"Barykada"....

10.06.04, 11:17
Właśnie się zastanawiam, czy w sytuacji macochy można byc obiektywnym i bezstronnym. Pomijam już oczywistość, że każdy patrzy ze swojego punktu widzenia i trudno mu dostrzec racje drugiej strony. Wydawać by się mogło, że można dostrzec racje drugiej strony, tylko wystarczy dobra wola.
Pamiętam, że ja też pierwsze pytanie o kontakty z dzieckiem męża zadałam na "samodzielnych", żeby popatrzeć na sprawę z innej perspektywy. Potem jednak w miarę wymiany opinii, zdałam sobie sprawę z tego, że niestety mamy tu do czynienia z sytuacją, którą socjologowie nazywają grą o sumie zerowej, tzn. komuś jest lepiej jeśli innemu jest gorzej. Widać to na przykładzie kasy. Wyższe alimenty na dziecko oznaczają z konieczności pogorszenie sytuacji drugiej rodziny i odwrotnie, większy wysiłek wkładany w "ustawienie" drugiej rodziny prowadzi do ograniczeń w sponsorowaniu dziecka.
Obawiam się, że z czasem poświęcanym dzieciom, uwagą, emocjami, zaangażowaniem jest podobnie. I dlatego nie ma rozwiązania, które byłoby dobre dla wszystkich... Zawsze będzie dla kogoś lepsze, dla kogoś gorsze. Wyjątkiem jest może sytualcja, w której z jakiegoś powodu pozamalżeńskie dziecko staje się elemetem drugiej rodziny, wtedy być może takiego konfliktu udaje się uniknąć, bo dziecko staje się "elementem" rodziny i jej członkiem, a nie konkurencją do pieniędzy, czasu, uwagi, uczuć.
Ale inaczej trudno o obiektywizm, zwłaszcza jeśli się jest po jednej ze stron tego konfliktu interesów.
Wiem, że gdybym była samodzielna robiłabym wszystko aby zabezpieczyć przyszłość swojego dziecka, tak jak robię teraz, żeby zabezpieczyć przyszłośc i bezpieczeństwo swojej rodzinie. Ale teksty o "sprawiedliwośći" jakoś mnie nie przekonują. Bo jakoś przeważnie się tak składa, że sprawiedliwość jest "po naszej stronie" - zwłaszcza w przypadku gier o sumie zerowej.
    • lideczka_27 Re: "Barykada".... 10.06.04, 22:53
      napisałaś:
      "Zawsze będzie dla kogoś lepsze, dla kogoś gorsze. Wyjątkiem jest może
      sytualcja, w której z
      jakiegoś powodu pozamalżeńskie dziecko staje się elemetem drugiej rodziny,
      wtedy być może takiego konfliktu udaje się uniknąć, bo
      dziecko staje się "elementem" rodziny i jej członkiem, a nie konkurencją do
      pieniędzy, czasu, uwagi, uczuć.
      Ale inaczej trudno o obiektywizm, zwłaszcza jeśli się jest po jednej ze stron
      tego konfliktu interesów."

      U nas było tak, że najpierw dziecko mieszkało z matką. Nigdy jednak młoda nie
      była postrzega jako konkurencja do pieniędzy, czasu, uwagi, uczuć; była
      pełnoprawnym członkiem naszej rodziny, tyle, że nie mieszkała z nami pod
      wspólnym dachem. Piszę jako macocha, a także osoba, która musiała się dzielić
      swoim facetem z córką (czasem pojawiają się tu głosy na ten temat - zazdrość o
      dziecko itd.). Wydaje mi się, że im szybciej kobieta zda sobie sprawę, że
      dziecko nie stanowi konkurencji (dotyczy zwłaszcza sfery emocjonalnej), tym
      lepiej dla wszystkich, a przede wszystkim dla niej samej. Czym innym jest
      miłość rodzicielska, a czym innym partnerska. Badia, z moich doświadczeń mogę
      Ci powiedzieć, że dużo łatwiej, dużo lepiej przyjmuje się istnienie dziecka
      partnera, gdy "druga strona" jest osobą uczciwą, konkretną, z zasadami; której
      nie brak rozsądku a "dobro dziecka" nie oznacza "dokopanie nowej rodzinie".
      Wtedy najzwyczajniej po ludzku można się dogadać w sprawie potrzeb dziecka,
      wydatków, kontaktów itd. Nie wyobrażam sobie, że gdyby zadzwoniła do mnie eks i
      powiedziała „słuchajcie, byłam z małą u ortodonty, potrzebny jest aparat,
      kosztuje tyle i tyle; czy mogę na was liczyć w kwestii współfinansowania?”, że
      miałabym odmówić, czy mój M. i powiedzieć, masz alimenty to se z tego płać. Bo
      obiektywizm to jest także umiejętność wczucia się w realia drugiej strony; i
      jeśli wiem ile płacimy alimentów, wiem, bo widzę, że młoda ma zły zgryz i wiem,
      że ta kasa nie pójdzie na lewo, bo dzieciak aparat mieć będzie dzięki nam
      szybciej niż gdyby miała, gdyby cały obowiązek spoczywał na matce, to na to
      daję, bo obiektywnie stwierdzam, że to jest wielka korzyść dla dziecka. Ponadto
      jest to po prostu obowiązek tak samo ojca jak i matki dbać o swoje dziecko,
      nawet jeśli rodziną już nie są (mówimy tu o przeciętnej rodzinie z przeciętnymi
      zarobkami; bo jeśli alimenty byłyby bardzo wysokie, to sprawa opłat dodatkowych
      musiałaby być przemyślana).
      Macocha to przecież też człowiek i ma uczucia. Nie trzeba być matką by
      wiedzieć, że dziecko ma wiele potrzeb – emocjonalnych, finansowo-
      egzystencjalnych. Nie spotkałam tu na forum dziewczyn, które by się przeciw
      temu buntowały. Spory wynikają w sytuacjach, gdy powstaje poczucie krzywdy; w
      nowych rodzinach (zaobserwowane tu, na forum) rodzi się bunt w sytuacji, gdy są
      spełniane obowiązki względem dziecka (np. alimenty, ekstrasy), gdzie się ojciec
      stara o kontakty, a i tak są problemy z eks. Wtedy dobra wola macochy ginie;
      gdy człowiek ma poczucie że się stara, robi co może i należy z punktu widzenia
      moralności, a nadal jest narażony na konfliktowe sytuacje, w wyniku których
      cierpią drugie dzieci, robi się gorąco. Macocha jest dobra, póki druga strona
      także wykazuje zrozumienie. Jeśli samodzielna rozumie, że nowe dziecko też ma
      żołądek, że wyrasta z ubrań i też ma prawo pójść z ojcem do kina i nie chce
      zdzierać z czystej złośliwości, to nie ma problemów. Wszystko to, co napisałam,
      dotyczy drugich rodzin, gdzie ojciec właściwie spełnia swe zobowiązania wobec
      wszystkich swoich dzieci; o migających się od odpowiedzialności nie wypowiadam
      się.

      Pozdrawiam
      lida
      • lideczka_27 jeszcze o lojalności... 10.06.04, 23:05
        "Właśnie się zastanawiam, czy w sytuacji macochy można byc obiektywnym i
        bezstronnym."

        Obiektywna byłam, bezstronna nie. Po przeanalizowaniu każdej sytuacji brałam
        stronę albo mojego męża, albo eksi. Jestem kobietą, więc pewne jej reakcje czy
        posunięcia rozumiałam, starałam się je tłumaczyć mojemu M. Jeśli widziałam winę
        po stronie męża - mówiłam mu o tym. Nim do tego nie przywykł, chyba miał do
        mnie trochę żal o brak lojalności. A ja mam po prostu taką naturę, że każdą
        rzecz, zagadnienie, badam z precyzją aptekarza wink Nie jestem przez to łatwa w
        pożyciu, bo wiercę w brzuchu dziurę, nim nie wyczerpię tematu. Kiedyś
        zapytał "po czyjej ty właściwie jesteś stronie?". Odpowiedziałam "Kochanie,
        zawsze po tej, którą uważam za słuszną". A później oswoił się, aż kiedyś
        usłyszałam, że kocha mnie za to jeszcze bardziej i szanuje, że nie idę przez
        życie na oślep, tylko szukam sprawiedliwości smile I jest moim stróżem, bo
        niestety przy tym wszystkim jestem strasznie ufna, miękka i naiwna, co się
        zawsze obraca przeciwko mnie i wtedy on musi wkroczyć do akcji smile

        pozdrawiam
        lida
        • chalsia Re: jeszcze o lojalności... 11.06.04, 00:11
          >A ja mam po prostu taką naturę, że każdą
          > rzecz, zagadnienie, badam z precyzją aptekarza wink Nie jestem przez to łatwa w
          > pożyciu, bo wiercę w brzuchu dziurę, nim nie wyczerpię tematu.

          smile))) ja też tak mam.
          No i niewątpliwie było to coś, co negatywnie wpłynęło na małżeństwo.

          I byłabym wdzięczna niezmiernie losowi, gdyby się tak układało, jak piszesz -
          jestem "normalną" eksią, żadnych "numerów" nie robię - ani zachowaniem, ani
          finansowo, etc. I nie zmienia to faktu, że w przeszłości widziałam ewidentnie
          negatywny wpływ partnerki eksa na jego podejscie do kwestii związanych z
          dzieckiem. A teraz nie widzę również żadnego jej dobrego wpływu.

          Pozdrawiam,
          Chalsia
          • lideczka_27 Re: jeszcze o lojalności... 11.06.04, 01:08
            Chalsiu, kompletnie nie znam Twojej historii, nie wiem nic o Twojej next, ale
            myślę, że tak jak u byłych żon znajdziemy osoby z natury złośliwe, zazdrosne i
            bezinteresownie nieżyczliwe, taki i po stronie drugich żon. Czasem jak czytam
            post moich "ulubionych" eks z forum to się zastanawiam: "kurcze, jakby to było,
            jakbym miała taką eksię...". Normalne kontakty, gdzie ludzie z kulturą i
            dojrzałością potrafią znaleźć rozwiązanie dla każdej sytuacji to jest po prostu
            niesamowity komfort dla wszystkich. Dziwię się Twojej neksi i szczerze powiem,
            że nie rozumiem jej; ze mną miałabyś raj wink

            pozdrawiam
            lida

            Jak Twoje sprawy, zmiany jakieś nastały? (dot. kontaktów).


            Mojego wiercenia w brzuchu M. nie cierpi, koleżanka poradziła mi uważną
            lekturę "Kobiety są z Wenus...", bo powiedziała, że go wykończę wink Ale ja widzę
            plusy: nie ma żadnych niedomówień i zawieszenia w próżni, już ja wolę się nawet
            pokłócić, byle wiedzieć na czym stoję. A bez wiercenia się nie da wink
    • hop_angel Re: "Barykada".... 11.06.04, 01:14
      Cześć moje macoszki,

      Od kilku dni poczytuję sobie różne wątki (także na samodzielnych np. pod
      tytułem wojna polsko -domalska) i zauważyłam, że wszystkie one kręcą się wokół
      tego samego tematu pt. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ostanio
      rzadko się udzielam ze względu na nawał pracy ale tak sobie przemyślałam te
      wszystkie dyskusje i dochodzę do wniosku, że tego konfliktu o poczuciu
      sprawieliwości i przyznaniu racji, którejś ze stron nie da się po prostu
      rozwiązać jak to ładnie badia określiła grą sum zerowych. Sama przechodziłam
      różne fazy w związku ze stosunkiem do M. córki, poprzez dystans, zaciekawienie,
      zazdrość, zniechęcenie, uczucie ciepła, przyjaźń, miłość, aż do spokojnego
      poczucia, że oto jest odrębna osoba, którą akceptuję z wadami i zaletami, na
      swój sposób kocham i cieszę się, że jest. Chciałabym zacytować Wam na koniec
      fragmenty książki, napisanej przez macoszkę, dr. Alinę Dobosz- Sztubę, o
      wdzięcznym tytule: Być macochą, być ojczymem, która w dużym stopniu tłumaczy
      czemu my macochy wszystkie mamy podobne problemy i co z tego wynika:

      "być macochą jest jednym z najtrudniejszych zadań, jakich może się podjąć
      kobieta. Funkcja ta nie jest nagrodzona tak, jak rola matki, którą wspomaga
      silna więź emocjonalna z dzieckiem i wzajemna siła przyciągania. I matka, i
      macocha oczekuje uznania, serdeczności. Macocha nie otrzyma ich, choćby za
      najbardziej ofiarną pracę, ani od pasierbów, ani tym bardziej od ich matki. tym
      usilniej szuka sposobów, żeby udowodnić dzieciom, że jest lepsza od matki. Na
      wiadomość, sygnał od dzieci, że macocha jest dla nich dobra, że im się podoba,
      matka reaguje zazdrością. I ma nad macochą przewagę. Umniejszając znaczenie i
      wartość macochy, matka może zdobyć kontrolę nad dziećmi. Dzieci zaś, słysząc z
      ust macochy niepochlebne wypowiedzi o matce, odbierają macochę jako kogoś, kogo
      nie wolno lubić. Ujmując wartości matce, macocha uderza w siebie. Obraz matki
      nie zblednie, przeciwnie - obraz macochy zyska więcej negatywnych cech"
      "Skonsolidować wspólnotę rodzinną, przy jednoczesnym pominięciu stopniowego
      procesu rozwoju, jest bardzo trudno. Zżycie się nowej grupy jest utrudnione
      właśnie owym nierealnym oczekiwaniem:"stać się natychmiast normalną rodziną" i
      nią pozostać. Z oczekiwaniem tym są związane obawy niepweności i strachu. Obraz
      rodziny jest jednak częstokroć idealizowany i zawiera nierealistyczne
      wyobrażenia o bezpieczeństwie, harmonii, bezgranicznej przychylności. Stawia on
      członków rodziny po presją, by się natychmiast pokochali, a w każdym razie
      zbudowali lepszą rzeczywistość, niż była udziałem poprzedniego związku. T
      presja jest pogłębiona zazwyczaj przekonamie, że nowo założona rodzina nie może
      ulec rozpadowi. Bólu i ran związanych z rozstaniem nikt nie chce ponownie
      przeżywać, dlatego często pierwsze oznaki niezgodności duszone są przez
      partnerów w zarodku. Przeświadczenie członków rodziny zrekonstruowanej, jakoby
      żyli w normalnej, nuklearnej rodzinie nadaje nieprawidłowy kierunek działania
      małżonków i ich dzieci, a w efekcie znacznie utrudnia zintegrowanie
      grupy." "Oczekiwanie natychmiastowej miłości niesie za sobą następną
      konsekwencję: uniemożliwia naturalny przebieg starań, potyczek, kłótni. Ludzie
      poznają się, nie tylko uśmiechając się do siebie. Tam, gdzie występują stosunki
      międzyludzkie, tam wyłaniają się emocje. Jeżeli musimy je tłumić, bo tak nam
      każą albo tak wypada, czynimy krzywdę nie tylko sobie. Te skumulowane emocje
      ulegną kiedyś eksplozji, wtedy wszystko może runąć, a ludzie doznają mocnych
      obrażeń."
    • badia Re: "Barykada".... 11.06.04, 09:04
      Lideczko, nie chciałabym, żeby mój post był w ten sposób odebrany. Bardzo podziwiam Twoją postawę, szanuję wybory których dokonałaś.
      Nie chcę mówić o własnej historii, gdyż zdaję sobie sprawę z tego, że nie należy ona do wzorców, które należy naśladować. Wiem, że są rozwiazania lepsze ale jednocześnie zadaję sobie sama pytanie: dlaczego ich odnalezienie jest takie trudne. Dlatego napisałam, co napisałam. Trochę pod wrażeniem postów z wątku "a może alimenty na dzieci macosze?", troche pod wpływem własnych doświadczeń.
      Ja też jestem przekonana, że po naszej stronie była dobra wola, a po drugiej klincz; ja też sądzę, że gdybym miała eksie jak chalsia, to wszystko wyglądałoby inaczej. Ale jednoczesnie zdaję sobie sprawę, że nie jestem aniołem tylko zwykłą kobietą, która chce mieć faceta wyłącznie dla siebie. Może to ja jestem szczególnie "monogamiczna"... znając jednak historie podobne do tych na forum, obawiam się że nie mam na takie emocje wyłączności.
      I to nie chodzi o reguły postępowania, ale raczej o źródła naszych uczuć, które jak napisała maxxi, nieczęsto są takie, jakie bysmy chciały żeby były.
      Możemy to nazwać naukawo "grą o sumie zero", "naturalną troska o własną rodzinę", czy jakkolwiek inaczej.
      I jeszcze wstawka autobiograficzna. Mój facet miał tak dość nacisków, szantarzy, upokorzeń, że zaczął uciekać zarówno od kobiety, jak i od dziecka. Ja postawiłabym sprawę mocniej i zajęła się dzieckiem, gdyby nie jego matka. Po obserwowaniu z boku "zmagań" toczonych przez nią z mężem doszłam do wniosku, że nasze życie z jej udziałem byłoby piekłem - nadal zreszta tak uważam. Gdyby dziecko miało z nami kontakt, kobitka także non-stop ingerowałaby w nasze życie. Podjęłabym się pełnej opieki nad tym dzieckiem, gdyby matki z jakichś powodów nie było. Nie wiem, jaką wtedy byłabym "macochą", może dobrą, może złą. To, co mnie osobiście podłamało, to nawet nie postawa faceta, ale fakt, że o dobro dziecka musiałabym walczyć z jego matką. A to przecież nie moja wina, że dziecko ma taką matkę jaką ma.
    • judytak Re: "Barykada".... 14.06.04, 11:15
      jeśli chodzi o pieniądze - tak, konkretną kwotę można dzielić tak czy siak,
      większa nie będzie :o(

      natomiast jeśli chodzi o czas, a tym bardziej o uwagę, pomoc, zaangażowanie,
      emocje - nie zgadzam się, żeby tu chodziło o grę "o sumie zerowej"
      dzieci są różne, są w różnym wieku, mają różne charaktery, potrzeby, problemy
      itp. itd., i można w tym wszystkim tak lawirować (żeglować), żeby dla każdego
      było w miarę dobrze
      (wyobraźcie sobie dużą rodzinę, gdzie jest kilkoro dzieci - też trzeba różne
      rzeczy pogodzić, i jakoś się kręci :o))
      warunek: trzeba wyeliminować "chęci walki" u dorosłych uczestników gry,
      zarzucać przekonanie o "sumie zerowej"
      i przyjąć dłuższą perspektywę czasową, niż "tu i teraz"

      pozdrawiam
      Judyta
Pełna wersja