kociak40
26.08.07, 16:32
Jakiś czas temu otrzymałem ostrą naganę słowną od bardzo szacownej
pani (spotkanej przypadkowo na uroczystości imieninowej u innej
osoby), za mój niezbyt poważny stosunek do kanonizacji świętych.
Usłyszałem coś w rodzaju - "panie Andrzeju, wydaje się, że jest pan
powaznym człowiekiem, a takie głupoty pan wygaduje, nie zna w ogóle
postepowania przy rozpatrywaniu cudów. Jest komisja, która
rozpatruje te sprawy ze wszystkich stron, najmniejsza wątpliwość
jest uwzględniana itd...". Być może miała rację. Teraz dostałem na
kilka dni od tej osoby, do przeczytania, wydanie kościelne "historie
polskich świetych" abym rozwiał swoje wszelkie watpliwości. Ksiązka
bardzo gruba, raczej do czytania na długie jesienne wieczory (i to
deszczowe) więc tylko mogłem przekartkować. Wybrałem jedną
kanonizację, potwierdzającą całkowicie tej pani zapewnienia lecz
mimo to, budząca u mnie pewną watpliwość. Chodzi o matkę Urszulę
Ledóchowską(1865-1939), załozycielkę zgromadzenia Urszulanek
Szarych. Sam żywot przepiękny, zycie pełne poswiecenia dla ludzi,
wszystko - "naj".
Co do cudu, który w skrócie przedstawię, każdy musi przyznać, że nie
ma najmniejszych wątpliwości. Otóż: młody człowiek, młodzieniec,
wykonując pracę przy porządkowaniu ogrodu klasztornego, został
porażony prądem z kosiarki. Jak sam opisuje w poźniejszym protokóle,
nie mógł się ruszyć, ani krzyczeć, wiedział, że z nim już koniec.
Gasnącym wzrokiem zobaczył jakąś siostrę, która złapała go za nogi i
odciągnęła od przewodu elektrycznego. "oooooo! ulga! mógł zaczerpnąć
powietrza!". Jak doszedł do siebie, natychmiast zgłosił to
przeoryszy. Z opisu siostry, która uratowała mu zycie, wynikło, że
takiej siostry obecnie nie ma w zakonie. Pokazano mu zdjęcia - "O!
to ta, napewno ta!". To była zmarła Urszula L. Kazano mu natychmiast
spisać protokół z tego wydarzenia i to dodatkowo w obecności
wezwanych dwóch sióstr zakonnych. On dokładnie to opisał i słysząc
tylko słownie nazwisko, napisał je przez "u". Wtedy rozległ się
donośny głos (głos z zaświatów!!!), który słyszeli wszyscy,
(młodzieniec, siostra przełozona, dwie inne siostry)- "Urszula
L...., przez "o" z kreską" (piszę L.... z obawy, abym się nie
pomylił i sam tego głosu nie usłyszał). Wszystko zrozumiałe,
inne "u" w nazwisku może kanonizować inną, nie tą co trzeba, osobę.
Kandydat na świętego musi pilnowaźć własnych interesów.
Komisja w Watykanie rozpatrując wnikliwie i wyłapując najmniejsze
nawet wątpliwości, uznała (i słusznie), że cud był. 20.VI.1983 w
Poznaniu, JPII beatyfikował matkę Urszulę, a 18.V.2003 w Rzymie
kanonizował. Muszę przyznać, że to przekonało mnie całkowicie,
niemniej mam wątpliwość innej natury. Święty, to postać do
naśladowania dla wszystkich, to co robił, jest przykładem właściwego
postępowania. Urszula ciągnąc za nogi porażonego prądem, miała
wielkie szczęście, że już dawno nie zyła, każdy inny człowiek tak
postepując, sam by zginął. To, że już dawno nie żyła, nie jest
powodem, aby dobrego przykładu nie dawać. Powinna wyłaczyć
bezpieczniki, wyjąć wtyczkę z gniazdka itd. Cud cudem, ale
postępowanie powinno być do naśladowania. Papież powinien dać
Urszuli ostrą reprymendę i nakazać cud powtórzyć. O ile chce ciągnąć
za nogi, to można zrobić powtórkę, (młodzieniec na pewno zgodziłby
się, mozna by nawet uzyć napięcia trochę mniejszego np. 110 V
zamiast 220 V) i ona ukazałaby się w grubych gumowych butach, w
grubych gumowych rękawicach i wtedy może ciągnąc za nogi, daje dobry
przykład, tak należy postepować w takich przypadkach.
Uznanie przez Watykan tak niepoprawnego cudu, przypomina, jakby
konstruktor złe hamulce zaprojektował w pojeździe, a komisja
przymknęła na to "oko", aby jak najszybciej dostać pieniądze za
projekt. Taka moja uwaga, BHP też jest ważne, nie tylko sam cud.