05.07.10, 22:55
Czytając wasze wpisy zauważyłam że większość lubi i hoduje kotki. Te kotki
często się przewijają w waszych wypowiedziach. Ja też mam koty aż trzy
,wszystkie znalezione ,przyniesione do domu i tak już zostało. Dwie kotki mają
po 10 lat, kocurek 3. Zawsze były przy mnie w trudnych chwilach a od śmierci
mojej mamy sypiają ze mną w łóżku. Są przyjaciółmi jakimi ludzie nie potrafią
być , mruczą ,ocierają się nawet teraz gdy siedzę wszyscy są ze mną. Wiele nas
tu łączy żałoba,strata bliskich żal i nawet te kotki. Niezwykłe to wszystko
że ludzie o podobnych odczuciach się odnajdują. Na mnie niektórzy mówią że
jestem dziwaczka mieszkam w bloku mam 3 koty, za długo opłakuję mamę. Dobrze
że jesteście.
Obserwuj wątek
    • kopciuszek125 Re: Koty 05.07.10, 23:31
      Witaj ja też mam kota, chociaż mogłabym mieć i dwa i trzy, ale mój ma już 6 lat,
      znajda wykastrowany nie wychodzi na dwór i nie wiem jak by on przyjął
      towarzystwo innego kota. Jest bardzo rozpieszczony . Moja mama go rozpieściła, a
      teraz jak jej nie ma to ja go rozpieszczam. Pod moje okno przychodzą trzy dzikie
      koty dokarmiamy je z sąsiadką, ale jak się do nich zbliżam to uciekają. Nie
      wyobrażam sobie nie mieć jakiegoś zwierzątka w domu.
      • bie-tka Re: Koty...i psy 05.07.10, 23:59
        U nas znalazły swój dom dwa psy, własciwie suczki, jedna maleńka 5-
        letnia Meggi ze schroniska- bardzo spokojna i bojaźliwa z charakteru
        podobna do kota gdyz duzo śpi i lubi ciepełko oraz drapanie za
        uszami, druga maleńka a teraz w porównaniu z Meggi - olbrzymia ruda
        Lilo, wyrzucona w reklamówce z jadącego auta. Finansowo i
        organizacyjnie troche czasem ciężko ale nie wyobrażam sobie bez nich
        zycia. Sąsiedzi pewnie też pukają sie w czoło widząc nasz
        przychówek, bo mieszkamy w bloku ale tak to jest że ludzie gadali
        gadają i gadać będą. Córka ma ogromne serce do bezpańskich zwierząt,
        działa w schronisku jako wolontariuszka w oststnia niedzielę udało
        sie jej znaleśc domy czterem szczeniaczkom. Wczesniej tez odnosiła
        sukcesy na tym polu, znalazła wiele domów wielu starszym schorowanym
        psom m.in. w Niemczech oraz w Szczecinie. Daje mi to poczucie że
        sporo dobrych ludzi jest na świecie. Pozdrawiam serdecznie-Ela.
        • cleo_1 Re: Koty...i psy 06.07.10, 20:31
          Bie-tko masz wrażliwe dziecko ja też mam ogromne serce do
          bezpańskich (i pańskich też) zwierzaków, wolę je niż ludzi... to
          może dziwaczne ale tak wlasnie jest.
          Ludzie są straszni wobec zwierzat, podporzadkowali sobie ten swiat i
          myśla ze wszystko im sie należy i są panami stworzenia, a to
          nieprawda. Mieszkam na wsi (takiej miejskiej ale to jednak wies pod
          Warszawa) i widzę ile tu biedy, koty mnożą sie na potege nikt ich
          nie sterylizuje, i potem te niepotrzebne nikomu przez nikogo nie
          chciane maluchy giną pod kolami debili jadacych z predkościa 100 km
          na godzine na wiejskiej drodze. Dokarmiam je i opiekuje na ile mogę.
          Mam dwa swoje, z hodowli bo zawsze marzylam o rasowych kotach (o
          konkretnych bardzo rasach) ale uważam ze wszystkie koty są piekne i
          niesamowite.
          Mam te sunie 6 letnią prawie kundelke.
          Moj Imbir widzi rzeczy nie z tego świata, wtedy przechodzą mnie
          dreszcze. Koty są wierne i cierpliwe, kochają tylko jedną osobę,
          choć przytulać mogą sie do wielu. Sa niezalezne i "wymuszają" w
          pełen wdzieku i naturalny sposob szacunek dla siebie i partnerstwo z
          człowiekiem. Nigdy nie można powiedzieć, że kot ma "pana"
          czy "wlasciciela", prawda?
          Pozdrawiam wszystkich kociarzy i psiarzy. Cieszę się że pojawił się
          tu wątek zwierząt, które z nami żyją.
          • tilia7 Re: Koty...i psy 06.07.10, 21:54
            Cieszę się,że się ten wątek pojawił.Raz,że miło dowiedzieć się,że jest wśród Was
            tak wiele osób wrażliwych na los naszych "braci mniejszych"-jestem często
            przerażona potwornościami,jakie ludzie wyrządzają zwierzętom a jako dziecko
            lekarza weterynarii doprawdy wiele już potworności widziałam i wstyd mi
            czasem,za nas,ludzi.Dobrze wiedzieć,że dla przeciwwagi są i tacy,którym los
            zwierząt nie jest obojętny.
            Dwa,że często właśnie zwierzęta są naszymi towarzyszami w żałobie i jak już
            pisałam często tak bywa,że lepiej potrafią się w tej sytuacji znaleźć niż
            niejeden człowiek.
            Ja zwierzęta tez bardziej lubię niż ludzi a w każdym razie wolę towarzystwo
            zwierząt.Wiele osób reaguje na to oburzeniem.Ja odpowiadam wtedy,że ten kto nie
            lubi zwierząt tym bardziej nie lubi ludzi.Stosunek do przyrody,zwłaszcza do
            zwierząt i ptaków jest miarą naszego człowieczeństwa w takim samym stopniu jak
            nasz stosunek do dzieci,starców i chorych.Jeśli nie mamy szacunku do życia w
            ogóle,to nie mamy szacunku i do siebie samych.
            No i ile radości jest z przebywania ze zwierzętami?Mój kot,w najgorszym czasie
            mojej żałoby przychodził ze mną posiedzieć a czasem wciągał mnie powoli w
            zabawę.Podchodził mnie psychologicznie:)Najpierw tylko siedział,potem chciał być
            głaskany,potem z tego głaskania zaczynał już trochę polować na moją rękę a w
            końcu nawet nie wiedziałam kiedy i bawiłam się z kotem choć wcale nie miałam
            takiego zamiaru.I wierzcie albo nie-ale to były jedyne momenty,kiedy ja naprawdę
            na moment wyłączałam się z koszmarnej rzeczywistości i kiedy w "zagapieniu" na
            kota zdarzało mi się nawet uśmiechnąć.
            Ja też dokarmiam koty "śmietnikowe",załatwiam domy,bo pod lecznicą mojej mamy
            nieraz jakiś palant zostawia przywiązanego psa,karmię zimą ptaki i robię,co
            mogę,żeby uświadomić ludziom,że to są żywe stworzenia.Nikt nie ma obowiązku ich
            lubić a tym bardziej trzymać w domu,ale należy im się nasz szacunek a przede
            wszystkim nie mamy prawa ich krzywdzić.
            Elu masz wspaniałą córkę,bardzo dzielną.Powiem Ci,że nieraz myślałam o takim
            wolontariacie,ale ja nie mam odwagi.Bo ja nie umiem znieść tego spojrzenia
            zwierzęcia,które prosi:"zabierz mnie do domu,pokochaj".Nie daję rady a zabrać
            ich wszystkich nie mogę.Więc staram się działać z drugiej strony i jak jest
            jakiś biedak porzucony to szukam mu domu,żeby nie musiał trafić do schroniska.
            Ja jestem w ogóle "zwierzęciarzem";)I psy i koty są cudowne.Koty są po prostu
            Inne;) zupełnie i mi samej o tyle bliższe,że sama mam taki koci charakter:zawsze
            własnymi drogami,zawsze po swojemu,zawsze obserwuję bardziej niż
            uczestniczę,bardziej trzymam dystans niż merdam do wszystkich ogonem i ze
            wszystkiego na świecie najbardziej lubię spać...Ale psiaki też
            uwielbiam.Wierzę,że obecność zwierząt leczy i ciało i przede wszystkim duszę.Ile
            one potrafią dać miłości i dobrej energii.Wstyd tylko czasem,że nie zawsze
            potrafimy się odwdzięczyć:(
            • ollaa86 Re: Koty...i psy 06.07.10, 22:44
              Skoro pojawił się ten wątek i opowiadacie o swoich zwierzakach, to może i ja skrobnę słówko:). Otóż od dziecka byłam wrażliwcem na punkcie bezdomnych zwierzaków. Znosiłam do domu psy, porzucone koty, nawet dla ptaków, które wypadały z gniazd i leżały takie nieżywe na chodnikach utworzyłam cmentarz, bo nie mogłam znieść ich widoku... Niestety rodzice nie chcieli długo zgodzić się na zwierzę w domu, więc zawsze znajdowałam im jakiś dom, by nie trafiały z powrotem na ulicę. W końcu przyprowadziłam pieska, który zaskarbił sobie ich względy. Mieszkał z nami 17 lat, ale w październiku ubiegłego roku odszedł za tęczowy most. Bardzo trudne było to pożegnanie, bo praktycznie był z nami odkąd pamiętam... Jednak nie wyobrażam już sobie domu bez zwierzaka i w marcu przygarnęłam psiaka ze schroniska. Był w kiepskim stanie, ma chore oczko, ale teraz promienieje szczęściem:). W tym całym piekle żałoby podnosi mnie troszkę na duchu fakt, że komuś jeszcze jestem potrzebna, że komuś zgotowałam troszkę lepszy los, niż kraty i zimna klatka...
              A on odpłaca mi się porannym całusem w policzek i gorącym powitaniem, gdy wracam z pracy do domu;). I jest moim najlepszym przyjacielem, który jest przy mnie, gdy płaczę i gdy czasem udaje mi się uśmiechnąć, głównie za jego sprawą, bo jest strasznie pociesznym szczeniakiem.
              Marzę również o kocie, jednak na razie nie mam siły na wojowanie z mamą, która o kocie nie chce nawet słyszeć. No ale mam nadzieję, że jeszcze zmięknie i kotek kiedyś zagości w naszym domu:).
              • jower Re: Koty...i psy 07.07.10, 09:23
                Mój Krzyś zginął w wypadku samochodowym. Jechał do domu na pierwszy krotki urlop. W bezpiecznym transporterku, przypięta pasami jechała z nim Koma. Jego kotka, którą wziął ze schroniska. Wcześniej wyrzucona z domu razem z maleństwami. Małe kociątka szybko znalazły nowe domy, mój synek wziął kocią mamę.
                Krzyś zginął na miejscu, kotka ocalała - znalazła się po dwóch miesiącach. Z krzywo zrośniętą łapką. Mieszka u moich rodziców - odnalazła w końcu raj na ziemi, chociaż ciągle ucieka w popłochu słysząc przejeżdżającą drogą ciężarówkę, a do samochodu za nic nie chce wsiąść.
                Znalazłam gdzieś przypadkiem w sieci takie opowiadanie - i aż mnie ciarki przeszły. Kto to napisał? Gdyby nie pies a kot był narratorem tej historii to przecież opis wypadku mojego Krzysia.

                Wklejam je, ale nie musicie czytać. Jest dla mnie jak rozdrapywanie ran. Nie było mnie tam, nie ochroniłam mojego dziecka, nie widziałam go po wypadku, do domu przyjechała urna...
                Czy właśnie tak to wyglądało?! Dlaczego chcę to wiedzieć?

                "Piesek szczęśliwy jedzie ze swoim panem samochodem, śpi sobie, śni mu się jak będzie bawił się i biegał sobie gdy już dojadą na miejsce, jak sobie zje kiełbaskę którą sprytnie zwędzi z kuchni, jak będzie gonił kota i gdy będzie głaskany przytulany i rozpieszczany przez kochających go, śmiejących ludzi. Będzie aportował i stawał na tylnych łapach bo wtedy ludzie się śmieją i są szczęśliwi a on uwielbia jak wszyscy są radośni i się śmieją. Macha łapkami, kręci się i popiskuje szczęśliwy przez sen - i nagle, straszny hałas, wrzask pełen nieziemskiego bólu, piesek się otrząsa z resztek snu i siedzi w pogiętym samochodzie przewróconym do góry nogami w rowie. Wszędzie pełno dymu i smrodu - Pan leży ze zmiażdżoną głową i wbitą w szyję szybą, głowa jest prawie odcięta a wokół pełno krwi, nie oddycha - piesek szaleje, szczeka, nie wie co się dzieje, boli go łapa którą rozciął sobie o blachę. Próbuje lizać Pana ale Pan leży i się nie rusza, nie głaszcze go, nie drapie za uchem, nie mówi miłych rzeczy - piesek piszczy ze strachu, szczeka, nie wie kompletnie co się dzieje, jest przerażony i cały czas szczeka na Pana, tak, Pan na pewno zasnął, trzeba go obudzić, gardło piecze i wyschło na wiór bo auto płonie, ale trzeba obudzić Pana który śpi, jeszcze tylko trochę, na pewno zaraz Pan wstanie i wszystko będzie dobrze, znowu będą szczęśliwi biegali na dworze i Pan będzie mu rzucał kijek i głaskał go wieczorami po brzuszku i będą spali sobie razem.

                Czemu nie wstaje? czemu nie weźmie mnie na ramiona i nie przytuli? boli, wszystko tak strasznie boli a najbardziej łapka którą nie może ruszać, i gardło całe wyschnięte, muszę obudzić Pana, piesek szczeka chociaż się dusi i upada na bok, szczekać, szczekać, aż obudzę Pana, robi się coraz ciemniej, zasłona mroku opada na pieska ale on ciągle szczeka, i liże lepką od krwi twarz Pana. Wstań! zabierz mnie stad! chodźmy stąd! z gardła które już nie jest w stanie wydobyć szczeknięcia wydobywa się żałosny pisk, OBUDŹ SIĘ!

                Nagle słychać syrenę, ludzie w kolorowych ubrankach hełmach i z wielką maszyną w kształcie nożyczek którymi Pan strzygł pieska rozcinają blachę, pieska wyjmuje jakiś inny pan z auta. Piesek macha łapkami, chce do swojego Pana. Leżąc na ziemi i chłepcąc wodę z kałuży pozostałej po gaszeniu auta, obserwuje jak wyjmują jego Pana, piesek jest szczęśliwy, chce podbiec ale nie może bo łapka go bardzo boli, chce szczekać ale ma zdarte gardło wiec tylko żałośnie piszczy, woła by Pan go zauważył, przyszedł do niego i go zabrał z tego strasznego miejsca.

                Co się dzieje? piesek szaleje z rozpaczy bo jego Pana na ziemi wsadzają do czarnego worka, wrzucają do samochodu i odjeżdżają . Piesek się czołga, chce biec za białym samochodem ale nie ma sił. Ostatkiem sił wczołguje się do rowu i zasypia. Gdy się budzi po wielu godzinach, oprócz śladu sadzy na drodze nie ma żadnego znaku że coś tu się stało. Kuśtykając i zataczając się ucieka do lasu."

                W domu na przyjazd Krzysia czekał z nami jego przyjaciel Dino - piękny owczarek niemiecki. Po odjeździe policji siedział obok mnie z najsmutniejszymi na świecie psimi oczami, zabierał mi delikatnie z rąk i zjadał jedną po drugiej chusteczki mokre od łez.

                Jola - mama Krzysia

                • tilia7 Re: Koty...i psy 07.07.10, 11:00
                  Jower najbardziej poruszyło mnie to,że jesteście tak
                  wspaniałymi,wielkodusznymi ludźmi,że mimo straty Syna i Wnuka
                  znaleźliście jednak serce i miejsce w Waszym domu dla Komy.Wyrazy
                  szacunku i przytulenia mocne.

                  Olla,ja mam kota "z reklamówki",był przyniesiony do uśpienia ale
                  moja mama nie zgodziła się uśpic maleńkiego,zdrowego kotka i
                  przyniosła go do domu.Jest kochany,ale został mu jakiś lęk z
                  dzieciństwa i bardzo łatwo go wystraszyc choc teraz to już olbrzymi
                  kot.
                  A z kotem u mojej babci była z kolei zabawna historia-sam
                  się "przygarnął",po prostu się wprowadził.U babci była wtedy duża
                  starsza już suczka i przygarnięty pół-dziki kot,który swobodnie
                  wychodził z domu i wracał.Aż któregoś dnia nie wrócił.Trzy dni potem
                  do domu jakby nigdy nic wprowadził się nowy półroczny kot.Po prostu
                  wszedł przez otwarte okno i zupełnie nie zwracając uwagi na psa
                  skierował się prosto do miski,pojadł i poszedł na kanapę spac:)No i
                  został,bo jak tu takiego tupeciarza wyprosic?
                  • first.marionetka Re: Koty...i psy 07.07.10, 11:13
                    "Czy właśnie tak to wyglądało?! Dlaczego chcę to wiedzieć?"

                    Jolu, to oczywiste dlaczego chcesz to wiedzieć.
                    Lepsza najgorsza prawda, niż domysły, niewiedza....
                    W tej niewiedzy są najbardziej chore domysły, myśli.
                    Tak trudno się z tym żyje.....

                    Pozdrawiam. a
                  • jower Re: Koty...i psy 07.07.10, 12:00
                    Kiedy mąż pojechał na miejsce wypadku ( ponad 300 km od naszego domu) zostawił w przydrożnym barze w pobliżu wizytówkę ze swoim telefonem. Z prośbą, by zadzwonić, gdyby przypadkiem przybłąkał się szary kotek z czerwoną obróżką. Telefon zadzwonił po dwóch miesiącach, gdy w poczekalni sądu czekaliśmy na wejście na rozprawę spadkową.
                    Krzysiu zadbał o swoją kicię, zostawił nam ją w spadku...
                    A wzięli ją moi rodzice, a nie my, bo kiedy przyjeżdżali wcześniej z wizytą, nasza Funia nie tolerowała Komy, a właściwie to było raczej odwrotnie. A u moich rodziców nie było nigdy wcześniej żadnego zwierzaka. Koma zawojowała ich serca. Praktycznie nie schodzi z kolan mojego taty. Obejmuje go łapkami i przytula się do serca. A mama dogadza jej smakołykami.
                    • cleo_1 Re: Koty...i psy 07.07.10, 13:12
                      Jower,
                      to jest straszne i piękne co napisalaś. To niesamowite, jak Tilia
                      powiedziała, że mieliście serce dla tego zwierzaka,
                      większość "normalnych" ludzi nie chciałaby go widzieć a co dopiero
                      przygarnąć. Ja boję sie tylko jednego: że zginiemy w wypadku
                      (samolotowym, samochodowym) a nasze zwierzeta zostaną. Co prawda moi
                      rodzice by je przygarneli, ale rodzice są też starszymi ludzmi i
                      niestety zwierzęta miałby szansę je przezyć:-( co by sie z nimi
                      wówczas stało?
                      Tilia tak pieknie napisala o zwierzetach. Musisz miec bardzo
                      wrażliwych rodziców, ja podziwiam weterynarzy bo wikeszosc z nich
                      to - niestety w przeciwieństwie często do ludzkich lekarzy - ludzie
                      uwrażliwieni na krzywdę naszych braci mniejszych i także ludzką.
                      Tilio tak pieknie napisalaś o zwierzętach.
                      Pamietam taką historię. Byliśmy w Chorwacji i w restauracji
                      zamowiliśmy jakies jedzenie. Od razu wyłapałam wzrokiem koteczkę -
                      małą, niesamowicie chudą, która jak pies warowała pod stołem
                      jedzących obik Rosjan obserwujac kazdy kęs który ci wkładali sobie
                      do ust nie zwracajac na nia najmniejszej uwagi. Nie mogłam pojac jak
                      oni mogą jesc i nie udławic sie na miejscu:-( Kotka dostala od nas
                      puszke tunczyka którego kupil moj tato - jak miło było patrzeć jak
                      jadla:-))) Objadla sie tak ze ledwo toczyła się w sobie tylko
                      wiadomym kierunku, z boczkami miło zaokrąglonymi. Tearz już mam
                      nauczkę - jak jade za granice zawsze zabieram ze sobą suchą karmę i
                      pare saszetek. W torebce też zawsze mam saszetke, nie wiecie, jak
                      czesto się przydaje...
                      Gdy byłam w Stambule dokarmiałam koty suchą karmą i mielona
                      baraniną. Opowiem Wam jeszcze jedną niesmaowitę historię. Własnie w
                      Stambule spotkałam kotka - kalekę, kotka bez pyszczka. To był tak
                      straszny widok, że jak stalam tak ryczec zaczelam w glos. Kotem -
                      uderzony czyms lub oparzony - nie miał całej twarzy, jednego oka,
                      nosa, policzków. Nie wiem, jak on mogl życ. Tak wylam, że mój Rafał
                      podbiegł i pyta co sie stało. Pokazałam mu kotka. Niestety nie mój
                      on jesć suchej karmy ponieważ najpewniej mial uszkodzone szczeki i
                      gryzienie za bardzo go bolalo. Poszlismy szuakć miesnego - kupilam
                      mieloną baranine i mleko i wrocilismy do niego. Był. Jadł! Tak sie
                      ucieszylam ze jadl. Pan ze sklepu, w którym kupowalam mleko (nie
                      mogłam przy tym opanować leż) powiedział mi łamaną nagielszczyzną że
                      kotek ten miał wypadek jakieś 2 tygodnie wczesniej i że coś tam je.
                      Był bardzo wzruszony moim wzruszeniem, pocieszal mnie zebym sie nie
                      martwiła. Wyszłam bucząc jak syrena.
                      Następnego dnia wrociliśmy do kotka rano, ale go nie było. Niestet
                      do wieczora nie mogłam czekać, bo wieczorek wylatywalismy do Polski.
                      Poszlam zatem do tego sklepikarza i zostawilam mu mieso ktore mialam
                      dla kotka blagajac go zeby mu je dal wieczorem - jemu i tylko jemu.
                      Przysięgal sie na Boga ze tak zrobi. Dal mi swoj nr telefonu. Za
                      tydzien napisalam do Kemala - tak ma na imię, to był starszy
                      czlowiek w wieku 50-60 lat - i odpisal mi, że kot przezyl, że
                      dokarmia go.
                      Oto zwyciestwo milosci. Te czlowiek uratowal go a my zaczelismy
                      myslec, że może to tylko tak zle wygladalo, makabrycznie, bo nie
                      miał mu kto tej twarzyczki obmyc z tej krwi zakrzepłej. Że skoro
                      oddychal i jakoś jadl, to jest szansa ze przezyje.
                      Turcy szanują swoje koty, choć wyznają zasade, że kot sam musi sobie
                      dac rade lub zginąć. Ale ile widzialam tam osob dokarmiających koty!
                      Kelner z naszego hotelu podczas sniadania wynosil wędlinę dla
                      okolicznych bezdomniaczków - kelner w hotelu! Wyobrazacie to sobie w
                      jakims europejskim miescie???
                      To - poza wszystkimi innymi cudami, jakie ma Stambuł - magiczny znak
                      tego miasta, ktore dla mnie zawsze bedzie sie kojarzyło z kotami.
                      • tilia7 Re: Koty...i psy 07.07.10, 13:52
                        Cleo,mój mężczyzna,którego tu opłakuję był szefem kuchni i też
                        zawsze dbał,żeby podwórkowym kotom nie brakowało jedzenia i mleka.
                        A mój Dziadek zawsze wszystkie śmietnikowce dokarmiał.Nawet jak już
                        sam ledwo chodził codziennie razem ze swoją suczką-również staruszką-
                        zabierali suchą karmę,mleko i kocie puszki i szli karmic całe stadko
                        kotów.Suczka w ogóle ich nie goniła a te koty wybiegały im na
                        przeciw i witały łasząc się do nich obojga i mrucząc.Cała moja
                        rodzina jest wrażliwa na los zwierząt.
                        Czytałam jakis czas temu książkę-dokumentalną,nie żadną wymyslona
                        powieśc-napisaną przez jednego z żołnierzy amerykańskich w
                        Afganistanie.Chodziło o jedną z najbardziej elitarnych,najlepiej
                        wyszkolonych jednostek do zadań specjalnych.To był oddział który
                        zawsze szedł na pierwszą linię ognia i jako pierwszy wchodził do
                        wyzwalanych/zdobywanych miast.Jednym słowem twardzi,bezwzględni
                        faceci,którzy niejedną śmierc widzieli,niejedną śmierc spowodowali i
                        niejeden raz własnej śmierci patrzyli w oczy.Tam nie ma miejsca na
                        uczucia,na rozczulanie-jest tylko wojna.I ci żołnierze w jednym z
                        oswobodzonych miast znaleźli szczeniaka.Powinni byli go
                        zastrzelic,bo taki był rozkaz.Ale nie dali rady strzelic do
                        bezbronnego małego ufnego psiaka.Mało tego zabrali go do
                        bazy,ukrywali przed dowództwem,oddawali własne jedzenie,mimo
                        nieludzkiego zmęczenia pełnili dyżury,żeby piesek miał cały czas
                        opiekę a w końcu poruszyli pół świata:związki
                        kynologiczne,przemytników,cywilów,przewodników,linie lotnicze-po
                        prostu kogo tylko się dało,żeby wywieźc tego psa z Afganistanu i go
                        uratowac.Nie dało się tego zrobic legalnie,trzeba było ogromnego
                        wysiłku i współpracy mnóstwa osób dobrego serca,żeby ten pies nie
                        został zastrzelony i żeby mógł wrócic ze swoimi opiekunami do
                        kraju.Udało im się,z trudem,ale się udało.Wydawałoby się,że to takie
                        głupie,strzelają do ludzi a taki cyrk z powodu psa.Ale kto przeczyta
                        tę książkę rozumie,że tak naprawdę to ten pies ich ocalił.Ocalił w
                        nich to,co ludzkie.
                        • cleo_1 Re: Koty...i psy 07.07.10, 20:16
                          Tilio,
                          dziekuję za te historie. Twój mężczyzna musiał być rzeczywiscie
                          niesamowitym czlowiekiem. Taka wrazliwość na dolę maluczkich rzadka
                          jest u facetow z naszego pokolenia.
                          Jesli nie sprawiłoby Ci to kłopotu, czy mogłabys mi podac namiary na
                          te ksiazke? Bylabym Ci bardzo wdzieczna.
                          Tilio, jestes - z tego co czytam o Tobie - bardzo niesamowitą
                          kobietą. Myślę ze dasz radę jeszcze cieszyc sie zyciem, zycze Ci
                          tego z całego serca, ściskam mocno Twoje obolałe serduszko,
                          pozdrawiam
                          • tilia7 Re: Koty...i psy 07.07.10, 21:30
                            Cleo,bardzo Ci dziękuję za ciepłe słowa.Tak,mój mężczyzna był bardzo
                            wrażliwy,rzeczywiście to rzadkie zwłaszcza u facetów w tym wieku.Ale to był w
                            ogóle wyjątkowy człowiek.Oczywiście każdy o swoim ukochanym mówi "wyjątkowy" bo
                            jak się kocha,to zawsze ten ktoś jest wyjątkowy.Ale On był Wyjątkowy przez duże
                            W,było w Nim jakieś niesamowite Światło-nie do opisania.
                            Czy ja jestem niesamowita nie wiem;)Nie staram się na pewno być na siłę taka jak
                            inni i najważniejsze dla mnie jest pozostawanie w zgodzie ze sobą.Nawet,a może
                            zwłaszcza w tych najtrudniejszych chwilach.Bardzo Ci Cleo dziękuję za uściski i
                            również Cię bardzo ciepło pozdrawiam.
                            Książka nosi tytuł:"Misja Szczeniak-pozdrowienia z Bagdadu" autorzy:
                            ppłk Jay Kopelman,Melinda Roth.
                            • kopciuszek125 Re: Koty...i psy 08.07.10, 23:39
                              Tak , tak tilio7 jesteś niesamowitą kobietą, czytam wszystkie wątku i bardzo
                              dużo piszesz a ja też z wielką przyjemnością czytam twoje wypowiedzi. My też w
                              rodzinie jesteśmy bardzo uczuleni na los zwierząt. Od kąt pamiętam zawsze był u
                              nas piesek najczęściej znajda, albo przynosił wujek jakiegoś bidule psiaka bo
                              wiedział, że u nas odżyje. Pewnego razu przyprowadził bardzo mizernego psiaka
                              kundelek ale podobny do szpica o brązowym zabarwieniu. Był tak strasznie
                              bojaźliwy i nieufny że musiał minąć dłuższy czas aby zaufał nam że nie zrobimy
                              mu mu krzywdy. Jeżeli jeden piesek ze starości odchodził i mama mówiła dość
                              zwierzaków w domu bo to zawsze było przeżycie to nagle znowu pojawiał się jakiś
                              przybłęda i zostawał u nas. Moja mama miała problemy z chodzeniem i jak zdechł
                              ostatni nas pies powiedziała dość i znowu sąsiadka przyprowadziła maleńkiego
                              kotka który okazało się był zarażony grzybicą, więc jego do weterynarza na
                              leczenie a my domownicy do dermatologa i wszyscy byliśmy leczeni. teraz mamy
                              pięknego czarnego kota. Bardzo chciałabym mieć jeszcze pieska ale problem
                              spacerów, a kotek jest w domu i taki miękki w przytulaniu. Pozdrawiam Wszystkich
                              kochających zwierzaków.
                              • tilia7 Re: Koty...i psy 09.07.10, 15:40
                                Dziękuję bardzo za dobre słowo.Jeśli komukolwiek moje wpisy w jakiś
                                sposób pomagają albo chociaż wydają się ciekawę,to bardzo mnie to
                                cieszy,to znaczy że ma to sens.
                                • kopciuszek125 Re: Koty...i psy 09.07.10, 22:43
                                  Tilio7 wierz mi na słowo mnie Twoje wypowiedzi bardzo pomagają bo oprócz tego że
                                  mamy mojej wspaniałej kobiety już nie ma trzy lata, ale jest wspaniały tato 82
                                  letni facet kochany i syn bardzo chory ale całe moje szczęście i ciągła walka o
                                  jego życie. Ty tak bardzo jesteś bliska moim poglądom na życie. Szkoda tylko że
                                  tak wspaniałym ludziom takie smutne i tragiczne przeżycia. Także pisz jak
                                  najwięcej a ja czytam chociaż nie zawsze tak dużo piszę.
                                  • tilia7 Re: Koty...i psy 10.07.10, 20:51
                                    Kopciuszku,Ty sama jesteś wspaniałą kobietą,że radzisz sobie z tym
                                    wszystkim,choć tak bardzo Ci ciężko.Na tym forum zdaje się są same
                                    "siłaczki"-tyle tego bólu mamy na co dzień,tyle smutku,tyle trosk i czasem się
                                    wydaje,że już się nie uniesie,już się nie da rady ani pół kroku dalej - a jednak
                                    wstajemy i idziemy,często podając jeszcze przy tym innym pomocna dłoń.
                                    • kopciuszek125 Re: Koty...i psy 10.07.10, 22:15
                                      Tilio7 tak masz rację są chwile zwątpienia że nie damy rady, a jednak dźwigamy
                                      się i dalej dzień za dniem. Nieraz wydaje mi się że mama i pomaga i dodaje sił
                                      do walki. Właśnie pomagamy jeszcze potrzebującym i ta świadomość że jesteśmy
                                      komuś potrzebne to daje przynajmniej mnie sens życia. Na tym forum jest tyle
                                      wspaniałych kobiet że musiałabym bardzo długo wymieniać, a wszystkie wypowiedzi
                                      są takie wzruszające i bardzo mądre.
                                      • karnivora Re: Koty...i psy 11.07.10, 01:18
                                        odemnie nieporadne /wykolejone


    • kalista77 Re: Koty 11.07.10, 10:03
      Miałam dwa koty. Pierwsza to moja kotka. Przygarnięta przeze mnie. Ma już prawie
      pięć lat. Drugi to był nasz kociak, nawet bardziej Jego koteczek. Śmiałam się,
      że to takie nasze dziecko. Innych nie zdążyliśmy mieć. Zawsze spał z nami. On
      bardzo dbał o Małego. Mam mnóstwo zdjęć, jak śpi w Jego ramionach, bawi się z
      Nim. Kociak odszedł prawie dokładnie pół roku po Jego śmieci. Miał tylko
      dziesięć miesięcy. Odszedł dużo za wcześnie, tak jak On. Z tym, że przy kociaku
      byłam jak umierał, z nim nie mogłam się pożegnać. Teraz są razem.
    • fiolinka33 Re: Koty 11.07.10, 23:41
      w moim domu obecnie jest maly zwierzyniec..
      mam kota dostalam od kumpla, ktory znalazl kotke z kocietami - znalezlismy im
      dom, mi w spadku zostal jeden - nie zaluje - teraz mam wspanialego przyjaciela.
      Alberto kocha dzieci, spi z moim bratankiem w lozku - jest rozbestwiony,
      rozpieszczony i ma swoj charakterek.
      Mielismy tez psa - z adopsji, zaglodzonego Golden retrivier a - ,ktorego
      fundacja zabrala wlascicielowi za zle traktowanie, pies nie potrafil chodzic,
      byl trzymany w kojcu 2m na 2 m, bity wrecz katowany za kazda probe
      niesubordynacji... Zabralismy go i doprowadzilismy do porzadku. Tak madrego i
      zrownowazonego psa nigdy jeszcze nie widzialam. BYl ze mna przez cala ciaze,
      opiekowalam sie nim a on mna... Jak zabrali mnei do szpitala pies przestal
      jesc... gdy wrocilam ze szczescie nei odstepowal mnei na krok...nigdy wczesniej
      nie widzialm by sie tak cieszyl. Po smierci Tosi gdy plakalam, pies i kot zawsze
      byli kolo mnie - czuli, ze dzieje sie cos zlego - cos czego oni nieograniaja ale
      ich przyajciel cierpi...
      Po rozwodzie moj byly maz zabral go ze soba...
      brakuje mi go okrutnie...
      • fiolinka33 Re: Koty 11.07.10, 23:42
        obecnie mam kota, szczurka i kameleona...ot takie male zoo ;)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka