czytając Wasze historie i perypetie z ex to dochodzę do wniosku,że
ja miałam "szczęście"(nieszczęście

) spotkać wdowca.
Ale znowu patrząc na to z drugiej str.gdyby żyła nie miałbym tyle
kłopotów z jej synkami(moimi pasierbami-3szt),
bo pewnie nie spotkałabym się i nie wyszłabym za M(on należy do tych
wiernych co to "...w zdrowiu i chorobie..." i nie zostawiłby chyba
nigdy tej alkoholiczki).
No teraz to już nie wiem,czy mam szczęście,czy pecha-M to kochany
człowiek,ale synkowie to diablątka z piekła rodem i gdybym na
początku wiedziała co mnie czeka,pewnie uciekłabym od nich
daaaaaalekoooo.
Marzyłam (po rozwodzie z pijakiem) o spokojnym życiu bez huśtawek
emocjonalnych,wychować syna na porządnego faceta,realizować swoje
plany zawodowe,dokształcić się,
a tu zamiast jednego pijaka mam 3 pijawki i 000-o spokoju!!Wszystko
do góry nogami-dzieciaki chcą rządzić dorosłymi,dla nich liczy się
tylko kasa-daj,daj,daj i pocałuj mnie w d...,zero szacunku dla
kogokolwiek.Czy to normalne,czy tylko ja mam takie "szczęście"?-
zastanawiałam się zanim trafiłam na "macochy",teraz wiem,że nie
jestem sama i jest wiele takich przypadków i że nie trafiłam jeszcze
(przez jakiś przypadek) do piekła ;D
Życie czasami jest do d...,ale nic nie trwa wiecznie!Może dla mnie
też zaświeci słońce-hihihihi
Uff,wylałam trochę żółci,już mi lepiej,to pisanie to jak
psychoterapia-tylko o wiele tańsza!!

Vivat macochy!