodzic zawsze wynajduje powod, zeby tez ukarac pasierba. Przeciez to jest chore.
        Mam tez nadzieje, ze jak jedno zmieni stosunek do pasierba, drugie pojdzie z
        biegiem czasu za jego przykladem. Ale to nie jest takie latwe. Najpierw trzeba
        sie samemu przelamac, a to trudne jest....

        Do konstancja16:
        Wiesz, mimo anonimowosci tego forum, zdaje sobie sprawe, ze ktos moze mnie
        skojarzyc. Ale czy cos sie wtedy stanie? Bliska rodzina, przyjaciele, nawet
        niektorzy znajomi znaja nasz problem, bo przy okazji spotkan trudno sie
        przestawic. Niestety tak jest. A poza tym, dosc sporo chlopcow nosi imie Dominik
        czy Piotrek ( no moze niekoniecznie w dokladnie takiej konstalacji rodzinnej), i
        wbrew pozorom nie tak duzo ludzi siedzi w necie i czyta forum "macochy"smile

        Zreszta nie przyznalam sie tu przeciez do morderstwa...
    • 333a13 Re: Macochy calodobowe 27.10.09, 08:31
      Nie jestem całodobowa, ale zgadzam się w pełni z Chalsią.
      Tak jak sugerujesz nie zasługujesz na słowa krytyki, bo z tego co piszesz to
      starasz się jakoś uzdrowić sytuację, poza tym brzmisz jak sensowna babka smile
      Masz o tyle łatwiejszą sytuację niż niektóre dziewczyny z tego forum, że Twój
      pasierb traktuje Cię jak matkę a nie jak wroga nr 1.
      Nie wmawiaj sobie, że musisz kochać Młodego tak jak własne dziecko, bo to rzadko
      jest możliwe. Najważniejsze tylko, by dzieciak się tego nigdy nie dowiedział i
      byś traktowała go podobnie jak swoje dziecko.
      Moim zdaniem konflikty i zazdrość o względy rodziców między dziećmi są
      nieuniknione nawet jeśli są rodzeństwem... To od dorosłych zależy jak te relacje
      ewaluują... Daj znać jak się sprawdzają spotkania z psychologiem smile
      • kasiaksena Re: Macochy calodobowe 27.10.09, 08:50
        Jestem całodobowa od dwóch lat dla (obecnie) 18latka. Też mamy dzieci: moje, twoje i nasze. Ze swoim pasierbem nie mam żadnych problemów. Był taki czas, kiedy mieszkał z nami jeszcze jeden syn mojego męża. Ponieważ jest to trudny chłopiec (wagaruje, drugi raz repetuje klasę, pali, nie ma żadnych wzorców czy autorytetów, odrzuca wszelką pomoc) w czasie jego pobytu z nami były kłótnie, owszem, ja wymagałam radykalnych zmian w postępowaniu z młodym, mąż uważał, że wszystko można załatwić spokojem i oczekiwaniem na odpowiedni moment działania. W efekcie końcowym młody wrócił do mamy, gdzie nie panują żądne reguły ani zasady. Każdy robi co chce.
        Myślę, że Chalsia ma rację i to dobrze, że zdajesz sobie sprawę co się dzieje. Przecież sama piszesz, że pasierb mówi do Ciebie "mamo" tzn. że Cię szanuje, ma do Ciebie zaufanie, a to jest bardzo ważne w takich relacjach. A wcale nie musisz go kochać. On ma do kochania matkę i ojca. Może rzeczywiście jakaś forma terapii pomogłaby Tobie spojrzeć na tą całą sytuację z innej strony. Poza tym macie wspólną córkę.. (my też) W takich patchworkowych rodzinach nie zawsze jest sielankowo, ale myślę , że wszystko Ci się ułoży.
        Życzę Ci tego smile
        • grubazyrafa Re: Macochy calodobowe 27.10.09, 10:14
          Wiem, ze nie musze go kochac. I napewno nie mam do niego takich uczuc jak do
          syna, ale on oczywiscie sie o tym nie dowie. Jednak milosc wyraza sie nie tylko
          slowami, a moja postawa wobec niego jest daleka od milosci, ba nawet od
          przyjazni/akceptacji. A on to czuje i widzi. Dokladnie jak moj syn czuje sie nie
          kochany przez tate.

          Jak juz pisalam, zyczylabym sobie kontakt z naszymi exami, moze wtedy byloby
          lepiej.
          Wydaje mi sie, ze biologiczni rodzice powinni kochac swoje dzieci i sie o nie
          troszczyc. I nie mowie tu o aspekcie finansowym. Bo zawsze sami lozylismy na
          dzieci, nigdy zadne z nas nie widzialo nawet zlotowki od bylych. Chodzi o
          okazanie milosci.
          Piotrek przestal juz pytac o matke, ale napewno w glebi serca teskni za nia.
          Mam mimo wszystko wyrzuty sumienia, ze nie moge go tak kochac jak moze powinnam.
          Dorosli szukaja milosci, a co dopiero takie dziecko. On jej nie dostaje ani ode
          mnie, ani co gorsza od ojca, ktory z kolei nie dostawal jej od swoich rodzicow.
          Moje dziecko tez cierpi z tego powodu, bo jest odrzucane przez ojca i niestety
          coraz czesciej przeze mnie.I mimo wszystko, ze to wiem, nie potrafie sie
          przelamac. I maz tez nie.

          Moj syn nie pamieta swojego biologicznego ojca i nigdy o niego nie pytal. Pare
          tygodni temu jednak spytal mnie czy moglby odwiedzic swojego tate. Ze chcialby
          miec innego tate... Myslalam, ze sie przeslyszalam...

          Ja osobiscie nie mialabym nic przeciwko temu, ale nawet niewiem gdzie go szukac.
          Od czasu rozstania zero kontaktu, on tez nie chce miec z dzieckiem nic
          wspolnego. A moglby sie skontaktowac chociazby przez mojego tate...
          Inna sprawa, ze maz tego nie chce. Mowi, ze nie trzeba mieszac dzieciom w
          glowach, ale wydaje mi sie, ze on poprostu czulby sie zagrozony w roli ojca i meza.

          Moze obecnosc drugiego taty w zyciu mojego syna zmobilizowalaby go do zmiany
          postepowania? Niewiem.

          Co do tematu obowiazkow. Oczywiscie, ze synowie maja obowiazki. Nie bede sie
          rozpisywac jakie. Wywiazuja sie z nich mniej lub bardziej wzorowo. Ale reguly i
          obowiazki sa. Inaczej sytuacja bylaby jeszcze gorsza.
          Chodzi mi jednak o to, ze ja tez pracuje zawodowo, do tego caly dom na glowie i
          troje dzieci. Dzieciaki tez chca sie pobawic, potrzebuja mojej uwagi. Zakupy,
          zajecia dodatkowe, wywiadowki itd. Maz nie uczestniczy w tym wszystkim i
          szczerze mowiac chyba sprawia mu ulge, ze moze sie wywinac. Racja, ma taka, a
          nie inna prace, ze musi wyjezdzac.

          Ale czasem czuje, ze mnie to przerasta. Sa momenty, kiedy mysle, ze wszystko
          byloby latwiej gdyby nie bylo Piotrka, nie musialabym sie do niczego zmuszac i
          wszystkiego robic podwojnie. Cala odpowiedzialnosc za chlopaka zostala zlozona w
          moich rekach, matka ma go w d...., ojciec nie ma czasu. Ale czy naprawde byloby
          lepiej? Watpie.
          Wstydze sie tych mysli.
          • iza38bp Re: Macochy calodobowe 27.10.09, 13:53
            Jesli chcesz to napisz do mnie na pryw.pocztę iza38bp@wp.pl
            ja akurat jestem po tylu terapiach ,ze sama mogłabym otworzyc
            gabinet[zartuję].Tylko,zeby zaczac zmiany nie wystarczą dobre checi jednej
            osoby.Pozdrawiam
          • rybkka24 Re: Macochy calodobowe 27.10.09, 13:57
            Myślę że twoja frustracja i niechęć wynika z nadmiaru obowiązków,
            braku czasu dla siebie, z tego że mąż złozył całą odpowiedzialność
            za swoje dziecko na ciebie natomiast nie odpłaca się tym samym gdyż
            notorycznie zaniedbuje twojego syna dla którego zobowiązał się być
            ojcem.

            potrzeba u was kilku zmian i ewolucji żeby coś dobrego mogło z tego
            wyjść i żeby sytuacja się unormowała.
            Twój facet nie zdaje sobie sprawy że ma dzieci.
            pisałas cały tydzień pracuje w weekendy odpoczywa.
            a ty kiedy odpoczywasz??
            w weekendy właśnie powinnas być odciążana.

            standardowo uważam że przez to że nie jesteś zadowolona z zachowania
            MĘŻA przez to że czujesz się zaniedbana, niespełniona i nie do końca
            satysfakcjonuje cię związek z mężem przerzucasz negatywne emocje na
            jego dziecko, bo gdyby nie ono to byłoby lepiej...
            a przyczyna tkwi w zachowaniu męża.
            dodatkowo masz uczucia matki która widzi że jej dziecku dzieje sie
            krzywda.
            bo jak to?
            twój mąż miał być ojcem a wcale się tak nie zachowuje w tym sensie
            że zaniedbuje twojego syna przez co dziecko jakby drugi raz traci
            ojca.a wymaga jeszcze oddania dla własnego dziecka.

            to skąplikowane ale niepokojące jest że dla twojego męża nie ma
            problemu..
            źle że dałaś sobie wepchnąć całą odpowiedzialność za dom.
            DOM TWORZY DWOJE LUDZI.
            dzieci mają dwoje rodziców.
            zachwiana tu została równowaga dawania i brania.
            ty dajesz powiedzmy 80% dostajesz 20%
            jasne jest że masz złość i agresje tylko prznieś ją z dziecka na
            męża....
            psycholog pomoże poukładać ci swoje uczucia
            ale potrzebna będzie też zmiana postawy męża więcej czasu dla
            rodziny, większe zaangażowanie.niech on np.czasem coś porobi w
            trójkę z dzieciakami, czemu ty nie możesz czasem sama pójść ze swoim
            synem gdzieś??


            uważam że to nie dzieci są waszym problemem ale komunikacja w waszym
            związku.
            czy twój mąż pełni rolę bankomatu tylko?
            i jest obecny tylko fizycznie jako postać??
            a gdzie wychowanie dzieci i dbanie o związek.?




            życze poukładania relacji.i rozmowy.
          • karolana Re: Macochy calodobowe 28.10.09, 12:08
            Nie jestem jeszcze całodobową macochą, ale jeśli się uda, będę nią. Nie mam
            dzieci, mm ma ich dwoje. Nie jest różowo i jest wiele problemów, głównie z
            akceptacją przeze mnie faktu, że w naszym związku nie ma i nie będzie dzieci
            "moich" ani "naszych", że będą tylko "jego".U Was jest chociaż równowaga. Ale ja
            nie o tym.
            Piszesz, że wydaje Ci się, że gdyby rodzice biologiczni byli obecni w ich życiu,
            byłoby lepiej. No więc niekoniecznie.
            W życiu dzieci mm ich matka biologiczna jest. Powiem, że NIESTETY jest. Bo to,
            że rodzic biologiczny jest obecny jeszcze nic nie daje. On musi być RODZICEM, a
            nie rodzicielem. Matka biologiczna dzieci mm wprowadza zamęt w życie młodych
            oraz nasze. Nie pomaga, ale przeszkadza. I to bardzo. Czy Piotrek tęskni za
            matką, tego nie wiesz. Tęskni się za kimś, kto jest ważny, kto dał nam uczucie.
            A fakt urodzenia dziecka to jeszcze zbyt mało żeby zaistnieć w świadomości tego
            dziecka, zwłaszcza, jeśli doświadczyło się od tej osoby zła. U nas dzieci,
            pomimo stałego kontaktu z matką, nie okazują żadnej tęsknoty za nią, żadnej
            więzi. Młodszy mówi do mnie "mamo" i tylko ja jestem przez niego tak odbierana.
            Starszy jest nauczony mówić o kobiecie, która Go urodziła "mama" ale nie
            wykazuje żadnej więzi z nią i jeśli ją wspomina, to negatywnie.
            Rodzice biologiczni w Waszym wypadku nie mają nic do rzeczy. To WY jesteście
            RODZICAMI, Ty i Twój mąż. I może bez sensu jest okopywać się na pozycji "mój /
            twój / nasza", może warto byłoby w końcu zacząć myśleć o Waszej rodzinie jak
            całości? Ty jesteś mamą dla TRÓJKI dzieci, Twój mąż jest ojcem dla TRÓJKI dzieci.
            Ja wiem, że to niepoprawne politycznie, bo matka to matka, to ta, która
            urodziła, bla, bla, bla. No więc, może przez to, że żadnego dziecka nie
            urodziłam, nie mam takich uprzedzeń.
            Dzieci mają prawo czuć się akceptowane i kochane przez ludzi, którzy je
            wychowują. Mają prawo do mamy i taty, nawet jeśli nie są z nimi spokrewnieni
            (sic!), nawet jeśli mama nie urodziła, a tato nie spłodził. Ludzie często (ja
            też) robią kalkę swoich uprzedzeń na tok rozumowania dzieci, a przecież to nie
            tak. Dzieci do wielu spraw podchodzą emocjonalnie, instynktownie. Nie analizują,
            nie zastanawiają się czy można, czy wypada. Fakt, odrzucenie przez rodzica
            biologicznego zostawia ślad. Ale w życiu zdarza się wiele traumatycznych
            sytuacji, nie unikniemy tego. Brak rodzica biologicznego może doskonale
            wynagrodzić rodzic adopcyjny lub przybrany. Byle dawał miłość, troskę i szacunek.
            U nas młody był kilka miesięcy oduczany mówienia do mnie "mama", bo przecież
            swoją matkę ma, nawet z nią oficjalnie mieszka! Ale On ma to w odwłoku! I nie ma
            problemu z tym. Ja mam z tym problem, ale On nie!
            Dziecko Twojego męża może i jest dwulicowe. Ma pewne skrzywienia, być może
            spowodowane przez sytuację. Może musiał tak się zachowywać żeby jakoś uporać się
            z tym, co Mu zgotowali Jego biologiczni rodzice. Ma 11 lat. Można to jeszcze
            naprostować. Ale musicie z mężem tworzyć jeden front. Tych troje dzieci musi być
            Wasze wspólne.
            Piszesz, że nie będziesz kochać pasierba jak swojego syna. Cóż, nie wiesz jak
            kochałabyś drugiego syna (masz córkę). Nie ma możliwości żeby wszystkie dzieci,
            nawet własne biologiczne, kochać identycznie tak samo. Bo dzieci się różnią i
            różnią się nasze z nimi relacje.

            Dobra, powymądrzałam się wink Ale naprawdę, warto przejść nad podziałam i ustalić
            sobie - jesteśmy rodziną, wszyscy pięcioro i mamy się kochać i szanować wszyscy
            na wzajem.
            Jeśli mąż tego nie jest w stanie pojąć, spróbuj przedstawić mu wizję Waszej
            rodziny za kilka lat w dwóch wersjach - obecnej, kiedy nic się nie zmienia, oraz
            możliwej, czyli takiej, w której razem pracujecie nad relacjami. Może
            "sprzedajcie" dzieci na jakiś weekend dziadkom i zostańcie sami, porozmawiajcie
            na spokojnie, rzeczowo, bo tak dalej nie może być sad Wszyscy na tym tracicie.
            Trzymam kciuki.
    • 13monique_n Re: Macochy calodobowe 27.10.09, 10:42
      Podpiszę się pod Chalsią. Jesli mąż nie chce isć z Tobą do
      psychologa rodzinnego, idź sama. Bardzo dużo dostrzegasz i masz wole
      działania. Psycholog tylko pomoże Ci wybrac kierunek i metody. Bo
      prawdą jest, że jeśli chcemy cokolwiek zmieniać, to musimy zacząć od
      siebie. A właściwie - jedynie na siebie mamy wpływ, więc od siebie
      trzeba zacząć.
      Życzę Ci powodzenia z całych sił.
      • grubazyrafa Re: Macochy calodobowe 27.10.09, 14:46
        Rozmawialam z mezem nieraz, ale on twierdzi, ze to dzieci musza sie zmienic, bo
        sie ciagle kloca, zwalaja na siebie wine, nie dotrzymuja slowa, przynosza zle
        oceny itd...
        A ja jestem zdania, ze to my najpierw musimy dokonac zmian w sobie, zeby dzieci
        mialy sie na czym wzorowac. W koncu one ucza sie od nas!

        Nieraz zaczynalam dzien z mocnym postanowieniem, ze bede zachowywac sie inaczej,
        bede dobra i czula matka dla obojga dzieci, bez wyrozniania i krzykow. No i
        nawet sie uklada do czasu..... kiedy przyjedzie malzonek. Zawsze znajdzie powod,
        zeby ochrzanic mego syna, za nawet najmniejszy drobiazg, rzeczy ktore nawet nie
        sa warte wspomnienia.
        Wtedy budzi sie we mnie bunt, dlaczego ja mam traktowac obydwoch jednakowo,
        dlaczego pasierb ma byc kochany, a moj zawsze cierpiec?

        Macie racje mowiac, ze mam problem z mezem. Ale tylko (a moze az) jesli chodzi o
        dzieci. Na innych plaszczyznach dogadujemy i szanujemy sie. Naprawde nie
        pamietam, zeby byl jakis inny powod naszej klotni, niz chlopaki...

        Fakt, ze jego praca jest wycterpujaca fizycznie i w pewnym sensie rozumiem go,
        ze pragnie w weekend spokoju. Ale juz mu powiedzialam: "Trzeba bylo sie nie
        zenic i nie brac na siebie odpowiedzialnosci za rodzine. Nie jestes jedynym
        pracujacym rodzicem."

        Bo taka jest prawda. W sensie finansowym troszczy sie o rodzine, bez dwoch zdan.
        Ale dzieci nie maja nic z taty. Zawsze przeszkadzaja, zbyt czesto sie kloca...
        Czasem mam wrazenie, ze moze i chcialby cos przedsiewziasc, ale obecnosc mojego
        syna go hamuje. On nie chce sie z nim bawic, nie potrafi go za nic pochwalic. Ja
        wczesniej robilam to w stosunku do obydwoch, ale teraz tez nie robie.

        Proponowalam, zeby kazdy zlapal swoje dziecko i spedzil niedziele osobno. To
        dobrze by nam zrobilo, a i dzieci bylyby szczesliwe, ze moga miec rodzica tylko
        dla siebie. To mu znowu nie pasuje, bo to jest jeden z niewielu dni w tygodniu,
        kiedy moze rowniez spedzac czas ze mna.
        Poniekad to prawda, troche zaniedbalismy nasz zwiazek i malo mamy czasu dla
        siebie. Ale to przeciez nie musi sie powtarzac kazdej niedzieli.

        Napisze jeszcze cos. Zauwazylam, ze chlopcy bardzo stracili na pewnosci siebie.
        Bardzo im brakuje poczucia wlasnej wartosci. I wiem tez dlaczego. Jak sie na
        okraglo slucha: "Do niczego sie nie nadajesz, to czy tamto zrobiles zle, moglo
        byc duzo lepiej..." to czlowiek przestaje wierzyc w siebie.

        Maz robi mojemu synowi ciagle wyrzuty, ale ja niestety nie jestem lepsza. Tylko
        ja wiem, ze robie zle i nienawidze sie za to!
        Baaardzo chcialabym to zmienic, jednak nie potrafie. Cos sie we mnie
        zablokowalo. I chyba naprawde potrzebuje profesjonalnej pomocy. Zreszta tej
        pomocy potrzebujemy wszyscy. Takze dzieci.

        Latwo byloby zabrac dzieci i odejsc. Ale chyba nie tak rozwiazuje sie problemy.
        Zreszta nie chce tego, mam jeszcze wole walki. Kocham meza i w jakis sposob
        darze uczuciem mojego pasierba, w koncu zyje z nim pod jednym dachem od paru
        lat. I kiedys bylo dobrze. Nie wspomniawszy jak bardzo kocham moje rodzone dzieci...

        Czasem mysle, powinnismy byc szczesliwi, ze mamy takie piekne, madre i przede
        wszystkim zdrowe dzieci. Ale czlowiek sam sobie stwarza problemy...
        • cleopa Re: Macochy calodobowe 27.10.09, 17:02
          O moj Boże....

          pasierb Cie kocha,pragnie Cie przytulac i calować,dobrze
          traktuje.....Poczytaj co tu niektore calodobowe przezywaja od
          pasierbów jakie męki i zachowanie, chamstwo ..
          Kiedyś sie ockniecie oboje z mężęm kiedy chlopcy za 2-3 lata zaczną
          wchodzic w trudny wiek,zaczną sie stawiać ,pyskować ,nie beda Was
          szanować,nie beda chcieli z wami spędzać czasu...ale w tym
          ptrzypadku sami z mężęm na to pracujecie ..
          • grubazyrafa Re: Macochy calodobowe 27.10.09, 20:05
            cleopa, wiem. Przyznaje ci calkowita racje. Ja nie jestem slepa i glucha. Tylko
            niezdolna sama tego zmienic. Faktycznie boje sie, ze kiedys bedzie za pozno i
            chlopcy zajeci innymi sprawami odwroca sie od nas.
            Czemu maz nie lubi mojego syna? Nie potrafie tego wytlumaczyc. Chyba z tego
            samego powodu, z jakiego ja nie lubie jego syna. Bo wydaje mu sie, ze on
            wszystko robi zle, prowokuje do klotni, jest w czyms lepszy od jego syna,
            klamie, ignoruje co sie do niego mowi.
            Tylko, ze ja tego nie widze u niego, a u Piotrka. I moim zdaniem, moj syn jest
            czesto karany za niego. Maz z kolei mysli to samo o swoim synu.
            Zreszta chlopaki wykorzystuja sytuacje i zwalaja na siebie wine albo skarza. A
            jak czlowiek nie byl swiadkiem, to badz tu madry i sprawiedliwy.

            Tak na marginesie, "nie lubiec" dziecka, to w tym przypadku chyba dobre
            okreslenie. Bo przeciez maz kochal mojego syna wczesniej, widac to bylo w jego
            slowach i gestach. Ze mna i pasierbem bylo tak samo. Przeciez dzieci nie
            przestaje sie kochac...


            • chalsia Re: Macochy calodobowe 27.10.09, 23:33
              > Zreszta chlopaki wykorzystuja sytuacje i zwalaja na siebie wine albo skarza. A
              > jak czlowiek nie byl swiadkiem, to badz tu madry i sprawiedliwy.
              >

              koniecznie przeczytaj książkę "wychowanie bez porażek"
              • erillzw Re: Macochy calodobowe 28.10.09, 04:50
                Najpierw przeczytalam wszystkie wypowiedzi i nasunal mi sie jeden
                wniosek.
                Twoj maz ma problem ze swoja rola rodzica.
                On nie ma prblemu tylko z Twoim synem. On ma problem z dziecmi.
                Sama piszesz,ze przeszkadza mu ze chlopcy cos chca, ze sie kloca, ze
                cos potrzebuja. A On chce spokoju.
                Mam tez nieodparte wrazenie, ze jego praca na odleglosc nie jest
                przypadkiem. Ze on ucieka z domu bo tak jest wygodniej i zostawia
                Ciebie sama z tym bajzlem. Nie chce widziec problemu bo podejrzewam,
                ze to by zmusiłp go do zmierzenia sie z tym, ze on ma problem. Poki
                nie idzie do psychologa to problem jest poza nim.
                I szxczerze mowiac nie wierze do konca w ten szacunek i zrozumienie
                poza klotniami o dzieci. Jakby byl tobyscie rozmawiali o dzieciach a
                nie sie o nie klocili. Szacunek i zrozumienie nie sa wybiorcze. Albo
                sa albo ich nie ma.
                Dobrze Ci dziewczyny radza, zebys sz la na terapie.. ale mnie sie
                mimo wszystko wydaje, ze Twoj malzonek to przedw wszystkim jej
                otrzebuje.
        • rybkka24 Re: Macochy calodobowe 27.10.09, 18:08
          Do tanga trzeba dwojga.
          a czemu twój mąż jest taki nieczuły i niedobry dla twojego syna???
          cos się stało.?
          • 333a13 Re: Macochy calodobowe 27.10.09, 19:49
            Czy Ty też pracujesz zawodowo???
            Myślę, że pomysł "odpoczynku" od siebie nawzajem i spędzenie czasu rodziców
            tylko ze swoimi dziećmi jest bardzo dobry...
            Jakie powody do narzekań i kłótni dają Wam chłopcy??? może po prostu wystarczy
            ustalić grafik gdzie będzie wyszczególnione co kto ma zrobić. Wtedy dzieciaki
            będą mogły się w jakiś sposób wykazać. Weź sobie za punkt honoru, by chwalić
            chłopaków jak coś dobrze zrobią i spróbuj czasem przemilczeć ich ewentualne
            niedociągnięcia... Lepiej pochwalić kawałek ładnie odkurzonego dywanu niż
            krytykować niedokładnie odkurzoną całość smile
            Mam wrażenie, że twój mąż po prostu będąc tylko w weekendy w domu po prostu
            odzwyczaja się od dzieci i domowego gwaru... Nie można też budować zdrowej
            relacji tylko przez 2 dni w tygodniu... Czy długo Twój mąż pracuje "na
            odległość"??? i jak długo chce to robić?
            • grubazyrafa Re: Macochy calodobowe 27.10.09, 20:14
              Tak, pracuje zawodowo. Dzieci sa w szkole do 16:00, a mala w zlobku.
              To jest moja odskocznia. Bralam tez pod uwage rezygnacje i calkowite poswiecenie
              sie zyciu rodzinnemu, ale boje sie, ze wtedy bedzie jeszcze gorzej, bo dojdzie
              do tego moje niespelnienie zawodowe.

              Maz mial zawsze prace daleko i napewno w najblizszym czasie to sie nie zmieni.
              Przyzwyczailismy sie do tego, zyczylabym sobie tylko, zeby w weekendy byl
              bardziej aktywny rodzinnie.
    • kicia031 mam pomysl 28.10.09, 10:51
      skoro jak piszesz, kasa nie jest problemem, to niech maz da kase na
      jaks pomoc domowa, chocby przez kilka dni w tygodniu.

      Bedziesz miala wiecej czasu dla siebie, odpoczniesz.

      a wtedy latwiej ci bedzie przerwac to bledne kolo: on sie czepia
      twojego syna, a ty zamiast go opieprzyc i ustawic do pionu, czepiasz
      sie jego syna. nie tedy droga. Krzywdzisz obu chlopcow takim
      zachowaniem i sama o tym wiesz.

      Powiem szczerze, ze tak malo sympatycznie mi twoj maz wyglada z
      opisu. Moj tez ma prace wyjazdowa - ale ja nie jestem calodobowka,
      zostaje sama tylko z wlasnymi dziecmi (moim i naszym). No i chlop
      jak jest w domu, to jest 120% zajety mlodszakiem - naszym wspolnym,
      moj starszy to juz raczej zajety kolegami, albo siedza u nas w
      kilku, albo gdzies wybywaja i nie tesknia za towarzystwem rodzicow.
      • betti_domino Re: mam pomysl 28.10.09, 15:44
        och!po przeczytaniu wątków,jakbym widziała siebie, mamy podobne
        problemy-zapracowany mąż,wszystko na mojej głowie i coraz większa
        niechęc do pasierbów(chociaż w większosci zasłuzyli na to),jest mi z
        tym zle,kłócimy się przeważnie o pasierbów i ich wych.(a raczej jego
        brak)mojego syna to sztorcuje o byle bzdurę,a swoim pobłaza we
        wszystkim,ja na to się jeżę i ostatnie złe uczynki(na wszystkie nie
        miałabym czasuwink pasierbów wypominam i każę choc jedno przewinienie
        mojego wymienić(według mnie nie ma takich;b.dobrze się
        uczy,zach.wzorowe,w domu pomaga,do ojczyma nie pyskuje-co pasierbom
        ciągle się zdarza,już nie mówiąc o ich nauce,albo pomocy w domu-samo
        dno).Chciałam być dobrą wyrozumiałą macochą,ale coraz częściej
        wychodzi ze mnie jędza...
        • konstancja16 Re: mam pomysl 28.10.09, 17:54
          ja to chyba jakas zimna suka jestem. bo mi sie wydaje, ze moje
          akceptowanie sytuacji bycia z facetem z dzieckiem to jest
          akceptowanie tego, ze ON ma obowiazki rodzicielskie wzgledem tego
          dziecka (egro: czasem mniej czasu dla mnie). ale nie wyreczanie go
          w nich!

          ja wiem, ze majac dziecko 100% w domu sila rzeczy tych obowiazkow
          jest wiecej i wtedy wklad KAZDEGO musi byc wiekszy, zeby wszystko
          zadzialalo. ale przejecie wiekszosci obowiazkow rodzicielskich nie
          wchodzi w gre. Ty sama z dzieciakami przez caly tydzien i gosc ma
          jeszcze wapory w weekendy i sie nie zajmie odpowiedzialnie cala
          menazeria zeby probowac nadrabiac caly tydzien nieobecnosci? no,
          sorrry Winnetou, to chyba nie wchodzi w gre. ale jak napisalam, ja
          chyba zimna suka jestem, a nie prawdziwa kobieta.
          • elakuz Re: mam pomysl 28.10.09, 20:34
            dolacze do grona zimnych suk, bo mimo, ze jestem calodobowa macocha nie
            przejelem obowiazkow meza w wychowaniu JEGO dziecka.
            Malo tego nie ubylo mu tez innych obowiazkow.
            Noge napisac jedno, kobiety same siebie wpedzaja w kierat.
            Nie dociera do mnie tekst "bo moj maz taki jest, nie pomaga"
            Mezczyzna ma nie pomagac a czynnie uczestniczyc.

            "Miłość to triumf wyobraźni nad inteligencja"
    • malenka114 Re: Macochy calodobowe 29.10.09, 20:56
      Witam, rowniez jestem macocha i tak sie sklada ze calodobowa. Jestesmy prawie 3
      lata po slubie, moj M. ma dwoch synow, jeden starszy juz ``na swoim``, my
      wychowujemy mlodszego, 11 letniego. Ja swoich dzieci nie mam. Mlodszego znam od
      jego 7-mego roku zycia. Musze dodac, ze meza poznalam gdy byl juz wdowcem.
      Nie mam doswiadczenia w wychowywaniu dzieci. I chyba jest trudniej przez to, ze
      to nie ``moje`` dziecko. Tez jest roznie w naszym zwiazku i tez klotnie sa tylko
      i wylacznie przez dziecko. Poza tym moglaby byc sielanka.
      Problem polega na tym, ze Mlody kombinuje i cos tam przeskrobie jak chyba
      wiekszosc dzieci w jego wieku. Ale czuje sie praktycznie bezkarny i rozbestwia
      sie coraz bardziej, bo wie ze maz chce mu swiata przychylic, ze jest oczkiem w
      glowie u meza i ten mu na bardzo wiele pozwala. A Mlody jak juz naodwala, to
      praktycznie nie spotyka go zadna kara, jedynie jakies pogadanki. Co wpadnie
      jednym uchem, to wyleci drugim. A ja mam charakter bardzo zasadniczy, i surowiej
      podchodze do wybrykow Mlodego. I wiem, ze gdybym miala wlasne dziecko, nie
      umialabym udawac ze nie widze kombinatorstwa mojego dziecka.
      Na poczatku naszego zwiazku bardzo czesto musialam wrecz udowadniac i tlumaczyc
      ze zachowanie Mlodego nie podoba mi sie bo wykracza poza jakies normy, a nie
      dlatego ze jestem wrednym uprzedzonym do biednego dziecka babskiem. Mlody jest
      bardzo inteligentny i wie jak grac na uczuciach meza. Na poczatku mojego
      matkowania gdy np. kazalam mu wylaczyc komputer, bylo obrazanie ze jak ja moge,
      Mlody lecial na skarge do ojca, wiec tlumaczylam ze nie robie tego zlosliwie,
      tylko ze moim zdaniem 3 czy 5 godzin grania w zupelnosci wystarczy. Maz z czasem
      sam zobaczyl ze sie nie czepiam bezpodstawnie, i teraz jak Mlody probuje
      podwazyc moje zdanie albo moje decyzje, to slyszy ze skoro ja cos mu kazalam
      czy czegos zabronilam to tak ma juz zostac. Ale zajelo mi to jakis rok i
      poczatki byly naprawde trudne, zeby dojsc gdzie teraz jestem w tej rodzinie.
      Pisze tak, bo w chwilach zwatpienia mysle ze jest rodzina mojego M. i ja. Nie
      wtopilam sie w nia na 100% i M. o tym wie. Ale to chyba tylko moje opory, bo
      nikt mi nie daje poznac ze nie tu jest moje miejsce.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka